świet- przed oczami. ŻaI za utraconą epoką zamętu w cza-mowitąsach takiej pogody? Niezbadana jest dusza ludzka. udowaćFirma, w której pracuje Symington, nazywa się „Pro-Mece-crustics Incorporated". Oglądałem dziś katalog ilustro-wany w jego pracowni. Jakieś piły mech~niczne czy .
Margaret była taka namiętna, tak gwałtowna, że pewnego dnia w przypływie zazdrości goniła go z nożem w ręku dookoła kuchennego stołu. Cóż to za upokorzenie, że ją porzucono! Zawsze sama podejmowała inicjatywę i opuszczała mężczyzn, którzy przestali się jej podobać, więc nie mieściło jej się w głowie, że jakiś smarkacz mógłby mieć jej dosyć. Zresztą wkrótce później zdobyła swą wulgarną urodą Leslie Cartera. Ten człowiek, który mógłby otrzymać rękę najbogatszej, najładniejszej debiutantki z amerykańskiego lifeu stał się niewolnikiem podstarzałej kelnerki. Poślubił ją. Aby uświetnić pochodzenie ukochanej suto opłacił heraldyka, który wśród jej przodków doszukał się paru angielskich lordów i niemieckich książąt. jetset przyjęła to za dobrą monetę. Instytut piękności poprawił rysy i wygląd Margaret, nauczycielka tańca wpoiła jej maniery wielkiej damy, a sprowadzony z Anglii profesor nauczył ją pięknej wymowy z akcentem charakterystycznym dla angielskiej arystokracji. Mimo to wrodzona wulgarność niekiedy dawała znać o sobie. Wyrywały się jej mimowoli gwarowe powiedzonka. Jej przyjaciółki z Piątej Avenue, w ich żyłach płynęła błękitna krew, śmiały się serdecznie z tych ekscesów i uważały je za kaprys, świadczący o cudownej osobowości. .
* Gdy pierwszy raz byłam z Osho, a on opowiadał o mapie, natychmiast mówiłam "O, tak, to jest to!" I zaczynałam za tym biec - wyznaje. - Ale zdaje mi się, że w ciągu następnych lat on odszedł od tego i porzucił to wszystko! Gdy przez ostatnie lata Osho mówił o przypowieściach zen, czułam, że powoli, powoli ciągnie nas przez nowy zestaw etapów - celebrowania, odprężenia, a potem mówi nam, byśmy po prostu pobiegli "jak strzała do celu." To tyle jeśli o mnie chodzi - dodaje radośnie. - Teraz pozostaje mi cisza Osho! Ma Anand Sauita .
nigdy ręki mańkutowi. To mi nieraz ocaliło życie". Albo jeszcze inaczej: .
się przed tym. Coś smutnego napada, jak płachta wstydu, jak jakaś hańba, że to widziałem. Zamknąłem drzwi, ale one się znowu powoli otwarły. Zleciały z haków, dudniąc jak trumna. Pobiegłem szukać Chaima. Na cmentarzu widać było dołki po śladach. Do pogorzeliska Zalasków przyległ tuman śnieżny, gdzieniegdzie czernił się komin. Chodzę i gwiżdżę melodię: "Z wysokiej góry jakiś młodzieniec schodzi w dolinę." Nic, tylko biało dokoła. Nikt się nie odzywa. Odszukałem kładkę. Do piwnicy Arbuzowskiej pod Pasiekami trzy kilometry drogi. Ledwo się tam dowlokłem. Za drzewem stał •Wąskopyski. - To ty, Heindl? .
wtajemniczeniem i która po trzech dniach doprowadza do .
- Co za spotkanie, profesor McGonagall' Odwrócił głowę, by uśmiechnąć się do burego kota, ale ten gdzieś zniknął. Zamiast tego uśmiechał się do nieco srogo wyglądającej kobiety w prostokątnych okularach, których kształt był identyczny z ciemnymi obwódkami wokół oczu kota. Ona też miała na sobie długi płaszcz, tyle że szmaragdowy. Czarne włosy upięła w ciasny, bułeczkowaty kok Wyglądała na bardzo wzburzoną .
usługę. Gryzło go to coraz mocniej. .
o przejściu na emeryturę. Do tej pory wykonywał swe obow% uczciwie, ale bez zapału. Teraz miał uczucie, że głowa mu pęka: mu odpowiadać na pytania reporterów, na wymówki szefów, ktsr wprawdzie nie oskarżali go o nieudolność, ale taką mieli o nim opv musiał liczyć się ze złą wolą urzędników, którzy wkładali w szprychy śledztwa. Siwowłosy, nerwowy, zgryźliwy, nietowarz% ale żwawy i gwałtowny w ruchach, Hatcher nie był typem policj% znanego nam z ekranu, który raz dwa wyjaśnia najbardziej plikowane zbrodnie i wychodzi nietknięty z każdej strzelaniny. Prokurator generalny pod wpływem nacisków politycznych pa glał Spacka, który uwielbiał dawać wyjaśnienia dziennikarzom w .
szejk Iman, ten z brodą, wciąż promiennie uśmiechnięty. - To pańska .
Mordercze pszczoły .
Na ostatniej, dolnej półce była i beletrystyka; wśród .
Niechaj już Paktol nowych źródeł szuka, .
wspolzawodnictwo zmusza najwieksze korporacje do rozpaczliwych .
herbatę w procencie, bo przecież urz±dzenia gazowe s± moje, w moim kantorze i .
- A co ty chciałeś? .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
i zauważyłeś, niższe klasy ubierały się inaczej. Kiedy spotkałeś .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Pogotowie! - krzyknęła Jadwiga i na powrót wyrwała mu słuchawkę. - Człowieka ratować! - Co pani chce ratować? Nie widzi pani, że sztywny?! .
Inżynier stał obok i trzymał stoper w dłoni. Stoper tykał dźwięcznie, a pod szkłem posuwała się cienka wskazówka. Czas, dzielony na ułamki sekundy, uciekał szybko spod palców inżyniera. .
konstytucjo- .
- Owszem, tam w lesie, razem z bandą moich zbójów. Kuter zostaje? Hare spojrzał na Langsdorffa. - Może jakaś naprawa silnika? .
.
Hanys przygarnął małpkę do piersi i wyszedł. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Dziękuję. - Branson połączył się z Mount Tamalpais. Zgłosił się Giscard. - Bez nerwów - powiedział Branson. - To przyjaciele. Ale patrzcie uważnie w ekran. Następny może nie być przyjacielem. .
174 .
Zbliżał się szum. Pierwsze wielkie krople upadły Dudi na czoło i na gołe kolana. Nagarnął koniczynę i położył sobie na plecy. Chciał okryć kolana, ale gdzieś blisko uderzył piorun. Zaczął siec gęsty, ukośny deszcz i Miś Kunda podniósł się na kolana, tak pochylony jak do modlitwy, nie rozeznając, co się dzieje, a już zimna wilgoć rozlewająca się po plecach rozbudziła go. Nakrył koniczyną głowę i plecy. Ręce zmokły. Za pazuchę, po plecach, na brzuch ciekła woda. Kłuło w łopatkach. Postanowili nie ruszać się. Stwierdzili, że kiedy się człowiek nie rusza, to woda nie tak ziębi, spływa sobie wzdłuż grzbietu pod siedzenie. Jest trochę cieplej, jak się człowiek nie rusza. Gabe Gudeł leżał obok, ani drgnął. Deszcz zalewał mu twarz, zapełniły się wodą oczodoły. - Może Gudeł został zabity albo ranny? - powiedział Dudi. - Byśmy słyszeli, że został zabity. .
.
.
.
.
może? Bo zgodnie z tym, cośmy poprzednio wykazali, nie może .
obrońców! Ten dopiero sprawi Francuzom! Bartek uśmiecha się z .
pobudza "ja" do czuwania. Przejmuje się ono swym .
apteczne, nie wierzę w medykamenty, nie wierzę w to pchanie w organizmy ludzkie .
• ale nie mogę powiedzieć, żeby mi to cokolwiek dało .
i następstw, które wpłyną na siłę roboczą, całe społeczeństwo, .
samotności spędza Hermes dni i noce, do czasu aż kiedyś któryś .
miła działo i zabiła jedne- .
ogolnofilantropijnego charakteru bylaby historyczna i spoleczna pomylka, ktora moglaby prowadzic do utrzymywania status quo, a nawet do nowej eksploatacji. .
Jana Olszewskiego - jedyny raz w ciągu omawianych .
podnosił rękę i rzucał w tę osobę ręcznikiem, czy innym .
"Upadł" - odpowiedziano. .
ta wszystkożerne korzystają z pokarmu znajdującego się na wszystkich poziomach troficznych. Prawdopodobnie najbardziej wydajnie ze wszystkich zwierząt zużywają one energię docierającą do nich poprzez łańcuch pokarmowy. .
Rygoryzm moralny .
.
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
rzeczy trudnych, a to co jest tylko trudne, nie może się podobać .
- Ot, namolny - nastroszył się Kaźmierz i spojrzał z nienawiścią na sąsiada, który właśnie wyszedł na ganek i oporządzał końską uprząż. .
polecenie, aby się spotkać' z Canarisem, który wówczas kierował nic nie .
Tymczasem jedna rzecz stawała się coraz widoczniejszą, to że nim .
był pod spodem, i ślicznie było naokoło. Jakaś szczęśliwość i .
Legrasse miał w tym względzie przewagę nad profesorem Webbem, ponieważ kilku z jego więźniów przekazało mu znaczenie tej frazy, zgodnie z wyjaśnieniem, jakie otrzymali od starszych celebrantów. Tekst brzmiał mniej więcej tak: .
.
- Agentem rządowym? - Decker nie rozumiał odniesienia Millera. Nagle doznał olśnienia. - McKittrickjest agentem rządowym? Miller żachnął się, że wyjawił niechcący informację. .
Moc piramid .
Opisany przypadek świadczy o tym, że język, choć nie zmienił swego brzmienia, zmienił się jednak co do właściwego mu przyporządkowania znaczeń. Zrazu odrzucenie przytoczonego zdania zawsze jeszcze było możliwe, nie ujrzano by w tym odrzuceniu gwałcenia języka. Nie było więc aksjomatycznej dyrektywy .
- Tak? .
emerytowanego kata (inni niecierpliwie, przekrzykując te .
wyzwalać dusza z więzów cielesnego bytu i jednoczyć z bogami. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- No tak, więc pozostało tylko jedno - powiedział Harry. Pobladł, a oczy mu błyszczały. - Dzisiaj w nocy spróbuję dostać się do Kamienia przed Snape'em. .
najchętniej do filozofów katolickich. .
cznych trudności w czytaniu i pisaniu u dzieci jest "dysleksja rozwojo- .
zewnętrzną. .
- - Każdy ma jakieś marzenia, pani Deveridge. Myślę, że marzy pani, aby uwolnić się od strachu. .
84 .
niskowca wystartowało ich więcej niż było potrzebnych do sprawnego przeprowadzenia akcji w Teheranie. Jednak po wycofaniu się pułkowni- .
środowisko rówieśnicze stanowi istotne źródło socjalizacji, nawiązywania więzi, kreowania postaw. Życie w nim jest konieczne dla normalnego i prawidłowego rozwoju. Nie ma przecież innej drogi do tworzenia związków uczuciowych, subkultury życia młodzieżowego. Nie może ono być jednak podstawowym fundamentem rozwoju. Środowisko rówieśnicze spełnia pozytywną rolę wówczas, gdy jest miejscem konfrontacji idei, postaw i poglądów. .
- Dobrze mi tak z państwem, i bardzo mi żal, że to już moja fabryka. Dziękuję i .
- Ostrożność nigdy nie zawadzi - odpowiedział Hagrid, poklepując kuszę. - Coś niedobrego wałęsa się po lesie. Aha, to jest Harry Potter, a to Hermiona Granger. Uczniowie ze szkoły. A to jest Ronan. Centaur. .
a Barrasom ¶cinać Robespierrów, żeby pozostałych kazać zatłuc kijami i wyrzucić .
INTERESY wyborców. „Zadbamy o was" - mówili .
istoty, związane z wola. Do nich należy Prometeusz. Tak można .
Moryc popieraj±c swoje wywody szeregiem cyfr i rozmaitych podstępów, łajdactw, .
Kessler wci±ż się włóczy za dziewczynami. Zaczekałem przed domem i po kilkunastu .
Tajemnicze obiekty i zjawiska .
Robert schował zdjęcie do koperty z pieniędzmi. .
W związku partnerskim dobra więź seksualna powstaje między osobami z postawą akceptującą ciało i jego reakcje, umiejących odczytywać „mowę ciała", a jednocześnie nie rozdzielających ciała od całej osoby partnera. .
- Ciebie to cieszy? .
- Przez telefon twój głos zawsze brzmiał tak rozkosznie. Miło teraz zobaczyć twoją twarz. Dotarłaś kiedyś do Oksfordu? - Nie. .
¶miechu. .
drogę przez Maastricht, co pozwalało niemieckim czołgom wyjechać na otwarty, płaski teren między Wavre i Namur, stwarzający znakomite wa- .
- Ja też - odparła Beth. - Czeka mnie strasznie długi tydzień. .
się tego nie bez obaw, czy dam sobie radę z nową dziedziną pracy dziennikarskiej, wymagającą chociaż pobieżnej znajomości procedury sądowej i terminologii prawniczej. Ale wyszło nieźle. Nie zastanawiając się specjalnie nad zagadnieniami prawnymi, opisywałem to, co widziałem na sali sądowej. w sposób felietonowy. I tu znowu przyszło mi w sukurs gwarowe wykształcenie. Klientem sądów grodzkich był w większości wypadków szary warszawiak, przeważnie posługujący się tą gwarą. Odtwarzając dialogi, jakie toczyły się przed sądem między stronami, cytując czasem dosłownie zeznania oskarżonych lub wynurzenia świadków, miałem prawie gotowy felieton. Można tam było usłyszeć prawdziwe perły warszawskiego wysłowienia. Stylowy bowiem warszawiak, postawiony przed karzące oblicze sprawiedliwości, starał się wywrzeć na sądzie jak najlepsze wrażenie. Nie mówię już o tym, że ubierano się do sądu starannie, a nawet wręcz elegancko. Panowie występowali niejednokrotnie w żółtych skórkowych rękawiczkach, panie w kapeluszach z kaczym skrzydłem. Ale też język, którego używano, był wykwintny, pełen wyszukanych zwrotów i prawniczych terminów. Zwracano się do sądu per "Wysoka Eksmisjo" czy "Wysoka Proceduro". A raz, pamiętam, kiedy pewien adwokat powiedział w przemówieniu, że "sąd jest najwyższym ekspertem", podchwycił to natychmiast oskarżony i zwrócił się do sędziego: "Najwyższa Ekspertyzo!" Przymus codziennego dostarczania prasie co najmniej jednego felietonu sądowego, czyli tak zwanych wówczas "pyskówek", które bardzo się przyjęły, sprawiał, że musiałem spędzać w lokalach sądowych sporo czasu, bywać codziennie w kilku jego oddziałach. A przedwojenny warszawski sąd grodzki wyglądał zgoła inaczej niż jego odpowiednik, obecny sąd powiatowy w alei Świerczewskiego, czyli na dawnym Lesznie. Teraz jest to monumentalny gmach, pełen powagi i namaszczenia, wykładany marmurami i ozdobiony brązem. Stylowy dawny warszawski sąd grodzki, pod zmieniającymi się zresztą często nazwami: "pokoju", "powiatowy", miał inną nieco postać. - Do sądu? W oficynie na lewo, tam gdzie pisze: "Magiel elektryczny". A potem na trzecie piętro, drzwi po prawej stronie, naprzeciwko krawca. W taki lub podobny sposób informował przeważnie dozorca warszawskiej kamienicy osoby poszukujące ukrytego gdzieś w labiryncie podwórek lokalu sądu. Siedziba jego mieściła się zazwyczaj wysoko, naprzeciwko krawca, felczera szpitala starozakonnych oferującego codziennie świeże pijawki, składu pierza i puchu lub jakiejś innej instytucji prywatnej. Składała się z kilku pokoi z kuchnią, przy czym w kuchni przeważnie, z grubsza przekształconej na gabinet, urzędował kierownik sądu. Latem przez otwarte okna dobiegały do sali rozpraw odgłosy życia warszawskiego podwórka: - Lutuje, reperuje!... .
Opracowywanie takich programow jest jednym z zadan anarchistow w walkach spolecznych w najblizszych latach. W tej sprawie rosyjscy anarchisci na uchodzstwie zwracaja sie do wszystkich anarchistow. Organizacja Platform publikuje szkielet takiego programu. Niech posluzy on jako pierwszy krok w kierunku zgromadzenia wszystkich sil libertarianskiego komunizmu w jedna, aktywna, kolektywna walke: Powszechny Zwiazek Anarchistyczny. .
każdy, kto usłyszy słowo .
spoczną dopiero zabiwszy tysiąc osób, nie wcześniej. Nie .
z rozwojem konieczności. .
Czasem zdarza się, że niedola i cierpienie nie przeszkadzają nam .
Każdy, kto zna trochę Tatry Polskie, kto choćby przyglądał się im z Zakopanego, musiał zwrócić uwagę na wyniosły, trójwierzchołkowy szczyt, leżący na lewo od Kościelca i Koziego Wierchu. Ten szczyt - to Granaty, jeden z najpopularniejszych celów wycieczek turystycznych. Od strony Czarnego Stawu Gąsienicowego przedstawia się on najbardziej okazale. Widać wszystkie trzy jego wierzchołki: kopulastą czubę Skrajnego Granatu, za nią turnię Granatu Pośredniego i cofnięty w głąb najmniej widoczny a najwyższy Zadni Granat (2239 m). Łagodne w górze, częściowo porośnięte trawą północno-zachodnie stoki Granatów obrywają się niżej pionowymi urwiskami, zbiegającymi niemal nad Czarny Staw. Ten z Czytelników, który przeszedł wierzchołki Granatów, zapewne nie znalazł tam dla siebie zbyt wielkich trudności. Wygodna ścieżka, gęsto usiana znakami, namalowanymi żółtą olejną farbą na białym tle, zaprowadziła go od Czarnego Stawu do stóp skalistej grzędy. Kilka żelaznych klamer ułatwiło przejście stromej ścianki, a dalej znów ścieżka - węższa niż dotąd, ale wciąż wygodna - wywiodła go wkrótce na szczyt Skrajnego Granatu. Orlą Percią, za czerwonymi znakami, w niespełna pół godziny zawędrował bez trudności poprzez Pośredni na Zadni Granat. W zejściu miał jeszcze łatwiejsze zadanie: zielono znaczona ścieżka szybko sprowadziła go przez łagodne piarżyste zbocze na dno Koziej Dolinki. Owemu Czytelnikowi nie przyszło prawdopodobnie nawet do głowy, że ten łatwy i bezpieczny szlak mógł pochłonąć niejedno już życie ludzkie. A jednak - jeśli szedł tym szlakiem w odwrotnym kierunku, od strony Zadniego Granatu, i stanął na przełączce pomiędzy Pośrednim a Skrajnym - tam gdzie ścieżka gubi się nieco w usypistym drobnym szutrze - być może zawahał się chwilę, szukając dalszej drogi. Zanim ujrzał czerwone znaki, prowadzące w górę na wierzchołek, wzrok jego musiał spocząć na szerokim trawiastym żlebie spadającym w lewo, ku zachodowi. Żleb ten wprost zaprasza do zejścia. Widać, jak na przestrzeni kilkuset metrów zbiega łagodnie w dół, a gdzieś niżej, gdzie żleb się kończy - błyszczy tafla Czarnego Stawu. Biada jednak turyście, który by zaufał tej drodze i począł nią schodzić. Początkowo istotnie nie napotka żadnych trudności, potem już nieco gorzej, ale wciąż jeszcze będzie mu się dobrze schodziło poprzez niewielkie progi skalne, oddzielające od siebie połogie części trawiasto-piarżystego żlebu. Wreszcie żleb zaczyna się robić bardzo stromy, a na koniec urywa się olbrzymim, przewieszonym kominem. Sto osiemdziesiąt metrów niżej widnieją piargi doliny, a dalej - tak bliski; a jednocześnie tak daleki - Czarny Staw. Jeśli turysta zdecyduje się nierozsądnie zapuścić w stromą część żlebu - oznacza to, że dostał się w pułapkę. Zsunąwszy się raz i drugi, wylądowawszy na tej lub następnej platformie w żlebie - jeszcze zdrowy, choć mocno podrapany - ma teraz odciętą drogę odwrotu, gdyż ostatnie odcinki, przez które ześliznął się, są już zbyt trudne, by potrafił je pokonać w górę. Komin, który się pod nim rozwiera, jest niemożliwy do zejścia bez długich zjazdów na linie ((6)). Turysta musi więc teraz wołać o pomoc i czekać cierpliwie, aż Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe wybawi go z tej matni. Próby dalszego schodzenia pionowym urwiskiem mogą przynieść tylko jeden wynik: zmasakrowane zwłoki, leżące na piargu u stóp ściany... Nie mówię tego gołosłownie. Dnia 23 sierpnia 1911 roku Jan Drege, młody student uniwersytetu w Moskwie, wraz z dwiema siostrami odbywał wycieczkę na Granaty. Idąc od strony Zadniego Granatu na przełączce pomiędzy Pośrednim i Skrajnym zgubił szlak w wieczornym zmroku i począł schodzić owym żlebem w kierunku Czarnego Stawu. W miejscu, w którym żleb stawał się stromy i trudny, Drege polecił siostrom zaczekać, sam zaś udał się na poszukiwanie dalszej drogi zejściowej. Po chwili zniknął im z oczu, próbując, mimo ciemności, sforsować dalszą część żlebu. Gdy żleb zmienił się w pionowy komin, Drege ześliznął się najpierw kilka metrów, potem kilkanaście. Być może udało mu się w ten sposób dotrzeć aż na platformę ponad wielką przewieszką w kominie. Stamtąd lub jeszcze wcześniej nastąpił stumetrowy upadek. Siostry nie doczekały się powrotu Drege'a... Przenocowały tam, gdzie je zostawił. Były na tyle rozsądne, że rano - mimo niepokoju o los brata (o jego śmierci jeszcze wtedy nie wiedziały) nie próbowały schodzić, tylko powróciły żlebem na przełęcz i odnalazłszy znaczoną ścieżkę zeszły do Zakopanego po pomoc. Mariusz Zaruski na czele ośmiu ratowników wyruszył natychmiast. Znalazł już tylko zwłoki Drege'a u wylotu komina, który od tego czasu nazwano jego imieniem. Była to pierwsza śmiertelna ofiara Granatów i owego fatalnego żlebu. Pierwsza, ale nie ostatnia. Złowrogi przypadek zrządził, że już w trzy lata później, w identycznych niemal okolicznościach, rozegrała się tam jedna z najbardziej ponurych tragedii tatrzańskich. 23 lipca 1914 roku trójka turystów podążała Orlą Percią z Koziego Wierchu na Granaty. I znów - jak wtedy, w 1911 roku był to mężczyzna i dwie kobiety: rodzeństwo, Maria i Bronisław Bandrowscy, oraz ich towarzyszka, Anna Hackbeilówna. I znowu - gdy minęli główny wierzchołek Granatów - na przełęczy pomiędzy Pośrednim a Skrajnym Granatem zgubili ścieżkę i dali się skusić pozornej przystępności górnych partii "żlebu Drege'a". Rzecz charakterystyczna: Bandrowski znał Tatry i był na wielu szczytach, jednakże chodził tylko dobrze udostępnionymi i znakowanymi szlakami. Z chwilą gdy wszedł w nie znany sobie teren, ze świadomością, że zgubił drogę, natychmiast stracił głowę, wszelką zdolność orientacji, a nawet zdolność wyciągania najprostszych wniosków z sytuacji, w której się znalazł. Powinni się nad tym zastanowić ci, którzy przeszedłszy Zawrat, Orlą Perć i kilka innych ubezpieczonych szlaków tatrzańskich sądzą, że już są samodzielnymi turystami. Tymczasem - wystarczy mgła, niepogoda czy inne nieprzewidziane okoliczności... i samodzielny w swoim mniemaniu turysta staje się zupełnie bezradny. Losy Bandrowskiego i jego towarzyszek były początkowo identyczne jak grupy Drege'a. Tak samo schodzili żlebem, dopóki był łatwy, ześlizgując się przez niewysokie skalne progi. Gdy doszli do miejsca, w którym rozpoczynają się trudności żlebu, wykazali nieco więcej rozsądku. Postanowili mianowicie przepędzić noc na wygodnej trawiastej platformie, tuż ponad pionowym obrywem komina, a na drugi dzień wzywać pomocy. Minął ranek 24 lipca, minęło południe, turyści zdążający od Czarnego Stawu ścieżką w kierunku Zawratu słyszeli krzyki, ale nie rozumieli ich treści, nie domyślili się, że są to wołania o pomoc. Odpowiadali beztroskim pokrzykiwaniem i szli dalej swoją drogą. Nad życiem nieszczęsnej trójki fatalnie zaciążył brak dyscypliny i znajomości podstawowych zasad górskich, tak często spotykany wśród ludzi chodzących po ścieżkach i szlakach tatrzańskich. W górach bowiem obowiązuje zachowanie ciszy, unikanie wszelkich niepotrzebnych hałasów. Gdy słyszy się wołanie - powinno się mieć pewność, że może to być tylko wezwanie na ratunek. Tymczasem w Tatrach, zwłaszcza w pogodny dzień, krzyki i wrzaski niekulturalnych "zvviedzaczy" szczytów i dolin rozlegają się niemal bez przerwy z wszystkich możliwych stron. Skutkiem tego tylko wprawne ucho ratownika, ucho doświadczonego człowieka gór, może w ogólnej wrzawie wyłowić akcent przerażenia i rozpaczy, jaki cechuje głos wzywający pomocy. Gdy Bandrowski i j ego towarzyszki upewnili się, że na próżno oczekują ratunku - Hackbeilówna zdecydowała się sama szukać drogi zejściowej i sprowadzić Pogotowie. Zadziwiający jest fakt, że tym trojgu ludziom nie przyszło do głowy wrócić żlebem w górę na przełęcz i spokojnie odnaleźć zgubioną ścieżkę. Koleje losu Hackbeilówny są niezupełnie nam znane. Wiemy tylko, że już w sąsiednim żlebie, do którego dostała się próbując przetrawersować ku północy, w kierunku Żółtej Turni - nastąpiła katastrofa. Sto, a może nieco więcej metrów upadku - i ciało turystki legło martwe u stóp ściany Granatów. Dwoje pozostałych - brat i siostra - na próżno oczekiwali pomocy. Tak przeszła druga noc, spędzona w tym samym miejscu. Rozpoczął się trzeci dzień powolnego konania. Stopniowo przestawali liczyć na ratunek. Niepewna pogoda, a jeszcze bardziej panika wojenna, która w międzyczasie wybuchła (było to na parę dni przed pierwszą wojną światową), sprawiły, że góry stały się nagle puste. Pozostawało wierzyć, że Hackbeilównie udało się dotrzeć do Zakopanego i zaalarmować Pogotowie. Od jej odejścia minęła już jednak cała doba i więcej - a ekspedycja ratunkowa nie nadchodziła. Bandrowskiega nurtował coraz większy niepokój, coraz bardziej nabierał przekonania, że stało się nieszczęście. Prześladowała go myśl, że to on jest odpowiedzialny za sytuację, w której się znaleźli, że on jest także sprawcą śmierci Hackbeilówny. Począł się głośno obwiniać, tracił resztki panowania nad sobą, trawiła go gorączka, był chory, moralnie zdruzgotany. Wreszcie - wśród majaczeń zjawiła się uporczywa myśl o samobójstwie. Tak minęła trzecia noc, czwarty dzień i znów jeszcze jedna noc. Trudno sobie odtworzyć ogrom cierpień tych dwojga ludzi. Uwięzieni na trawiastej platformie pod skalnym załomem, pozbawieni już od dawna skromnych, wycieczkowych zapasów żywności, pozbawieni cieplejszego ubrania, dręczeni deszczem pomieszanym ze śniegiem, dręczeni nocnymi przymrozkami trwali przez nieskończenie długie godziny i dni bez żadnej nadziei ratunku. O wydostaniu się ze śmiertelnej pułapki nawet już nie myśleli;, choć nie nasuwający większych trudności terenowych powrót w górę do ścieżki był - mimo wyczerpania sił - jeszcze i teraz możliwy. W tych warunkach budzi głęboki szacunek postawa Marii Bandrowskiej, która - jedyna z całej trójki - do końca zachowała spokój i opanowanie. Pocieszała brata, jak tylko się dało, odwodziła go nieustannie od samobójczych myśli, chwilami - gdy majacząc chciał się rzucić w przepaść - musiała z nim walczyć i siłą powstrzymywać go od spełnienia tego strasznego zamiaru. Piątego dnia rano, już prawie nieprzytomni, powzięli desperacką decyzję: z rzemiennych pasków i plecaków sporządzili coś w rodzaju liny i poczęli schodzić w dół... W kominie parokrotnie spadali jedno na drugie, po kilka i więcej metrów. Szczęśliwym trafem nie zginęli oboje - za każdym razem udawało im się jakoś zatrzymać. Tak doszli do platformy ponad wielką przewieszką w kominie. Pułapka zamknęła się definitywnie. Pod nimi rozwierała się stumetrowa głębia, nad nimi wznosiły się przewieszone skały, z których przed chwilą zsunęli się. Było to 27 lipca 1914 roku o godzinie siódmej rano. Leżąc na mokrej, ciasnej, silnie nachylonej ku przepaści platformie - być może tej samej, z której spadł Drege - brat i siostra wiedzieli, że są to ostatnie godziny ich życia. O pierwszej po południu Bandrowski rzucił się w przepaść, nie mogąc dłużej wytrzymać tych tortur fizycznych i moralnych. Maria Bandrowska pozostała sama. O siódmej wieczór - gdy począł zapadać zmrok - zrozumiała, że nocy, która nadchodzi, nie będzie już w stanie przetrzymać. Postanowiła pójść za bratem. Uniosła się z lekka do pozycji siedzącej, zaparła ręką o ścianę komina i wahadłowym ruchem w tył i naprzód poczęła się zsuwać po nachylonej płycie platformy. .
- Żebyś czuł się swobodniej w tym arystokratycznym świecie, .
Gemmo, jakiś człowiek czeka na dole i chce się z tobą zobaczyć. Martini mówił głosem stłumionym, bezwiednie przyjętym przez oboje w ciągu ostatnich dziesięciu dni. To i pewna powolna miarowość mowy i ruchów były jedyną zewnętrzną oznaką ich cierpienia. Gemma, z zawiniętymi rękawami, w fartuchu, stała przy stole, przygotowując małepaczki z nabojami. Od wczesnego ranka zajmowała się tą robotą, a teraz, w skwarne popołudnie, twarz jej nosiła wyraźne ślady znużenia. - Ktoś do mnie, Cerzarze? Czego może potrzebować? .
.
nie może przekształcić go w kamień filozoficzny. Natomiast .
ulokowane są takie uczucia, jak żądza, chciwość, gniew, .
Kręgielnia znajdowała się w podziemiach hotelu. Cichy z Iwoną toczyli zawzięty pojedynek na punkty. Byli jedynymi graczami. Kobra i Skorpion siedzieli przy barze. Nie rozmawiali. Kobra był nieźle wstawiony, a Skorpion odleciał już daleko. Kokaina i alkohol wyciskały z niego ostatnie rezerwy. Cleo i Robert tańczyli w pustej sali nieczynnej dyskoteki. Dochodziła trzecia nad ranem. Jutro mieli wracać do Szczecina. To był ich ostatni wieczór w Międzyzdrojach. Kobra zamówił kolejnego drinka i rozmarzył się patrząc na tańczących Roberta i Cleo. - Jak oni ładnie razem wyglądają. Skorpion spojrzał za jego wzrokiem. - Fakt. Jak z reklamy prezerwatyw. Robert i Cleo tańczyli przybierając najdziwniejsze pozy. Bawili się sobą i tańcem. Byli tylko we dwoje na parkiecie, w tej sali, i na całym świecie. - Nie sądzisz, że powinniśmy pójść do pokoju? - spytała Cleo. - Od wczoraj na to czekam - wyszeptał Robert. Nie czekali długo na windę. Wpadli do niej łapiąc oddech. Winda ruszyła w górę. Stali przez chwilę patrząc na siebie. Cleo pochyliła się do Roberta. Tym razem, on był pierwszy i pocałował ją delikatnie, a potem mocniej przytulił w ramionach. - Jesteś podniecony? - spytała Cleo. - Mogę dotknąć? .
- Piękne, prawda? Wzruszające. Sam płakałem. Ale cyk Walenty, na bok sentymenty! Teraz będzie prawdziwa eksplozja wzruszenia! Goście z Polski! Pawlak przełknął nerwowo ślinę, przekonany, że nadchodzi pora ich występu, ale nie docenił talentu Mike'a, który w uniesieniu zgrabnie połączył osoby Pawlaka i Kargula z grzybami: - Oni są świeży import ze starego kraju, tak samo jak polskie grzyby, których nowy .
Splot krzyżowy powstaje z przednich gałęzi dwóch dolnych nerwów lędźwiowych i trzech górnych nerwów krzyżowych. Splot ten bywa łączony ze splotem lędźwiowym w jeden splot lędźwiowo_krzyżowy. Splot krzyżowy leży na przedniej powierzchni kości krzyżowej na mięśniu gruszkowatym. Ze splotu wychodzą nerwy krótkie przeznaczone dla mięśni miednicy i nerwy długie dla wolnej kończyny dolnej. Nerwy krótkie unerwiają mięśnie: .
.
- Ja mam alibi - oświadczyłam stanowczo. - Od przyjścia Tadeusza do wyjścia Janusza nie ruszyłam się z miejsca, co milicja, mam nadzieję, wykryje. Wierzę we władzę ludową. On ma rację, myślmy! - Szczerze mówiąc, to ja wierzę, że to nie ty - przyznał uczciwie Janusz. - Ile ci nieboszczyk był jeszcze winien? - Pięć i pół patyka. Mogę teraz na tym krzyżyk położyć. .
- Czyżby? .
Yogi Johnson wyglądał przez okno. Niedługo przyjdzie pora zamykania fabryki na noc. Ostrożnie otworzył okno, tylko .
wymarłe, pod warunkiem, że skamieniałości dostarczyły dostatecznie dużo informacji o ich anatomii. Z tego powodu mówimy, że dinozaury były gadami, a australopitek należał do człowiekowatych, mimo że żadnego z nich nie ma już na świecie. 132 systematycy zastąpili sztuczną klasyfikację .
Milczący stanie okręt emigrantów. .
W ofertach dotyczących sprzedaży komputerów, po symbolu .
- A kto ci powiedział, że on jest człowiekiem? On jest naszym przedstawicielem. Twoja dusza jest dla nas dużo warta, bo ty jesteś rzeczywiście unikat nie z tej ziemi. Masz takie głupie pomysły, jak nikt na świecie. Przy tobie on zostanie do końca życia, bo ciebie opłaca się maltretować... - Zgiń, przepadnij, przeklęte widziadło! Paszoł won! Niech cię więcej na oczy nie widzę!!! - Dobrze, dobrze, nie będzie potrzeby. .
- Biedna Anka! - szepn±ł. .
niemu po wodzie. Kiedy dotarli do statku, wykrzyknęli: .
powiedział do mnie. "I nauczy się pan wielu rzeczy potrzebnych, aby pisać .
- Szczegółowego badania naszych poczynań, które milicja również przeprowadza. Zresztą... przyczyny pańskiej ewentualnej niechęci do Tadeusza są chyba bardziej warte ukrycia niż sama zbrodnia jako taka, prawda? Jeśli będą dalej grzebać, to dogrzebią się stanowczo za głęboko. A jeśli to nie pan, to niech mi pan już spadnie z głowy i niech ja mogę spokojnie przyczepić się do kogoś innego. Mam pana przekonywać? Sam pan wie najlepiej... Zbyszek milczał długą chwilę, patrząc przed siebie niewidzącym spojrzeniem. Potem nagle jakby się ocknął i podjął decyzję. Poczułam, jak mi się robi wewnątrz dziwnie głupio, i czekałam w okropnym napięciu. .
Monstrualny mięczak - przydacznia .
- Chyba się domyślam - powiedział Decker. - Gdy odchodził z CIA, prawdopodobnie wystawiono mu doskonałe referencje. W zamian za to, że nie będą musieli się za niego wstydzić, gdyby odsłonił szczegóły na temat tej tragicznej misji, w której brał udział. .
chrześcijaństwa dla teraźniejszości; w siedmiu "pieczęciach" - .
- Tak więc teraz przynajmniej możemy powiedzieć, że badania przeprowadzone zostaną zupełnie niezależnie od nas - twierdzi Sołowiow. choć będzie w nich uczestniczył doktor Iwanow, jako nasz przedstawiciel. Paweł Iwanow przybył do nowego gmachu Instytutu Patologii Amerykańskich Sił Zbrojnych w Rockviue w stanie Maryland piątego czerwca 1995 roku, przywożąc próbkę pobraną z kości udowej wielkiego księciaJerzego. Celem jego misji było upewnienie się, że ciało numer 4 rzeczywiście należy do Mikołaja II. .
13. Jacy specjaliści potrzebni są w przebiegu terapii? .
rozróżnienie pomiędzy odwołaniami do dwóch części układu, jakim .
- Dość Nie mogę więcej Na miłość Boga, proszę przestać I Zerwała się, oburącz zatykając sobie uszy. Przerwał i podniósłszy na nią wzrok ujrzał łzy lśniące w jej źrenicach. .
Rząd dostaje odpowiedź: "Nie możemy tego zrobić, skoro koszty .
Tak więc dla utrzymania stanu zdrowia organizmu i prawidłowych jego czynności potrzebne są: .
Seyn; mały, z dziobatym profilkiem u sitka mikrofonu, .
- Nie wiem, nie omawiałam tego z mordercą. Na razie szukają wrogów Tadeusza, ale lada chwila zaczną szukać wrogów Witka. - Bez trudu skompletują sobie piękną kolekcję. Nie mówiąc o tym, że nie dałbym głowy za niewinność kierownika pracowni. Albo głównego księgowego. Z racji zajmowanych stanowisk są to dla mnie osoby najbardziej podejrzane. Quo usque tandem?... - Aż znajdą złoczyńcę - odparłam. - W naszym własnym interesie leży dać się jak najszybciej złapać. Aha, Alicja, co cię tak ciekawi? - Zaraz - powiedziała Alicja. - Panie Zbyszku, co właściwie oznaczały, te dziwne okrzyki Stefana? To on zabił Stolarka? - Przeciwnie - odparł Zbyszek z westchnieniem. - Pożyczył mu pieniędzy... - Jak to? - wyrwało się Kaziowi. - On też?!... .
- ..nnnie wiem ddlaczego chciałeś się ze mną ssspotkać w tttakim miejscu, Severusie... .
Czarna dziura .
tylko szampańskie, .
twarzy, gromnica wypadła jej z ręki, a ona stygn±c± dłoni± ujęła rękę syna i .
- Rób mu nereczki! .
panował spokój. Zaczynaliśmy już być zmęczeni tym oczekiwaniem .
odwolania .
jąc kopniakami drzwi. W oka mgnieniu musieli ocenić sytuację. Gdzie są .
„Chciałabym, aby mąż przed współżyciem zaprosił mnie na dansing, żeby wykazał czułość, zainteresowanie mną, a we współżyciu, aby dał mi to wszystko, co powinien dać prawdziwy kochanek. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie współżycie. Podsunęłam mu „Małżeństwo doskonałe", ale on nic się nie zmienił". Oczywiście, że lepiej byłoby nawet rzadziej współżyć za cenę wzbogacenia scenerii i ars amandi, ale świat marzeń zawsze może być bogatszy od możliwości, jakimi dysponujemy. .
- Na to nie ma rady, tym bardziej że pan Mieczysław kocha swoich pacjentów, to .
w Sławie i infamii, że w 1949 r. podczas narady .
- Halt! .
- Ja również. Gdy zabrzmiała muzyka, chwycił ją mocno za nadgarstek i objął w talii. Cały czas szczerzył zęby w uśmiechu, napawając się swoją chwilową przewagą. Wiedział, że dopóki płyta się nie skończy, niewiele mogła zrobić. - Przy naszym ostatnim spotkaniu - odezwał się - powiedziała mi pani, że żaden ze mnie dżentelmen. Muszę więc poprawić swoje maniery. Roześmiał się, jakby powiedział coś bardzo zabawnego. Zauważyła, że miał już dobrze w czubie. Muzyka dobiegła końca. Zatrzymali się przy otwartych drzwiach tarasu i Reichslinger wypchnął ją na zewnątrz. - Wystarczy już tego - rzekła. .
-Ze mną. Mówię ci przecież, że mnie coś korci. .
- O ile dobrze rozumiem, uważa pan doktor MaryDaire Kinę za największy autorytet na świecie w dziedzinie badań DNA. .
"Podziękowałam ze łzami; on zaś, zamiast do Włoch, zawiózł mnie .
nieboskich stworzeń. Anię chwyciła nagła złość. Kto mu dał prawo do ferowania takich wyroków? Jeśli szczuje tak tego, kto jej przekazuje ideę ogólnoludzkiego porozumienia, to niech się dowie, że sam wraz z dziadkiem Władysławem jest obiektem czyjejś niechęci. Nie chciała dotąd mówić o tym, co posłyszała na dolnym pokładzie, ale teraz doszła do wniosku, że to jedyny sposób, by ostudzić ataki dziadka Kaźmierza na wszystkich, których nie zaliczał do samych swoich. .
ostatecznej .
powietrze. Potem powoli się wyprostował. .
Teoria Wielkiego Wybuchu (Big Bang) .
- Żaden mesmerysta nie potrafiłby mnie zahipnotyzować. Na moment uwolnił jej rękę, by zamknąć bramę i zapalić latarnię. - Mam zbyt mocny umysł. - Naprawdę? Taki mocny? .
utykając, po czym znikł za parkującą przy schodach furgonetką. Pawełek wycofał się na Chocimską i noga za nogą powlókł się dalej, z głową wykręconą do tyłu, podpierając się niekiedy ciupagą. Mercedes ruszył, najpierw do tyłu, potem do przodu, następnie skręcił w Chocimską. Przejechał jeszcze może z dziesięć metrów, został zatrzymany na środku ulicy, dwaj faceci wyskoczyli, obejrzeli tylne koła i w kilka sekund później zniknęli z pola widzenia. - Teraz będzie piekło, bo stoi na środku i nikt nie przejedzie - powiedział Pawełek do Bartka, który znienacka pojawił się obok niego. - Ale właśnie o to chodziło. Niech pęknę trzysta razy, jeśli to nie byli złodzieje! Bartek tylko kiwnął głową. Z przejęcia, dumy, satysfakcji i upojenia nie był w stanie wydać z siebie głosu. Ta noga stołowa to było wprost cudo! I w dodatku sam ją sobie własnoręcznie wykonał...! .
rozprawiając, dobili do Bordeaux. .
rozwoju duchowego, jakie osiągnąć może człowiek. Wtajemniczony .
odmawiano im ich wlasnych praw. .
W wyciu wiatru, w szumie ulewy nie słyszano jego odpowiedzi. Zamachał dwa razy ramieniem i ręką wskazał w kierunku grani pomiędzy Małym Jaworowym a sąsiadującą z nim turnią. Czy chciał jeszcze przeszukać żleb, leżący za grzędą, czy wydało mu się, że słyszy wołanie Szulakiewicza, czy też widząc stromą, wąską półkę skalną, która zaczyna się na grzędzie i biegnie w prawo, sądził że szybciej wydostanie się nią na grań i zejdzie bezpiecznie na południową stronę? - nie dowiemy się tego nigdy. Zginął im z oczu za skalną krawędzią. Pozostali na miejscu pełni niepokoju pomimo odrętwienia i zmęczenia. - Wracajcie, Klimku! - krzyknął jeszcze raz Zaruski. .
nastrojach bohatera. Np. koniec aktu II w uwadze reżyserskiej .
- Nie, trzyma się za głowę - odparł rzeczowo Wiesio, który był już w naszym pokoju i widać postanowił sobie na wszelki wypadek trwać przy ścisłej prawdzie. Pan w cywilu zwrócił się znów do Witka: - Proszę spowodować powrót wszystkich na swoje miejsca. Chciałbym zobaczyć biuro w normalnym stanie. W normalnym stanie rzadko kto siedział na swoim miejscu, ale skoro on to sobie tak wyobrażał, to nie mieliśmy zamiaru wyprowadzać go z błędu. Poganiani przez Witka, który nagle zrobił się demonstracyjnie praworządny, ruszyliśmy ku drzwiom, podtrzymywani na duchu nadzieją, że jeśli coś ciekawego zdarzy się w innym pomieszczeniu, współpracownicy niewątpliwie nam to przekażą. Na razie nasz zespół był wygrany z. uwagi na usytuowanie Janusza. Posłusznie weszliśmy do siebie. Nikt z nas nie pamiętał o jednym skromnym drobiazgu. Nie dalej jak poprzedniego dnia opętany chandrą Leszek namalował monstrualnych rozmiarów obraz na wielkiej płycie pilśniowej. Cały dzień nic innego nie robił, tylko malował. Znaliśmy już jego nastroje i nawet Witek, widząc jego zajęcie, nic nie mówił, machnąwszy ręką z rezygnacją, bo wiedział, że i tak w tym stanie ducha żadnego pożytku by z niego nie było. Obraz, utrzymany w żywych kolorach, przedstawiał potworną mordę z wyszczerzonymi zębami, do której była doczepiona figura, mająca zapewne wyobrażać kobietę. W dole obrazu znajdowało się coś, co przypominało zmaltretowanego, klęczącego osobnika płci męskiej, z gębą zwyrodniałego kretyna, w którego głowę kobieta owa wbijała wielki gwóźdź. Jakby mało było tej makabry, po opuszczonej ręce kobiety zbiegały w dół, do klęczącego osobnika całe stada białych myszek. Straszliwe to dzieło stało oparte o ścianę na wprost naszych drzwi wejściowych. Pan w cywilu wszedł i zatrzymał się nagle, bowiem pierwszą rzeczą, na jaką padło jego oko, był właśnie ów obraz. Wbrew naszym nadziejom nie krzyknął i nie uciekł, przybladł tylko nieco i przez dobrą chwilę nie mógł wydobyć z siebie głosu. Wreszcie odetchnął głęboko, oderwał wzrok od wstrząsającej dekoracji, rozejrzał się po pokoju i dostrzegł Janusza. Obok Janusza, przede mną, znajdowało się puste miejsce nieobecnego Witolda, który siedział na desce. Brzmi to nieco dziwnie, ale jest faktem. Twierdził, że ma jakiś szczególny gatunek reumatyzmu, który pozwala mu zginać nogi tylko pod jednym określonym kątem, a każdy inny kąt wygięcia powoduje nieznośne bóle w kolanach. Zwykłe krzesła, stojące na podłodze, były za niskie do stołów kreślarskich, nasze kręcone krzesła, odpowiednio wysokie, siłą rzeczy zmieniały mu ów kąt w nogach, wobec czego położył na podłodze deskę kreślarską, na niej postawił zwykłe krzesło i tak siedział. Kąt miał, wysokość miał i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że deska pod stołem, prawie niewidoczna, ale za to wystająca, tworzyła coś w rodzaju niskiego stopnia, o który się każdy potykał. Z szalonym zaciekawieniem przyglądaliśmy się teraz, czy panu w cywilu uda się uniknąć tej pułapki, czy nie. Otrząsnąwszy się z wrażenia wywołanego arcydziełem Leszka, nie spodziewając się zapewne już niczego gorszego podszedł do Janusza i zatrzymał się przy jego stole. - To pan znalazł zwłoki? - pytał. Janusz trwający dotąd w niezmienionej, dramatycznej pozycji, podniósł głowę i rozejrzał się błędnie wokoło. - Nie ma pan papierosa? - spytał. Wyglądało na to, że treść słów przedstawiciela władzy jeszcze do niego nie dotarła. Przedstawiciel władzy westchnął ciężko, wyjął papierosy i obaj zapalili. - Pan się o coś pytał? - ocknął się nagle Janusz. .
- No cóż, uczciwie trzeba przyznać, że nam pani bardzo pomogła. Trochę panią podejrzewam o współpracę z jakąś siłą nieczystą.. Co pani chce wiedzieć? Tak dużo chciałam wiedzieć, że zrobił mi się natychmiast mętlik w głowie. Resztkami przytomności wybrałam to co tylko oni mogli powiedzieć. - Klucz! - zawołałam pośpiesznie. - Co z kluczem? .
W Grecji uzyskuje 30-dniową wizę turystyczną. Po 18 dniach .
- Na litość boską, zróbcie coś z tym radiem, kto z was rzepak hoduje?! - Idź się uczesz - powiedziała Alicja, zaglądając do pokoju. - Prokurator cię dawno nie -widział. .
Każdy odczyn zapalny w obrębie układu krążenia prowadzi do powstania zmian zwyrodnieniowych. Zasadniczym skutkiem tych zmian jest upośledzenie krążenia. Tkanki pozbawione krwi ulegają martwicy. .
Ani ja. To ty grozisz mi wyrzuceniem. .
84 .
tym rozpaczniej wykłada sobie siebie na opak. Jeśli .
się w świętej nagonce przeciw temu .
dent. .
- Całe szczęście, że zabrałam ze sobą pistolet - powiedziała. Artemis zdołał powstrzymać się od głośnego wyrażenia zdziwienia. W towarzystwie tej damy spędził niespełna godzinę, ale poznał ją na tyle dobrze, że nie powinien być zaskoczony tego rodzaju informacją. .
- Garbate gargulce, Harry, ludzie wciąż mają pietra. Cholibka, nie jest lekko. No więc był jeden czarodziej, który... no... zeźlił się. Znaczy się, zrobił się zły jak diabli. Gorszy. Gorszy niż gorszy. A nazywał się... Hagrid przełknął ślinę, ale nie wypowiedział żadnego słowa. .
To wszystko. Być może Oster nieopatrznie wygadał się młodemu po-ruczniko~-i, że był R~ Teheranie, co Kuzniecow sz~~bko skojarzył z przygo- .
Prehistoryczny reaktor jądrowy .
do domu, ale z takim uczuciem bezsilno¶ci wobec tych olbrzymich gmachów, wobec .
Zacz±ł nucić bezwiednie i z lubo¶ci±. .
- Jak się nazywasz? .
kolorowania; doszedł do wniosku, że z czytaniem u Marcysi słabo, ale że zawsze była świata ciekawa, to pewnie zachwyci się tymi zwierzętami, które na stronach "Bible pictures to color" .
jest w oparciu o hipotezę o ponoć nieograniczonych możliwościach .
.
Samorealizacja oznacza wówczas wzajemny rozwój w poszukiwaniu coraz lepszego, wyższego poziomu kultury seksualnej, dostosowanej do wrażliwości i potrzeb obu stron. .
- Ile by mnie kosztowało, gdybym chciał nauczyć się grać w karty tak jak pan? .
żadnej deklaracji; Białorusini całkiem logicznie odrzucili projekt powołania się na polsko-radziecką umowę .
celu zniszczenia polnocnowietnamskich baz wojskowych i linii .
widzenie, gdyż nawet oczy są pośrednikiem i muszą być pewną .
uzmysłowi nam, jak dalece nic nie działo się w tej epoce .
- A co będzie, jak oni tam znów napchają...? Pawełek prychnął wzgardliwie i wzruszył ramionami. - Dowiemy się od policji, kto to był, nie? I sprawdzimy, gdzie mieszkają. I możesz być spokojna, że żaden nie wejdzie do domu, ani nie wyjdzie, zależy po której stronie akurat będzie przebywał. Ja też mam cristal cement. Niech im się nie zdaje, że to tak przejdzie ulgowo i zobaczymy, kto dłużej wytrzyma. I od razu mówię, żeby potem nie było, nie przyznam się! Wyprę się na mur oporowy, nie było mnie tam, w życiu czegoś takiego jak cristal cement na oczy nie widziałem, w ogóle mowy nie ma! Chaber mi pomoże. Janeczka zaaprobowała pomysł bez chwili wahania. Gniew i zaciętość rosły w jej duszy. -Pana Wolskiego załatwić - przypomniała złym głosem. .
190 .
Funkcjonalność modułu pocztowo-newsowego Minueta (usługi te są w Minuecie bardzo ściśle zintegrowane) nie wykracza poza elementarne możliwości programów pocztowych: możliwe jest odpowiadanie na listy, przekazywanie ich dalej (forward), grupowanie listów w foldery i przenoszenie ich między nimi (nie ma jednak opcji automatycznego filtrowania listów do poszczególnych folderów). Bardzo ciekawą cechą Minueta jest wspomniana już daleko posunięta integracja poczty i newsów: redagowanie i wysyłanie wiadomości w obu przypadkach odbywa się w tej samej opcji programu (możliwa jest zresztą wysyłka równocześnie obydwiema drogami), a odpowiadanie na listy lub forward możliwe są także "na krzyż", np. odpowiedź na wiadomość otrzymaną pocztą może być wysłana do Usenetu, albo na odwrót. We wszystkich okienkach programu działa funkcja "cut & paste", co pozwala na bezproblemowe kopiowanie adresów odbiorców np. z treści listu lub z dowolnego innego miejsca. Sporą wadą programu jest natomiast całkowity brak obsługi standardu MIME, co nie pozwala np. na proste wysyłanie ani odbieranie żadnych plików w postaci załączników do listu (konieczne jest kodowanie lub dekodowanie plików osobnymi programami); nie pozwala też na stosowanie polskich liter. Co prawda jeżeli mamy zainstalowane w DOS-ie polskie litery (w kodzie ISO 8859-2!), możemy je zarówno widzieć, jak i wpisywać w wysyłanych listach, ale ze względu na brak odpowiednich nagłówków MIME robimy to "na własne ryzyko" - nie ma gwarancji, że odbiorca będzie mógł przeczytać nasz list z polskimi literami. Minuet pozwala na czytanie zarówno poczty, jak i newsów, oraz przygotowywanie odpowiedzi off-line, co jest bardzo istotne dla osób korzystających z połączeń modemowych. Nie przewidziano jednakże możliwości wywoływania dialera z wnętrza programu dla nawiązania połączenia lub jego rozłączenia, co powoduje, że musimy w tym celu wychodzić z Minueta. Typowe postępowanie przy pracy off-line obejmowałoby zatem nawiązanie połączenia za pomocą dialera, uruchomienie Minueta, ściągnięcie poczty i zasubskrybowanych grup newsowych (wszystkich lub tylko wybranych), wyjście z Minueta, rozłączenie się, ponowne wejście do Minueta, czytanie listów i pisanie odpowiedzi, wyjście z Minueta, nawiązanie połączenia, wejście do Minueta i wysłanie przygotowanych listów, wyjście z Minueta, rozłączenie się. Uff! .
- A czy muszą je od razu ukraść? Już się czają? I w ogólę uważasz, że co możemy zrobić? - Zlikwidować szajkę złodziei samochodowych - odpowiedział Pawełek energicznie i przepchnął się do kuchni - Głodny jestem Czy to coś w garnku jest do jedzenia? - Nie, to na jutrzejszy obiad - odparła pani Krystyna, również wchodząc do kuchni - Dzieci, na litość boską, może jednak tę szajkę likwidowałaby raczej policja ? Słusznie zaczęłam mieć obawy Kategorycznie zabraniam wam mieszać się w takie rzeczy Orientuję się, że zdobywacie skądś różne przedziwne wiadomości i proszę bardzo, tymi wiadomościami policję możecie uszczęśliwiać. Ale na tym koniec .
ze ktos bedzie chcial je traktowac z mechaniczna doslownoscia, .
- Ale tam. .
Cichy klepnął go po ramieniu i ruszyli w stronę drzwi. Wyszli na korytarz nocnego klubu Royal Pub. .
Czy Roosevelt zdawał sobie sprawę, .
- śledzi mnie ktoś? .
272 .
Presja obyczajowa jednak sprawia, że jest on przez wiele kobiet wyżej ceniony; poczucie własnej wartości wynika wówczas ze spełnienia oczekiwań ich partnera i „normy" obyczajowej. .
.
- Czy chce pani zwrócić się do sądu z oficjalną prośbą w tej sprawie?spytał sędzia. .
Argument przemawia w istocie za czymś odwrotnym. .
- To eufemizm; gotujemy je, aby oddzielić ciało od kości. Doktor Maples jest antropologiem sądowym, głównym obiektem jego badań są kości. Gdy przekazuje mu się je wraz z ciałem, przed przystąpieniem do pracy musi je z niego wydobyć. Ciało umieszcza w jednej z kadzi, wypełnia wrzącą wodą i gotuje tak długo, aż pozostanie sam szkielet. Większość tych prac wykonują studenci, którzy zmieniają się przy kadziach co jedną lub dwie godziny. .
ręce. .
w pełni udokumentować. Zaczynając od drugiego, prawniczego członu pytania: rząd ZSRR zerwał (w nocy .
- Oj niegrzeczny, niegrzeczny dupek! Nie spytałeś: „Czy mogę?" Gdzie on jest? - zastanawia) się przerażony Decker. Gdyby McKittrick był na tym dachu, nie detonowałby bomb, które tu ukrył. Nie miałby pewności, że nie wyleci w powietrze razem ze mną. Więc gdzie? Znowu odpowiedź nadeszła niespodziewanie. Na sąsiednim dachu. W blasku płomieni zobaczył, że sąsiedni dach jest położony niżej. McKittrick musi stać na drabince przytwierdzonej do ściany, na jakiejś kracie albo na technicznym elemencie konstrukcji budynku. Ukryty, może spoglądać ponad krawędzią ściany i kryć się, gdy detonuje bomby. Decker wycelował, zobaczył coś, co mogło być głową wystającą nieznacznie z ciemności za budynkiem, chciał już pociągnąć za spust, gdy zdał sobie sprawę, że jest to tylko poruszający się cień, powstały od płomieni. Z tyłu pożoga przybliżała się szybko. Ulewa tylko nieznacznie powstrzymywała jej postęp. .
i mnie, znają pana krócej niż rok. Aha, zapomniałem o Chryslerze. .
- Dlaczego ja? .
- Widocznie do porwania nie doszło dokładnie pod bramą powiedziała.Alice mówiła mi, że stały wówczas u wylotu pobliskiej uliczki i czekały na powóz, który po nie wysłałam. Rozejrzała się uważnie i dodała: - Myślała zapewne o rogu tamtej uliczki, gdzie kręcą się jacyś chłopcy. .
korytarzami snuli się parami mężczyźni o ciepłym, łagodnym spojrzeniu, obejmując się za szyję lub patrząc sobie z oddaniem w oczy. Shirley pukała do drzwi różnych pokoi, zza których najpierw witało ją szczekanie psów. Ich właściciele oddawali pod jej opiekę swoje czworonogi. Po chwili Shirley prowadziła na smyczy dziesięć psów różnej rasy, maści i wielkości. Przemierzały korytarze hotelu ani razu nie spotykając żadnej kobiety. Więc to miała być ta praca, którą Shirley wymyśliła dla niej: .
musi ono byc .
przed nami. Sprawia, iż czujemy, że Bóg jest daleko i że .
- To nie stanowi różnicy, zbyt już był skompromitowany, by jeden strzał mniej lub więcej miał wpłynąć na jego sytuację. .
całych stosunków społecznych. .
- Powiedz coś - warknął zamachowiec. .
- Co się panu stało z twarzą? - spytała strażniczka. .
- Jak na jednego człowieka to za dużo naraz - .
- Oddałbym za to wszystko - powiedział. - Wszystko. Co ci jest? .
- Chcielibyśmy - powiedział Miś - ale do bandy Wąskopyskiego. - Dobrze. Weźcie te swoje porteczki i idziemy. Trzeba będzie im jakieś łachy poszyć - powiedział Chuny do Wąskopyskiego. 125 .
- Mój Boże, jak też tam będzie synkowi? - martwił się znowu, pociągając przez nos. .
osobom dlatego właśnie ona odpowiada. .
.
szturmowano i po kolei obalano, z rosnącą satysfakcją .
wystapienie przeciw zastarzalym przeslankom jest zarazem .
- A na grudach zmarzłej oziminy rozwalona dziewczyna. Ona u was służyła. Jeden warkocz na ustach wydętych przestrzałem, studzieninowate oko. Podszyte na stopach pończochy, w garściach ziemia mimo mrozu. A na lewo mama rodzicielka, naga, ze strzępem odzienia na jednej nodze. - Przypominam. Teitelbaum wówczas, korzystając ze spokoju na szosie, zmykał przysiadłym truchtem w pole. i o* .
niektore posiadaja charakter bardziej dynamiczny i ekspansywny, .
żadnych złych wie¶ci. .
myślenia, od stawiania swojemu myśleniu koniecznych wymagań. Do .
211 .
- Jest co? - zapytał Karol, bo często w nocy Bucholc przysyłał różne .
Jakkolwiek współczułem mu w związku z syna- : .
Burza szalała teraz już nie wokół Goleniowskiego - twierdzenie, jakoby był carewiczem, już dawno przez rosyjską emigrację zostało uznane za "absurdalne", "śmieszne", "sowieckie fałszerstwo" - ale wokół ojca Jerzego. Duchowny został brutalnie zaatakowany przez wydawaną w Ameryce rosyjską prasę. Przełożeni zakazali mu ochrzczenia małej Tatiany, musiał też przy każdej okazji powtarzać, że nazwisko "Romanow" jest w Rosji tak częste jak "Smith" w Ameryce, że jako ksiądz nie mógł odmówić ślubu parze mającej do tego prawo, że Goleniowski nie może być tym Aleksym Mikołajewiczem Romanowem, oraz że jego obecność na ślubie nie oznacza, jakoby cerkiew popierała roszczenia pana młodego. Wyjaśnienia ojca Jerzego nie były przekonujące dla jego oskarżycieli, zwłaszcza gdy wyszło na jaw szerokie na trzy szpalty ogłoszenie w piśmie GournalAmerican" zapłacił podobno sam pułkownik Goleniowski), że przed ceremonią ojciec Jerzy pięciokrotnie odwiedzał Goleniowskiego w jego mieszkaniu. Grabbego poproszono o rezygnację z członkostwa we wszystkich rosyjskich organizacjach emigracyjnych i przez pewien czas był bojkotowany. Trzydzieści lat później ojciec Jerzy, dziś emerytowany biskup Grzegorz, wyjaśnia motywy swego postępowania. 30 września 1964 roku o godzinie piątej rano zadzwonił do niego Goleniowski mówiąc, że jego żona zaraz będzie rodzić i że ma wszystkie dokumenty. Ojciec Jerzy udał się do ich mieszkania, gdzie czekali na niego spodziewający się dziecka państwo młodzi oraz wydawca o nazwisku Robert Speuer. Goleniowski wręczył księdzu zezwolenie na ślub wystawione na nazwisko Aleksego Mikołajewicza Romanowa oraz sądowy wyrok potwierdzający zmianę nazwiska z "Michał Goleniowski" na "Aleksy Romanow. .
im jakiś czas z zaciekawieniem: rakiety ich były dość szerokie, .
- A czegoś ty, Jaśku, wtedy bronił, jak żeś się na Kargula kosą zamierzył? Miedzy ty bronił, bo ją Kargulowy pług odkroił nie więcej jak na pudełko zapałek i za to Kargul od tych pór po twojej kosie jednym płucem dychał... Jaśko nieomal czule spogląda na brata: po tylu latach wreszcie ktoś głośno rację mu przyznaje, nadaje sens wszystkim jego cierpieniom i przejściom. Czuje w tej chwili nieodwracalną wspólnotę ich losu: on, Jaśko, musiał opuścić rodzime Krużewniki przez znienawidzonego sąsiada. Kaźmierzowi też był pisany los wygnańca, tyle że z wyroków historii. Tak więc obaj po tylu latach spotykają się jakby w podobnej sytuacji ludzi wyzutych ze swojej ojcowizny. John Pawlak jako ofiara Kargulowej pazerności, praw Bożych nie uznającej - i Kaźmierz, ofiara umów jałtańskich, których jedynym pozytywnym skutkiem był fakt, że z życia Pawlaków zniknął na zawsze ten śmiertelny wróg zza płotu. .
Nauczyciel języka polskiego i języków obcych, rozumiejący proble-my dziecka z dysortografią, będzie glównie odpytywat je ustnie. Jego .
rozwiązuje go tak, drugi inaczej. Ważny jest fakt, że .
Miłość prawie zawsze spada do tego, co niższe, gdyż nie jesteśmy świadomi. I dlatego we wszystkich językach, gdy ktoś wchodzi w miłość, mówi się o nim: "wpadł po uszy, zakochał się" Ludzie wpadają w miłość, bardzo rzadko wznoszą się w miłości. Pamiętaj, to sformułowanie jest bardzo prawidłowe. Miłość zaczyna się jako coś bardzo wysokiego, romantycznego, poetyckiego, boskiego, a potem stopniowo godzi się na coś bardzo zwyczajnego, fizycznego, zepsutego. .
- Potem spotkała tego Pottera, skończyli szkołę i pobrali się, i ty im się urodziłeś, a ja oczywiście wiedziałam, że będziesz taki sam, tak samo dziwny, tak samo... nienormalny .. a potem, proszę bardzo, wyszła i wyleciała w powietrze, a ty wylądowałeś u nas! Harry zbladł jak papier. Kiedy odzyskał mowę, zapytał: .
- Nie żyje! .
Yogi wręczył im paczkę Niezrównanego oraz piersiówkę. .
- Dobrze, pani Deveridge - odezwał się wreszcie.Zrobię, co w mojej mocy, by pomóc pani w odnalezieniu zagubionej pokojówki. Proszę tylko nie mieć do mnie pretensji, jeśli się okaże, że panna Nellie wcale nie chce, by ją odnaleziono. .
- Zrób to - powiedział do Craiga Sturm - i wracaj tutaj. Craig wykonał polecenie. Liny z pluskiem wpadły do wody i po minucie „Liii Marlene", oddaliwszy się od nabrzeża, wypłynęła do zatoki. - Prawda, jakie to proste? - powiedział Sturm. - Tylko jedna rzecz gra mi na nerwach. Za to odznaczenie ginęli dzielni żołnierze, komandorze, i pan nie będzie tego nosił. Nie taki kiepski aktorzyna. Zerwał Hare'owi z szyi Krzyż Rycerski i w tej samej chwili Hare chwycił go za nadgarstek wykręcając mu rękę trzymającą broń, która wypaliła z głuchym trzaskiem. Genevieve wczepiła się paznokciami w twarz Sturma i kopnęła go w goleń. - Craig, uciekaj! No już! - wrzasnął Hare szamocząc się ze Sturmem. Craig szarpnięciem otworzył drzwi i wyciągnąwszy rękę pociągną) za sobą Genevieve, która, zgubiwszy but, potykała się co krok. Schowany za dwoma szalupami na rufie drugi spadochroniarz otworzył ogień. Craig popchnął ją do relingu po drugiej stronie drabinki. - Na Boga, skacz! Prędko! Stanęła stopą na barierce i z pomocą Craiga, który uniósł ją wyżej, skoczyła do wody. Gdy wynurzyła się na powierzchnię, Craig wylądował tuż obok niej. Kuter nikł już w ciemności, dojrzeli tylko błysk serii wystrzelonej z automatu, a potem nastała cisza. Unosili się na wodzie obok siebie. - Nic ci nie jest? - spytał krztusząc się wodą. .
dla dewotów, belzeban i hellurium dla masochistów.., .
dominikanie) Oka na kaptur spiczasty nie krzywił. .
- Nie powiesz chyba, że czepiałeś się mnie całe życie?! A jakoś sobie dawałam radę? - A rzeczywiście, znakomicie! I z jakim rezultatem! Dwoje dzieci, puszczona w trąbę przez męża i przez gacha, zapracowana jak wół roboczy... Tylko ci zazdrościć! jak sobie mogłaś ułożyć życie na atłasach, to co zrobiłaś? Szlachetna byłaś, co? Moralna? Bezinteresowna? Ech, ty oślico, żebyś wiedziała, że nic mnie tak nie denerwuje jak ta twoja szlachetność! Czekaj, jeszcze ci kością w gardle stanie! - Powieś się - mruknęłam gniewnie. - Po to tu przyszedłeś, żeby się ze mną głupio kłócić? O co ci chodzi? - O nic. Wracajmy do tematu. Czego nie wiesz? .
Pobiegli za tą zgrają, narywając się co krok na pniaki. Ostry krzyk dziewczyny poplątał się ze strzałami. Wąskopyski oddychał ciężko, przyklęknął i strzelił. Światło skoczyło w bok i ktoś tam z tej grupy upadł. Szaja wyplątał się z kręgu światła. - Halt! halt! halt! - krzyczał ktoś basem. Chuny strzelił ze swego walterka trzy razy. Smuga reflektora znalazła go, podrgała i zgasła. Po chwili znowu zabłysły światełka na roli, ale już dalej, uciekali na tor kolejowy. Wąskopyski pobiegł brzegiem lasu, obok coś zaszeleściło. 109 .
charakteryzowala ostentacja, rozrzutnosc konsumujaca2 znaczna .
Program napisany jest z użyciem własnego stosu TCP/IP, konfigurowanego poprzez jawne wpisanie odpowiednich parametrów do pliku CONFIG.TEL (możliwa jest konfiguracja poprzez BOOTP). .
* Jest to po prostu piękne - wtóruje jej Advait, zahartowany sannyasin, będący z Osho od pierwszych lat Poony. - Oczywiście, uległo to niewiarygodnej zmianie. Gdy po raz pierwszy przyszedłem do Osho, byli koordynatorzy sprawujący władzę i wymagający "poddania" a w okresie Rancza były "mamy" ale ci ludzie raczej tylko prowokowali moje własne uśpione chęci władzy. Byłem wtedy zauroczony autorytetem, a zarazem antyautorytarny - teraz widzę, że obie te postawy pochodziły z tej samej przestrzeni. W czasie Rajneeshpuram byłem zaszokowany widząc u wielu z nas .
trwała długo i wzlot jego był równie błyskotliwy jak i upadek: został .
List pisany dnia 18 września. .
- Czy...? Zdumiało go brzmienie własnego głosu ochrypłego, ściśniętego ze wzruszenia. - Czy nic ci nie jest? Czy cię zranili? .
wreszcie, ale niezdrowym półsnem. I zaraz nadleciały widziadła: .
moze po .
- Jeśli to pan stanowił cel - dodał Esperanza. .
- Dlaczego zgasiłeś światło, Brian? .
z książkami ludzie idą... Nu, una i u wielmożnego proboszcza .
Nic więc dziwnego, że Kundalini może opiekować się wszystkimi .
wszystkiego, czego się łaknie, np. uzyskać pożądany .
- Chyba nie. - Osbourne wepchnął do środka chusteczkę. Co wy, u diabła, tutaj robicie? - Skontaktował się z nami Grand Pierre. Jak zwykle w postaci głosu przez telefon. Ciągle nie miałam okazji go poznać. - A ja tak - odpowiedział Craig. - Przygotuj się na mały szok, gdy nadejdzie twój dzień. - Naprawdę? Powiedział, że spotkanie z lysanderem zostało odwołane. Jak podali spece od meteorologii, znad Atlantyku nadciąga gęsta mgła i ulewa. Miałam zaczekać na farmie i powiedzieć ci o tym, ale ogarnęły mnie jakieś złe przeczucia. Zdecydowałam się przyjechać i obserwować twoją akcję. Byliśmy na drugim końcu miasteczka, w pobliżu stacji. Usłyszeliśmy strzelaninę i zobaczyliśmy, jak biegniesz na wzgórze. - Moje szczęście - odrzekł Osbourne. .
odkryje je, nie będzie z tym problemów. Tybetańczycy znaleźli .
mistyczna treść chrześcijaństwa opisana jest też w sposób .
- Och, Neville... - westchnęła starsza kobieta. Niewielki tłumek otaczał jakiegoś chłopca z dredami. - Lee, nie bądź taki, daj popatrzyć! Chłopiec uniósł pokrywkę pudła, które trzymał w ramionach, a wszyscy wrzasnęli i odskoczyli, kiedy z pudła wystrzeliła długa, owłosiona noga. Harry przeciskał się przez tłum, aż w końcu znalazł pusty przedział przy końcu pociągu. Najpierw wstawił klatkę z Hedwigą, a potem zaczął ciągnąć swój kufer ku drzwiom przedziału. Próbował wtaszczyć go na stopień, ale ledwo mu się udało unieść jeden koniec. Kufer dwukrotnie spadł mu na stopę. - Pomóc ci? - Był to jeden z owych rudzielców, za którymi przeszedł przez barierkę. - Oj, tak, proszę - wydyszał Harry. .
- Tak, chcę z nim porozmawiać. Przepraszam - zwrócił się do Deckera i odszedł w stronę robotnika. Hansonowie zdawali się zdezorientowani w całym tym zamieszaniu. .
.
pieczeniarz, zubożały szlachcic, który żyje z łaski pańskiej. W .
Usiądź bardzo spokojnie na krześle. Skieruj uwagę w głąb i .
.
czytelne. Ze względu na to ikony programów umieszczane są w tak zwanych grupach (niemal wszystkie ikony grup mają identyczny wygląd. Na przykład w grupie o nazwie AKCESORIAţ ACCESSORIES, dostarczanej przez producenta systemu i umieszczanej w komputerze podczas instalacji Windows, znajdują się: prosty edytor tekstowy (WRITE), program graficzny (PAINTBRUSH), kalkulator, zegar systemowy, i tak dalej W grupie GRY=GAMEs umieszczone zostały dwie gry. Oczywiście użytkownik może zainstalować kolejne, jeśli takowe posiada. Może również utworzyć nowe grupy i w nich umieszczać nabywane programy. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Nie tak znowu o wiele, ze cztery lata. Zapóźniony w rozwoju i skończył szkołę przemocą dopiero w zeszłym roku, ledwo o rok wyżej niż Zbinio. Bartkowi już o Stefku mówiłem i też mu zrobi narzędzie. Szwedkę. -Co? .
„lewicę" uznawano zarówno SDRP i Unię Pracy jak .
- , że spodoba się młodym ludziom i flirtującym parom. Madeline milczała, gdy jej towarzysz zapalał latarnię i prowadził ją ścieżką pomiędzy wysokimi żywopłotami. Minęli drzwi budynku i stanęli przed kamienną bramą. - To nowy labirynt - wyjaśnił Artemis, omijając bramę. Będzie otwarty razem z Dworem. Sam go zaprojektowałem. wykorzystując wzory Vanza. Myślę, że przysporzy nieco kłopotów moim klientom. - Nie wątpię. Ojciec zawsze twierdził, że labirynty Vanza są wyjątkowo zawiłe. Uśmiechnął się, słysząc ton dezaprobaty w jej głosie. - Nie lubi pani labiryntów? .
' - Seks partnerski .
- W pomieszczeniu panował przedziwny nastrój. Kiedy my - administracja Busha - przejmowaliśmy władzę, naszym głównym zagrożeniem nadal była możliwość zaatakowania Stanów Zjednoczonych przez Związek Radziecki w wojnie nuklearnej. Pamiętam, że jeszcze w maju i czerwcu 1989 roku odnosiliśmy się do Rosjan z dużą rezerwą. A zaledwie w trzy lata później, amerykańskiemu sekretarzowi stanu, który właśnie powrócił z jednego z "zamkniętych miast", w których przeprowadza się badania jądrowe, pokazuje się szczątki cara. To dobrze świadczy o tym, jak zmieniły się stosunki między mocarstwami. Tutwiler przypomina sobie inny szczegół z tego niezwykłego dnia. Gdy przebywała z Bakerem w kostnicy, powiedziano jej, że pośród szkieletów rozłożonych na stołach nie ma carewicza i jednej z córek. - Czy chodzi o Anastazję? - spytała Tutwiler, a ktoś - Tutwiler nie wie, który z Rosjan - powiedział stanowczo: .
-~ - Wyraźnie ci chyba mówię? On nie ma duszy, dostanie ją od ciebie... - Nie dostanie! - wrzasnęłam z uporem. .
więc weźcie mnie teraz i ukarzcie. Jestem wariatem i nie przyznam się do .
niedoskonałych do doskonałych. Zarysowuje się przed nami droga .
.
każdy, kto usłyszy słowo .
- Bardzo mi przykro - rzekł, rozpaczliwie usiłując zachować zwykły spokój - ale muszę odejść. Ja... jest mi słabo... Dygotał jak w febrze. Cała wściekłość Szerszenia ulotniła się w oka mgnieniu. - Ojcze, czyż nie widzisz... Montanelli cofnął się i znieruchomiał. - Tylko nie to! - szepnął nareszcie. - Wielki Boże, wszystko, lecz nie to! Jeśli tracę zmysły... Szerszeń podniósł się na jednym ramieniu i ujął jego drżące ręce. - Ojcze, czyż nie możesz pojąć, że ja nie utonąłem? Ręce, które trzymał w swym uścisku, stały się nagle lodowate i martwe. Przez chwilę panowała cisza, po czym Montanelli ukląkł kryjąc twarz na piersi Szerszenia. Gdy podniósł głowę, słońce już zaszło, a czerwone blaski konały na zachodzie. Zapomnieli o miejscu i czasie, o życiu i śmierci, zapomnieli nawet o tym, że byli nieprzyjaciółmi. - Arturze - szepnął Montanelli - czy ty jesteś naprawdę? Wróciłeś do mnie od umarłych? - Od umarłych... - powtórzył Szerszeń wzdrygając się. Leżał cicho, złożywszy głowę na ramieniu Montanellego jak chore dziecko tulące się do matki. - Wróciłeś... wróciłeś nareszcie! Z piersi Szerszenia wydobyło się głębokie westchnienie. - Tak - rzekł - a ty masz ze mną walczyć lub mnie zabić. - Och, cicho, carino! Czym jest teraz to wszystko? Byliśmy jak dwoje dzieci zbłąkanych wśród ciemności i biorących się wzajemnie za widmo. Teraz odnaleźliśmy się i wychodzimy na światło. Mój biedny chłopcze, jak ty się zmieniłeś! Wyglądasz, jakby cały ocean ludzkieJ nędzy przepłynął nad twoją głową, ty, który byłeś tak pełen radości życia! Arturze, czy to ty naprawdę? Tak często śniłem, że wróciłeś do mnie, a potem budziłem się i widziałem tylko straszliwy mrok ziejący z martwej pustki. Skąd mogę wiedzieć, że i teraz się nie zbudzę, by ujrzeć, że wszystko to jest snem tylko? Daj mi jakiś dowód namacalny, powiedz, jak się to wszystko stało. - W sposób dość prosty. Ukryłem się na okręcie towarowym i jako bezpłatny pasażer dojechałem do Ameryki Południowej. - A tam? .
granicę; miała specjalnych metrów od różnych języków. Ona mnie dużo gotówki .
Jest to znak potwierdzający. Jeśli radość przychodzi i odchodzi, nie ma to zbyt wielkiej wartości - jest to zjawisko światowe. Gdy radość trwa, pozostaje nieprzerwana, stale - jakbyś był odurzony, bez żadnego narkotyku jesteś stuknięty; jakbyś właśnie wziął kąpiel, świeży jak krople rosy o poranku, świeży jak nowe liście wiosną, świeży jak liście lotosu w stawie; jakbyś właśnie wziął kąpiel; gdy pozostajesz stale w tej świeżości, która pozostaje i pozostaje i nic jej nie zakłóca, wiedz, że zbliżasz się do domu. .
- Dobrze, to i ja pójdę. .
-Proszę teściowej, tylko spokój może nas uratować - powiedział do drugiej słuchawki wujek Andrzej. - Niech mama zdaje relację jak porządny korespondent wojenny. -E tam - powiedziała niecierpliwie babcia. - Oni łgali na potęgę, te czołgi im się mnożyły jak króliki. Mnie się nic nie mnoży, ta ciężarówka wróciła. Stoi obok, tak trochę przed twoim fiatem. - Mam nadzieję, że nie zamierzają ukraść mojego fiata - mruknął wujek Andrzej. - A nawet gdyby, mała strata - powiedziała ciotka Monika. - Jest ubezpieczony i kupimy coś nowszego. - Raz, dwa, trzy, cztery... - policzyła babcia. .
- To dosyć trafna nazwa - odparł Hare, włączając silnik. - Prawdę mówiąc, to nowy szyld. Stary rozlatywał się już, a poza tym był raczej odrażający. Jakiś biedny złoczyńca kołyszący się na linie, ze związanymi rękami i wywalonym językiem. Gdy odjeżdżali, Craig odwrócił się, aby jeszcze raz popatrzeć na obrazek. Przedstawiał on wiszącego do góry nogami młodzieńca, zaczepionego za prawą kostkę do zwisającej z szubienicy liny. Jego twarz była spokojna, a głowa otoczona czymś na kształt aureoli. - Czy pan wie, że to jeden z symboli tarota? - powiedział. - Ależ oczywiście. To sprawka naszej gospodyni na kwaterze, madame Legrande. Ona lubuje się w takich rzeczach. - Legrande? Czy to przypadkiem nie Julie Legrande? - spytał Craig. - Zgadza się - Hare spojrzał na niego zdziwiony. - Zna ją pan? - Przed wojną znałem jej męża. Wykładał filozofię na Sorbonie. Potem związał się z ruchem oporu w Paryżu. Zetknąłem się tam z nimi w czterdziestym drugim. Pomogłem w ucieczce, gdy gestapo deptało im po piętach. - No cóż, ona jest tutaj od samego początku naszej akcji. Pracuje dla DOS. - A Henri, jej mąż? .
obojetnosc, z jaka wyzsze klasy Europy patrzyly na zdobywanie .
dlatego, że mieli wątpliwości co do kierunku jego polityki; on sam też .
Nie dlatego, że jego, lecz że sprawiedliwe .
- Nie, grzebał w urządzeniach sanitarnych nieboszczyka. Przeżyłam wstrząsające chwile. Idę do domu, oczywiście. Czekaj, zaraz się spakuję. Alicja była wyraźnie zaciekawiona moimi wizjami, które streściłam jej pokrótce, zbierając swoje rzeczy. - Jak to, nie poznałaś nawet, czy to kobieta, czy mężczyzna? - spytała z naganą. Zaskoczyła mnie tym pytaniem, bo uprzytomniłam sobie, że istotnie nie mogłam przysiąc. Morderca miał na sobie coś w rodzaju bardzo obszernego, niebieskiego kombinezonu. W śledczym zapale i w przekonaniu, że za chwilę zobaczę jego twarz, nie zwróciłam na to dostatecznej uwagi. Opuściłyśmy biuro, dojechałyśmy na Mokotów taksówką, po czym doszłyśmy do wniosku, że właściwie nigdzie nam się nie śpieszy. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby iść na kawę i kontynuować przerwane przez Wiesia śledcze rozważania. Od wczoraj wzbogaciłam się o mnóstwo wiadomości, wśród których, wbrew sugestiom diabła, najbardziej wybijały się te, dotyczące Wiesia. Zwierzyłam się z tego Alicji, która wysłuchała mnie bez zdziwienia. .
brnych mitrach - to nie księża ani zakannicy, tylko .
za taki paskudny pysk! Mela, daj, dziecko, jakich kropli, bo mnie jest bardzo .
- Nie dałeś mi zbyt wiele czasu na wypełnienie tego zadania. .
Obecnie częstym rodzajem teatru seksualnego jest seks „naukowy". Partnerzy przenoszą na swoje współżycie rady i wskazówki z lektur książek seksuologicznych. Może to zabrzmi wręcz niewiarygodnie, ale znam pary, które dosłownie kartka za kartką praktykują rady ze „Sztuki kochania". O ile wiele innych związków znajduje tam pomoc dla siebie, o tyle te odczuwają „fachowość" swej ars amandi. Inaczej mówiąc są to manekiny seksualne, które przez lektury narzucają sobie „naukowy" styl współżycia. .
.
Przyciskając ENTER, rozpoczynamy operację kopiowania (za pomocą ESC możemy jej zaniechać). Na początku program sprawdzi, czy w katalogu docelowym istnieje już plik o podanej nazwie. Jeśli tak, zostanie wyświetlone okienko decyzyjne, z którego możemy wybrać następujące możliwości: .
nogę, każdy z nich trzymał okrągłą tarczę ledwo przykrywającą .
przemyśleć dwie albo lepiej kilka możliwości, które następnie w .
kundalini. Człowiek wchodzący do wnętrza zacznie czuć, że .
' mu raz zbudzonego? Więc szedłeś prosto do S .
Panicznie się bałem podczas wojny dnia swoich imienin - drugiego września. W tym to dniu spotykały mnie najgorsze rzeczy: naloty, łapanki, wyrzucanie z mieszkania. Drugiego września też Niemcy zajęli opuszczoną przez powstańców Starówkę i popędzili nas do obozu w Pruszkowie. Najpierw piechotą przez całe na pół zburzone miasto. Przy czym wstrząsające wrażenie wywarła na mnie zwalona na placu Zamkowym kolumna Zygmunta. Posąg króla leżał na jezdni, podziurawiony pociskami. W ręku dzierżył złamany miecz, po którym deptali eskortujący nas esesmani. Rozłączony w kościele na Woli z rodziną, zostałem sam z psem. Udało mi się go przeprowadzić przez całe Powstanie, teraz odkrytą zatłoczoną lorą jechał ze mną do Pruszkowa. Wspominam tu o nim, gdyż jemu właśnie zawdzięczam uwolnienie z obozu. Oczywiście pośrednio. A było tak. Kiedy wysiedliśmy w Pruszkowie i czwórkami maszerowaliśmy do baraków, Jacuś szedł ze mną. Bo wabił się Jacuś, córka moja nadała mu to imię ku zgorszeniu mamuś mających prawdziwych Jacusiów. Ale tak już zostało. Jacuś był najmądrzejszym kundlem, jakiego udało mi się spotkać w życiu. Był biały, wyglądał na szpica, ale kompromitowały go rude plamy na grzbiecie. A najważniejsze to to, że w ogóle był suczką, i to nadzwyczaj delikatną i uczuciową. Kochaliśmy go bardzo, a on nas do szaleństwa. Miał pewną drobną wadę - pił wódkę. Krzywił się przy tym niemiłosiernie, ale pił. Nie wiadomo, kto go tego nauczył, może poprzedni właściciel, ale chyba nie, bo przyplątał się do nas w pierwszym roku wojny jako małe szczenię, stąd właśnie ta pomyłka co do jego płci. Otóż, jak powiedziałem, Jacuś szedł przy mojej nodze, cichutko, z opuszczonym łbem, chociaż normalnie rzucał się na Niemców, widocznie nie znosił ich zapachu. Teraz wiedział, że nie może sobie na to pozwolić. Ja znów wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na trzymanie psa w obozie, nawet "przechodnim", takim jakim był Pruszków. Musiał go spotkać zły koniec. Toteż ujrzawszy przechodzące obok dwie pielęgniarki z RGO zaczepiłem jedną, przedstawiłem się szybko i zapytałem, czy może zabrać psa. Na szczęście, okazała się przedwojenną moją czytelniczką, przyrzekła, że przyjdzie po psa nazajutrz. Nie bardzo w to wierzyłem, ale dotrzymała słowa. Na drugi dzień rano przyszła zabrać Jacusia, a dla mnie przyniosła przepustkę. Jako "Doktor Wiechecki, "Arzt" zostałem przeniesiony do baraku II, skąd łatwiej było wydostać się na wolność. Miałem więc udawać lekarza, ale tylko do chwili przedostania się do tego baraku, gdzie byli zgrupowani chorzy, ranni cywilni i starcy! Jacuś powędrował do domu siostry, miłej, zacnej panienki mieszkającej w Pruszkowie przy ulicy Narodowej 3. Zapisałem sobie ten adres, mając nadzieję kiedyś może odebrać psiaka. Odchodząc otrząsnął się mocno, ale nie protestował, nie opierał się wiedząc, że to nic nie pomoże. Ja zostałem w baraku oczekując, aż opiekunki z RGO wykombinują jakiś sposób przemycenia mnie na wolność. Jakim piekłem był Pruszków, nie warto pisać, wszyscy chyba to wiedzą. Stamtąd odchodziły transporty do obozów pracy i koncentracyjnych. Stamtąd żona moja i córka, które parę godzin przede mną dostały się do Pruszkowa, odjechały już do Ravensbriick. Ale ja o tym nie wiedziałem, z lekarza zostałem "przemianowany" na chorego z otwartą gruźlicą i leżąc w baraku oczekiwałem na transport do szpitala. Wreszcie gestapo urzędujące w tak zwanym "zielonym wagonie" zatwierdziło listę i odjazd miał nastąpić następnego dnia. Nadszedł świt. Na zmierzwionej słomie rozścielonej pod ścianą baraku siedział koło mnie jakiś stary człowiek z siwą bródką. W pewnym momencie zwrócił się do mnie z zapytaniem: .
-Nie pójdziesz, Scrippsie? .
Kompleks onanistyczny zdecydowanie częściej jest spotykany u mężczyzn niż u kobiet. Jego utrwalenie się może również wynikać z wybiórczego i subiektywnego korzystania z lektury. Wyczulenie jest tak duże, że wszelkie rozważania na temat ewentualnych następstw autoerotyzmu są przyjmowane „do siebie", a wszelkie rzeczowe .
- Nie wiedziałem, że ono tak się nazywa, panie profesorze. .
- Trzeba żychlerek przedmuchać. Pan otworzy maskę... .
Gwiazdę zaranną kłamstwami ogłuszą, .
obozów terapeutycznych, gdzie poza rekracją prowadzi się zajęcia korekcyjno-kompensacyjne, zajęcia z lekturą i ćwiczenia korekcyjne, logopedyczne, korekcję postawy ciafa itp. Podobne turnusy terapeuty- .
- Niech - powiada Chaim - niech sen go pokrzepi. .
- Ile Noe był na wodzie ze swoją arką? .
Wyjechałam do małej mieściny na Middle West. Wiodło mi się coraz gorzej. Upadek był powolny, lecz nieunikniony. Wylądowałam w Nowym Jorku jak zdechły wieloryb na plaży. oto jestem żutaj. Siadaj, Peter. Nie powiedziała mu, co robiła ostatnio. Myła schody w małym banku. Peter patrzył na nią z sympatią i wyrozumiałością. - Przyszłość może otworzyć przed tobą swoje złote wrota. Dlatego właśnie składam ci wizytę. Mam dla ciebie engagement w moim nowy filmie. Twarz aktorki nagle pojaśniała. A więc nie zapomniano całkiem o jej uroku, o jej powodzeniu. Szukano jej. Znowu zabłyśnie jej talent. Odzyska swoją publiczność. Swoich wielbicieli. - Będzie to rola czarującej babuni, ukochanej przez wnuczęta. Stworzyłem ją umyślnie dla ciebie. Czoło Fay sposępniało. Radość jej zgasła. .
- Wobec tego, skąd?... chyba rozebrać na drobne kawałki - powiedział ponuro prokurator. Pomyślałam sobie, że może to i lepiej, bo brak biurka będzie można zwalić na władze śledcze i uda nam się ujść z życiem z rąk Matyldy. Z zaciekawieniem przyglądałam się niszczycielskiej pracy, dokonywanej bardzo ostrożnie i pieczołowicie. Nie trwała zbyt długo. Zaraz po zdjęciu blatu wykryło się coś dziwnego, na co przeciętny laik zapewne nie zwróciłby nawet uwagi. Ale ja zwróciłam z tego prostego powodu, że niejednokrotnie własnoręcznie zakładałam ową część służącą jako stolik pod maszynę. Pod blatem biurka był rowek, na którym opierał się blat stolika i musiał tam być stosowny luz, żeby tym wszystkim dało się manewrować. Luz był nieco za duży. Przy stojącej pozycji biurka w normalnym stanie, z blatem na wierzchu to było zupełnie niedostrzegalne. Ale teraz dało się zauważyć, że między blatem a deską z rowkiem znajdowało się miejsce, w które na upartego można było wcisnąć płaski kluczyk. Oczywiście z chwilą, kiedy -całość runęła, klucz miał prawo wylecieć. Tak, jeżeli nikt z nas nie miał go w kieszeni, to to było jedyne miejsce, w którym mógł się znajdować! Pomyślałam sobie, że za chwilę chyba oszaleję, bo przecież osobą, która najlepiej znała to biurko i mogła je w ten sposób zużytkować, była Matylda. Skąd tu nagle Matylda, Matylda od początku ma niewzruszone alibi! - Daktyloskop - mruknął cicho kapitan do prokuratora. - Chociaż raz mamy klucz, z którego może da się coś zdjąć. .
uczynić naszym początkiem. Dlatego czy będziemy budzić .
.
- Widzisz? - powiedział Hagrid. - Harry Potterze, sam zobaczysz, że w Hogwarcie będziesz sławny, i całkiem słusznie. Wuj Vernon nie zamierzał jednak poddać się bez walki. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- W tej dziedzinie - mówi - nikt nie może się równać z doktor Kinę. Jego zdanie podzielają Michael Baden i Loweu Levine. Maples i członkowie jego zespołu nie mieli najlepszego zdania o Peterze Gillu, a o Pawle Iwanowie usłyszeli po raz pierwszy ujrzawszy go na konferencji w Jekaterynburgu w 1992 roku. Nie znając rosyjskiego, nie byli pewni, co mówił na temat przewiezienia szczątków do anglii w celu ich zbadania. Pomimo to, Iwanow odnosił się do nich przyjaźnie i starał się być pomocny. Ich powrót do Moskwy tego lata był przykry: przez całą drogę w samolocie Aerofłotu tam i z powrotem biegał pies, a na krajowym lotnisku w Moskwie ludzie popychali ich i coś wykrzykiwali. Na szczęście pojawił się władający angielskim doktor Iwanow i zaprowadził Amerykanów w bezpieczne miejsce. Następnego dnia, ubrany w koszulkę z napisem "Akademia FBI", oprowadzał ich po Placu Czerwonym. Wyjaśnił nad czym pracuje, opowiedział o współpracy z Gillem oraz o przygotowaniach do przeprowadzenia badań DNA. Amerykanie usiłowali nakłonić go do zmiany planów. .
"Heraldzie" o zawiązaniu polskiego Towarzystwa w New Yorku i że .
powstaną, istnieją bowiem tysiące różnych kierunków i wymiarów. .
Żyd odskoczył nagle na dwa kroki, ze zwinnością, której by się .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
Nie ma doskonałego, typowego wzorca współżycia seksualnego. Właściwie każdy związek wykształca swój własny styl współżycia, który jest oparty na wzajemnych relacjach, potrzebach, wrażliwości i oczekiwaniu. Wiedza seksualna jest tu bardzo pomocna i wskazana, ale nie daje wszystkiego. Znajomość stref erogennych kobiety i mężczyzny, dróg wyzwalania orgazmu u kobiety, pozycji czy technik nie daje jeszcze kultury współżycia. Każdy związek musi najpierw poznać swoje własne oczekiwania, prawidłowości, naturę psychoseksualną. Tak więc poznanie siebie i drugiej osoby jest jedną z podstaw kultury współżycia. Przez pieszczoty, dialog erotyczny, mówienie o swych odczuciach i doznaniach, oczekiwaniach i potrzebach zakochani poznają „mapę" erotyczną swego ciała i strukturę swych potrzeb. Do tego konieczna jest wrażliwość, subtelność, delikatność i szczerość. Może się np. okazać, że bodźce wzrokowe .
ne wobec tych dzieci. Opisane zachowania rodziców wzmagają napię-cie, negatywne emocje pomiędzy dzieckiem a dorosłym, obniżają poczucie własnej wartości, wiarę w możliwości zmian na lepsze i v efekcie kompletnie demobilizują dziecko. W tych sytuacjach rodzi siE .
poszczególna jednostka, ale wszyscy powinni uczestniczyć w .
- Gemmo, odprowadzę cię do domu. .
będących panami swych losów, jest możliwe przede wszystkim .
Dawniejsze sprawy, z powodu których sen rzeźbiarza i jego płaskorzeźba stały się kwestią tak wielkiej wagi dla mego wuja, są tematem drugiej części obszernego manuskryptu. Okazuje się, że niegdyś profesor Angell ujrzał piekielne zarysy niesamowitego potwora, głowiąc się nad jakimiś nieznanymi hieroglifami, i usłyszał złowieszcze sylaby, które można było odtworzyć tylko jako "Cthulhu"; a wszystko w tak pełnym zamętu i strasznym powiązaniu, że trudno się dziwić, iż molestował młodego Wilcoxa pytaniami i domagał się szczegółowych danych. To wcześniejsze zdarzenie miało miejsce w 1908 roku, siedemnaście lat temu, podczas dorocznego zebrania Stowarzyszenia Amerykańskich Archeologów w St. Louis. Profesor Angell, stosownie do swego autorytetu i osiągnięć naukowych, spełniał czołową rolę we wszystkich rozważaniach, był też jednym z pierwszych, do którego zgłosiło się kilka osób spoza stałego grona, jako do wybitnego przedstawiciela tego zebrania, z prośbą o prawidłową odpowiedź na ich pytania i fachowe rozwiązanie nurtujących ich problemów. Głównym przedstawicielem grona outsiderów, który zresztą wkrótce stał się centralnym obiektem zainteresowania całego zgromadzenia, był mężczyzna w średnim wieku, o dość pospolitym wyglądzie, który przyjechał aż z Nowego Orleanu, aby zdobyć pewne informacje, raczej szczególnej natury, nieosiągalne w żadnym z lokalnych źródeł. Nazywał się John Raymond Legrasse i był inspektorem policji. Przywiózł ze sobą przedmiot będący celem tej wizyty, groteskową, budzącą odrazę i niewątpliwie bardzo starą kamienną statuetkę, której pochodzenia nie był w stanie ustalić. Trudno przypuszczać, aby inspektor Legrasse interesował się choćby w najmniejszym stopniu archeologią. Wręcz przeciwnie, jego pragnienie, aby wyjaśnić tę zagadkę, miało charakter czysto profesjonalny. Statuetka, bożek, fetysz, cokolwiek to było, została znaleziona kilka miesięcy temu w lasach rosnących na moczarach na południe od Nowego Orleanu podczas obławy na czarnoksiężników, którzy mieli odbywać tam swoje zgromadzenia; tak niezwykłe i tak niesamowite były obrzędy związane z tą statuetką, że policja nie miała wątpliwości, iż natknęła się na jakiś tajemniczy kult, zupełnie nieznany i o wiele bardziej szatański niż wszelkie znane dotąd, najbardziej mroczne kulty czarnoksiężników afrykańskich. O jej pochodzeniu, poza chaotycznymi i wprost niewiarygodnymi opowieściami, jakie z trudem wydobyto od schwytanych członków zgromadzenia, nie dowiedziano się absolutnie niczego; stąd usilne dążenie policji, aby nauka o starożytności pomogła zidentyfikować ten przerażający symbol i przyczynić się do wyśledzenia kultu aż po samo jego źródło. Inspektor Legrasse nie spodziewał się, że statuetka wywoła aż taką sensację. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby wszyscy zebrani tam ludzie nauki popadli w stan euforycznego podniecenia; stłoczyli się wokół niego, by przyjrzeć się maleńkiej statuetce, której niepojęta osobliwość i autentyczny powiew najbardziej odległej starożytności otwierały zupełnie nieznane możliwości. Żadna ze sławnych szkół rzeźbiarskich nie potrafiła rzucić światła na ten niesamowity przedmiot, a jednak na jego zielonkawej powierzchni z nieznanego kamienia były wyryte ślady setek, a nawet tysięcy lat. Figurka która zaczęła przechodzić z rąk do rąk dla dokładniejszych oględzin, miała około siedmiu a nawet ośmiu cali wysokości i została wykonana w sposób mistrzowski i wysoce artystyczny. Przedstawiała potwora o niewyraźnych antropoidalnych kształtach, głowie ośmiornicy i twarzy pełnej macek, tułowiu gąbczastym i pokrytym łuskami, ogromnych szponach na przednich i tylnych łapach i długich, wąskich skrzydłach z tyłu. Zdawała się zionąć przerażającą i jakąś nienaturalną złośliwością, była jakby trochę wypukła i korpulentna i osadzona na kwadratowym bloku albo postumencie pokrytym nieczytelnymi znakami. Końce skrzydeł dotykały tylnego brzegu podstawy, podczas gdy długie, zakrzywione szpony skrzyżowanych i podkurczonych zadnich nóg obejmowały brzeg od przodu i sięgały jedną czwartą długości pod spód podstawy. Głowa wyrastająca jakby z nóg była pochylona do przodu, tak że koniuszki czułek na twarzy ocierały się o wielkie przednie szpony obejmujące podkurczone i uniesione kolana. Statuetka wyglądała jak żywa i tym bardziej budziła lęk, że jej pochodzenie było tak całkowicie nieznane. Nie ulegało wątpliwości, że jej wiek był nieogarniony; nawet w najdrobniejszym szczególe nie wykazywała związku z żadnym rodzajem sztuki przynależnym do młodej cywilizacji - a właściwie do żadnej cywilizacji znanej na tym świecie. W tej całkowitej odrębności i wyizolowaniu nawet tworzywo, z którego została wykonana, było tajemnicze, ponieważ miękki, zielonoczarny kamień ze złocistymi i opalizującymi cętkami i prążkami nie przypominał żadnego znanego w geologii czy mineralogii kamienia. Znaki na podstawie były równie zaskakujące i nie do odczytania; nikt spośród obecnych, choć zgromadziła się reprezentacja ekspertów w tej dziedzinie z połowy świata, nie potrafił znaleźć choćby najmniejszego podobieństwa do jakichkolwiek znanych im nawet najstarszych języków. Znaki te, podobnie jak sama statuetka i materiał z którego została wykonana, przynależały do jakichś bardzo odległych czasów, nieznanych rodzajowi ludzkiemu; sugerowały, napełniając grozą, ogromnie dawne i bezbożne życie, w którym nasz świat i nasze wyobrażenia nie mają żadnego udziału. A jednak, kiedy członkowie tego zgromadzenia potrząsali głowami jeden po drugim i przyznawali zgodnie, że nie potrafią rozwikłać problemu inspektora, znalazł się ktoś, komu wydawało się, że chyba wie co nieco o tej przerażającej statuetce i piśmie na postumencie, po czym z pewnym onieśmieleniem opowiedział dziwną historię. Był to William Channing Webb, profesor antropologii w Princeton University, badacz naukowy raczej mało znany. Profesor Webb został zaangażowany czterdzieści osiem lat temu jako członek wyprawy badawczej do Grenlandii i Islandii w poszukiwaniu pewnych napisów runicznych, których jednak nie udało mu się znaleźć; a daleko na zachodnim brzegu Grenlandii natknął się na niezwykłe plemię czy też kult zdegenerowanych Eskimosów, odprawiających dziwne obrzędy ku czci szatana, a już szczególnie zmroziła go ich pełna premedytacji i odrażająca żądza krwi. Była to religia, o której inni Eskimosi raczej mało wiedzieli, a na którą reagowali jedynie wzruszeniem ramion mówiąc, że pochodzi z okresu bardzo dawnych eonów, jeszcze przed stworzeniem świata. Oprócz potwornych obrzędów i ofiar składanych z ludzi odprawiali jakieś niesamowite, odziedziczone po przodkach rytuały, przeznaczone dla nadrzędnego, starszego diabła albo tornasuka; z tych rytuałów profesor Webb sporządził fonetyczny zapis słuchając wiekowego angekoka albo duchownego-czarownika, odtworzywszy te dźwięki za pomocą rzymskich liter w miarę możliwości jak najdokładniej. Teraz jednak największe znaczenie miał bożek, którego w tym kulcie otaczano czcią i wokół którego wykonywano tańce, gdy zorza polarna wznosiła się wysoko nad okryte lodem urwiska skalne. Była to, jak stwierdził profesor, bardzo prymitywnie wykonana kamienna płaskorzeźba, a na niej szkaradny obraz i jakieś tajemnicze pismo. Zgodnie z tym, co zapamiętał, przypominała w ogólnych zarysach tego właśnie leżącego teraz przed zebranymi potwora. Powyższe dane, przyjęte przez zebranych z największym zdumieniem i powątpiewaniem, wzbudziły jeszcze wieksze zainteresowanie inspektora Legrasse; zasypał profesora pytaniami. Mając zanotowany i przepisany tekst rytuału czarowników na moczarach, których jego ludzie aresztowali, zwrócił się z prośbą do profesora, aby przypomniał sobie możliwie najdokładniej sylaby, jakie zapisał wśród diabolicznych Eskimosów. Nastąpiły teraz wyczerpujące porównania szczegółów, po czym zapanował moment naprawdę przerażającej ciszy, kiedy zarówno detektyw jak i naukowiec ustalili identyczną zgodność frazy obu diabelskich rytuałów odległych od siebie o taki szmat świata. To, co w istocie zarówno eskimoscy czarownicy, jak i kapłani na moczarach w Luizjanie śpiewali maleńkim bożkom, tak się mniej więcej przedstawiało - poszczególne słowa można było odgadnąć na podstawie przerw ustalonych tradycyjnym zwyczajem w śpiewanej frazie: .
oraz utraty zdolności pisania (agrafia lub dysortografia nabyta) będą- .
- Ten sam kod genetyczny znajdziemy u matki, babki, prababki i tak dalej - mówi Gill. W każdym ogniwie tego łańcucha synowie posiadają DNA mitochondrialne otrzymane od swych matek, lecz nie mogą go przekazać swoim dzieciom. Dzięki temu badając DNA pobrane z mitochondriów można ustalić tożsamość dowolnej kobiety w łańcuchu, na który składają się kolejne pokolenia matek i córek; możliwe jest także ustalenie tożsamości ich synów. Ale łańcuch urywa się na pierwszym mężczyźnie. Gill i Iwanow pobrali DNA mitochondrialne z dziewięciu szkieletów przy wiezionych z Rosji; następnie próbki te "wzmocniono" posługując się metodą PCR. Ku radości naukowców, jak powiedział doktor Gill, "ilość materiału, jaką uzyskalśmy, była niemal równa tej, jaką otrzymujemy ze świeżych próbek krwi". Skupiając się na dwóch niciach DNA i "odczytując" od 634 do 782 "liter" naukowcy otrzymali "charakterystyki DNA" wszystkich dziewięciu szkieletów. Następnie należało pobrać próbki od współcześnie żyjących krewnych, toteż rozpoczęto ich poszukiwania. Pracownicy FSS i ministerstwa spraw we wnętrznych zaczęli szukać w bibliotekach i studiować drzewa genealogiczne. Sporządzono listę osób, których krew z naukowego punktu widzenia nadawałaby się do badań. W przypadku cesarzowej Aleksandry sprawa nie była trudna. Jej starsza siostra, Wiktoria, księżna Battenberg, miała córkę Alicję, która została księżną Grecji. Księżna Alicja urodziła cztery córki i syna. W 1993 roku żyła tylko jedna z córek, księżna hanowerska Zofia, natomiast synem był Filip, książę Edynburga i małżonek królowej anglii, Elżbiety II. Książę Filip, syn siostrzenicy cesarzowej Aleksandry, był idealnym dawcą krwi; jej próbkę poddano by badaniu i porównano z DNA mitochondrialnym z fragmentów kości cesarzowej. Tak więc doktorJanet Thompson, dyrektor FSS napisała do pałacu Buckinęham pytając, czy książę byłby skłonny udzielić pomocy. Filip zgodził się i probówkę z jego krwią wkrótce dostarczono do Aldermaston. Badanie przeprowadzono na tych fragmentach DNA, gdzie pomiędzy nie spokrewnionymi ludźmi zachodzą największe różnice. W listopadzie Gill i Iwanow ogłosili, że wyniki badań były zgodne: sekwencja nukleotydów DNA w przypadku matki, trzech młodych kobiet i księcia Filipa była taka sama. Teraz Gill i Iwanow byli już pewni, że badane przez nich szczątki należą do Aleksandry Fiodorowny i trzech z jej czterech córek. Trudniejsze było zidentyfikowanie cara Mikołaja II. Prowadzone na całym świecie poszukiwania materiału, z którego można by pozyskać DNA w celu porównania go z DNA uzyskanym z kości udowej ciała nr 4, trwały długo i w wielu przypadkach budziły kontrowersje. Pierwszych prób podjął się Paweł Iwanow. Dowiedział się, że wielki książę Jerzy, młodszy brat Mikołaja II, który w wieku dwudziestu ośmiu lat w 1889 roku umarł na gruźlicę, jest pochowany w mauzoleum Romanowów przy Soborze Pietropawłowskim w Sankt petersburgu. Porównanie DNA obydwu braci byłoby zupełnie wystarczające. opuszczając anglię, Iwanow skontaktował się z Anatolem Sobczakiem, burmistrzem Sankt petersburga, i Włodzimierzem Sołowiowem, który został śledczym w sprawie Romanowów. .
- Na pewno dostał. Zobacz... - poprowadziłem Chai-ma pod drzwi werandy. - Kupa krwi. A tam zobacz - wszędzie posikana krew. To nie może być krew Gaila. Jego wyprowadzili drzwiami kuchennymi. Po wyjściu naszych Bańczycki jęczał, tłukł się w ciemności, szukając czegoś, i położył się. Ja wyszedłem. Jeszcze w sieni słyszałem, że woła: "Chaim!" - stanąłem pod drzewem, za dziesięć 192 .
odpowiednim miejscu, właściwej kolejności. Aby to osiągnąć, koniecz-ne jest angażowanie całego systemu percepcyjnego i motoryczne-go dziecka. .
i schowaj z powrotem. .
. .
wewnętrznego źródła życia, radości, ciszy, błogości. Gdy zaczniesz poruszać się w kierunku centrum, kilka rzeczy zniknie i pojawi się kilka rzeczy nowych. .
wybiegł na drogę i, machając za od- .
pogrzebowy, .
zagranicy próbek, których olbrzymie, naklejone w albumy stosy leżały po stołach .
Mississippi ", obecnie śpiewają kojoty. Miasto składa się z .
- . oczywiście aż się roi od mugoli... Harry obrócił się błyskawicznie. Te słowa wypowiedziała jakaś pulchna kobieta, której towarzyszyło czterech chłopców. Wszyscy mieli płomiennie rude włosy i każdy pchał przed sobą kufer bardzo podobny do tego, który stał przed Harrym. I mieli sowy. Harry'emu serce zabiło mocniej i zaczął pchać swój wózek za nimi. Zatrzymali się, więc i on zrobił to samo, na tyle blisko, by słyszeć, o czym rozmawiają. - Który to miał być peron? - zapytała chłopców matka. .
y ę g apic. .
- Naczelny Dowódca obejrzał sobie powiększenia tych twoich zdjęć. - I wszystko się nagle zmieniło? .
- Już mi go pan sprzedał - powiedział Decker. .
są tu dwa sposoby postępowania. .
- zapytała wreszcie. - Owszem. - Linslade uśmiechnął się. - Muszę przyznać, że lepiej rozumiałem go teraz niż wtedy, gdy był żywy. Madeline zauważyła błysk rozbawienia w oczach Artemisa, ale próbowała to zignorować. .
Rana pod opatrunkiem na twarzy piekła nie do wytrzymania. Silna dawka narkotyków pomagała trochę złagodzić ból. Założony pospiesznie opatrunek na twarzy chronił przed infekcją, ale w obecnej chwili przeszkadzał, bo po pierwsze zasłaniał widoczność dla prawego oka, a po drugie był przeraźliwie biały. Zapadał zmierzch i nawet z pięciu metrów można było przejść obok ukrytego w krzakach człowieka. Ale nie z białym bandażem na twarzy. Mężczyzna zdarł opatrunek z głowy. Odrzucił go w krzaki. Przełożył pistolet do drugiej ręki i sięgnął po okład, który wraz z krwią przykleił się do policzka. Szarpnął i oderwał go jednym pociągnięciem. Nie poczuł bólu, narkotyk ciągle działał. Zemdlałby jednak na pewno, gdyby zobaczył teraz swoją twarz w lustrze. Od szczęki do skroni biegła szrama, która natychmiast powinna być zeszyta. Przysiągł sobie że odnajdzie chłopaka, który załatwił go tak ostatniej nocy. Na moment zamarł w bezruchu nasłuchując. Był bezpiecznie ukryty na szczycie ruin. Z dołu dobiegł go głos, który śni się każdemu kryminaliście, chociaż raz tygodniowo. - Stać! Policja. Ręce do góry. Głos dobiegał z dołu zza krawędzi ruin i nie był skierowany do niego. Właściwie mógł się nie bać tej wyświechtanej formułki, bo od lat był z nią oswojony. Tyle, że to on ją zawsze wypowiadał, bo jako policjant miał do tego prawo. Wstał z miejsca i zgarbiony podbiegł do krawędzi ruin. W dole zobaczył stojącego policjanta z oddziałów specjalnych, który mierzył z Kałasznikowa do kogoś stojącego w podcieniach korytarza bez okien. Uniósł pistolet, wycelował w głowę osłoniętą czarną kominiarką i oddał trzy strzały. Tylko jeden był niecelny. Policjant wygiął się w tył. Kałasznikow odleciał w bok na kilka metrów. Mężczyzna opuścił pistolet. Oszczędzał amunicję. Patrzył z dziwną satysfakcją, jak jego ofiara wiła się z bólu, kopiąc nogami ziemię i zamiatając szeroko rozwartymi dłońmi powietrze. Każda przyjemność ma swoją cenę. Od strony gęstych krzaków nadleciała długa seria pocisków z Kałasznikowa. Przynajmniej połowa przeleciała obok mężczyzny tnąc gałęzie i obrywając liście z krzaków. Ale druga połowa utkwiła w podbrzuszu i płucach, odbierając jego ciału równowagę. Mężczyzna zachwiał się i runął głową w dół, spadając pięć metrów wzdłuż ceglanego muru, uderzył głową w ziemię, zabierając do wieczności wszelkie urazy wobec pozostających przy życiu ludzi i zwierząt. Prokurator cofnął się pod ścianę. Nie mógł patrzeć na wijącego się w agonii policjanta. Jego przeraźliwy krzyk wdzierał się w ostatnie zakamarki świadomości. Co innego było uganiać się za mordercą, a czym innym było przyglądanie się ofiarom. Osunął się pod ścianą kompletnie obezwładniony. Łysiejący blondyn wyjął z pod marynarki pistolet i odbezpieczył go. Prokurator czuł jak po jego plecach, leje się struga zimnego potu. Był pewien, że kule w pistolecie za sekundę wzbogacą jego wnętrze o kilkanaście gram ołowiu. Blondyn zachował się jednak irracjonalnie. Minął Prokuratora i ruszył w przeciwną stronę, strzelając do ciemnych sylwetek ukrytych w zaroślach policjantów. Tylko niezwykły zbieg okoliczności, zapadający zmierzch oraz nadzwyczajne szczęście pozwoliły mu oddać sześć niecelnych strzałów, zanim dwie serie pocisków przygwoździły go śmiertelnie do ściany. Kowbojskie buty z wężowej skórki nie są najlepszym obuwiem do biegania. Lolo klął w duchu swoje upodobanie do amerykańskiej mody. Był jednym z bliskich współpracowników prokuratora i jednym z najlepszych strzelców wyborowych. Krótką bronią potrafił z pięćdziesięciu metrów trafić królika w biegu. Oprócz wybornego "cela" posiadał również wysoki iloraz inteligencji, oraz wrodzony spryt. Gdy usłyszał pierwsze strzały, chwycił walizkę z pięcioma milionami dolarów i skoczył z nią w stronę ruin. Nawet nie wyciągnął swojego rewolweru. W jednej chwili ocenił sytuację. Policja musiała otoczyć cały teren. Natarcie szło z dwóch stron, zmuszając ich do ucieczki na południową część ruin. Jeśli dobrze się domyślał, to po tamtej stronie powinni znajdować się snajperzy. Nie długo czekał na potwierdzenie. Blondyn z czarną bródką i kręconymi włosami, ostrzeliwał się ukryty za krasnalami. Gdy jednak od strony zarośli ogień z pistoletów maszynowych zmiótł krasnale, zamieniając je w gipsowy pył, podjął decyzję o odwrocie. Odczołgał się przywarty do ziemi w stronę busa i gdy dotarł do tylnych kół poderwał się na równe nogi. Osłonięty samochodem ruszył w stronę szoferki słusznie rozumując, że samochodem szybciej wyjedzie z tego piekła. Nie zdążył nawet otworzyć drzwi. Snajper jednym strzałem powalił go na ziemię. Blondyn należał do ludzi, po których płaczą jedynie wierzyciele. Widząc to, Lolo chwycił walizkę pod pachę i ruszył biegiem pod osłoną korytarza w stronę południową. Przebiegł korytarzem piętnaście metrów i skręcił w lewo. Odnalazł prokuratora siedzącego pod ścianą. Dobiegł do niego, postawił walizkę z pieniędzmi i przyklęknął oczekując cudu, który pozwoliłby im wyjść z tego bałaganu choćby z życiem. - To są chłopcy z naszej komendy - zameldował Lolo. Prokurator wychylił się za załom muru. W głębi na placu koło srebrnego Mercedesa toczyła się walka wręcz. Skośnooki Koreańczyk celnym ciosem powalił policjanta z oddziałów specjalnych. Dla pewności, gdy ten już leżał dobił go ciosem w krtań. - Zdejmij go - rozkazał prokurator. Lolo pozostawił walizkę i odbiegł kilka kroków. Stanął w otworze po oknie i zamachał ręką do Koreańczyka. Kuląc się Koreańczyk rzucił się biegiem w stronę swego wybawienia. Lolo sięgnął po rewolwer. Koreańczyk zwinnie przebiegł przez plac omijając świszczące mu nad głową kule i wskoczył przez otwór na korytarz. Z dwóch metrów Lolo oddał trzy strzały. Być może dla Koreańczyka były one wybawieniem. Prokurator podniósł się z ziemi i podbiegł do nieżyjącego już łysiejącego blondyna o wyglądzie sklepikarza. Obok niego na ziemi leżał pistolet. Prokurator podniósł go. Strzały w lesie ucichły. Lolo podbiegł do prokuratora. Siedział tak jak przed chwilą oparty o mur. - Dawaj kajdanki - rozkazał prokurator. - Wyjdziemy z tego. No szybciej. Zapamiętaj: obaj zostaliśmy zaatakowani w czasie wykonywania śledztwa. Lolo kiwnął głową ze zrozumieniem. Przyklęknął przed siedzącym prokuratorem i założył na oba przeguby kajdanki. Musiał sobie poradzić sam, bo Prokurator w prawej ręce trzymał pistolet. Prokurator spojrzał w bok. Łysiejący blondyn siedział oparty pod ścianą. Oczy martwo utkwione w posadzkę zaczęły matowieć. - Rusza się? - spytał prokurator z nutą obsesji w głosie. Lolo spojrzał na leżące pod ścianą zwłoki. Huk wystrzału rozbiegł się echem w ruinach Goeringa. Kula wystrzelona z odległości dziesięciu centymetrów przebiła czaszkę na wylot. Lolo odleciał bezwładnie i padł zgięty na posadzkę. Nie wyglądał teraz na metr dziewięćdziesiąt wzrostu. .
Przedtem jeszcze poznałem uroki autorskich i scenicznych triumfów biorąc udział w przedstawieniach amatorskich, urządzanych w mieszkaniu mego serdecznego podwórkowego przyjaciela, Władzia Koniecznego. Po prostu któregoś dnia postanowiliśmy z Władkiem zostać aktorami. Pan Konieczny, ojciec Władka, był właścicielem zakładu introligatorskiego i jego pracownia idealnie nadawała się na lokal teatralny. Była bowiem dwupoziomowa, przy czym wyższa część warsztatu stanowiła jakby gotową naturalną scenę, na niższej urządziło się widownię. Z dekoracjami również nie było kłopotu. Introligatornia miała pod dostatkiem różnokolorowego papieru, z którego wyklejaliśmy piękną oprawę sceniczną, jakiej nie powstydziłby się niejeden z dzisiejszych znakomitych scenografów. Na dzień przed premierą zasiadaliśmy z Władkiem do pisania sztuki. Oczywiście nie były to utwory zbyt obszerne, składały się zazwyczaj z kilku zdań, stanowiących jakby ogólne wskazówki, na jaki temat należało mówić na scenie. A więc nie wiedząc nic o tym tworzyliśmy najprawdziwszy teatr dellarte. Główne role graliśmy my dwaj, spełniając jednocześnie funkcje maszynistów oraz bileterów, kontrolujących zaproszenia, żeby nie przedostała się na widownię "granda" z sąsiednich podwórek, która mogłaby wygwizdać przedstawienie. Przy zastosowaniu więc tych ostrożności widowiska odbywały się w należytym nastroju i powadze. Egzystencję teatru i jego świetnie zapowiadającą się przyszłość przerwało nagle zarządzenie właściciela lokalu, pana Koniecznego, likwidującego naszą placówkę, która podobno przeszkadzała w pracy introligatorni, zużywając na przykład klientowski ozdobny papier do przystrojenia sceny. Teatr został zamknięty, ale jego bakcyl pozostał w duszach twórców. Obaj z Władkiem zasililiśmy potem szeregi aktorów modnych wówczas w Warszawie teatrów amatorskich. Nie pamiętam już, w ilu i jakich przedstawieniach tego typu brałem udział, choć niekiedy jakiś drobny przedmiot zabłąkany w szpargałach domowych przypomina tamte teatralne przeżycia. Oto znalazłem kiedyś karbowaną kunsztownie bibułkę, a na niej wydrukowany ozdobnym drukiem program przedstawienia amatorskiego w Stowarzyszeniu Techników przy ul. Włodzimierskiej. (Dziś jest to NOdna ulica nazywa się Czackiego.) W programie obok swego znalazłem nazwiska innych wykonawców: Lecha Niemojewskiego i Bohdana Pniewskiego, przyszłych znakomitych architektów polskich. Wtedy byli studentami. Marszczona bibułka, dostarczana teatrom amatorskim dla reklamy przez znaną firmę perfumeryjną "Fryderyk Puls i Synowie", po latach zachowała nikły zapach perfum, którymi była nasycona. Tak, że występowało się tu i tam, ale główną działalność teatralną uprawiałem w swojej szkole. A było nią ośmioklasowe Gimnazjum Filologiczne Wojciecha Górskiego, mieszczące się w Warszawie przy ulicy Hortensji (dziś Górskiego). Tu przeżyłem pierwsze potyczki z cenzurą. Stanowił ją sam dyrektor Górski - świetny pedagog, wychowujący młodzież własnymi, nowoczesnymi jak na owe czasy, metodami. Między innymi należał do nich stały teatr szkolny, prowadzony przez uczniów. .
- Właściwie - powiedział Decker, dając Beth możliwość wycofania się z układu między nimi, a jednocześnie pragnąc poznać prawdę im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że Renata rzeczywiście pozostawiłaby cię w spokoju, gdybyśmy ze sobą zerwali. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Niech ja porosnę tatarakiem... Volkswagen, widzisz? Ja bym tego... No, wiesz, na wszelki wypadek... - Nie ma sprawy - odszepnął żywo Pawełek. .
-Ty tchórzu, gdyby tylko generał O'Neil był tutaj - powiedziała matka kulawą angielszczyzną - nie podpaliłbyś nigdy tego domu! Dym wzbijał się ponad starą siedzibą. Płomienie strzelały coraz wyżej. Białe kolumny znikały w gęstniejących kłębach. Scripps kurczowo trzymał się szorstkiego ubrania matki. Generał Sherman wsiadł z powrotem na konia i skłonił się nisko. -Pani O'Neil - powiedział, a matka Scrippsa zawsze utrzymywała, że miał łzy w oczach, choć był jedynie cholernym Jankesem. Ten człowiek miał serce, nawet jeśli nie słuchał jego głosu. - Pani O'Neil, gdyby był tu generał, moglibyśmy załatwić to jak mężczyzna z mężczyzną. No a tak, pszepani, wojna to wojna - muszę spalić ten dom. Skinął na jednego z żołnierzy i ten podbiegł ichlusnął naftą z wiadra w płomienie. Ogień wystrzelił w górę, wielki słup dymu wzbił się w nieruchome, wieczorne powietrze. -Ten dym, generale Sherman - odezwała się triumfalnie matka Scrippsa - ostrzeże przynajmniej inne lojalne córy Konfederacji, że pan nadciąga. Sherman ukłonił się. .
- Przeciwnie, dowodził bowiem, że pierwszy raz w życiu bawił się tak dobrze. .
paluszkiem wodzić mu pod oczami. .
przedni, tylny i boczny. Kanały półkoliste są ustawione w stosunku do siebie pod kątem prostym. Każdy posiada dwie odnogi, jedną nieco rozszerzoną zwaną odnogą bańkowatą i drugą odnogę gładką, pojedynczą. Dwie odnogi pojedyncze kanału przedniego i tylnego zrosły się w odnogę wspólną, dzięki temu w przedsionku jest pięć zamiast sześciu otworów. Ślimak ma kształt muszli ślimaka ogrodowego, posiada trzy niepełne zakręty, pierwszy jest szeroki, drugi dość szybko maleje, trzeci niepełny jest najmniejszy. W osi ślimaka jest słupek kostny zwany wrzecionkiem, wokół którego wiją się zakręty ślimaka. Każdy zakręt jest podzielony niezupełnie na dwie części przez blaszkę spiralną kostną, która wyrasta z wrzecionka i wtula się w poszczególne zakręty. Tworzą się więc w ten sposób dwa przedziały w każdym zakręcie - tzw. schody ślimaka i schody przedsionka. Błędnik błoniasty jest w pewnym sensie odpowiednikiem błędnika kostnego, jednak jest od niego mniejszy. W przedsionku znajdują się dwa pęcherzyki błoniaste zwane wrzecionkiem i łagiewką połączone między sobą przewodem. Woreczek łączy się z błoniastym przewodem ślimakowym, zaś łagiewka z przewodami półkolistymi. Przewód ślimakowy znajduje się w schodach przedsionka i ma na przekroju kształt trójkąta. Ścianę podstawną stanowi blaszka spiralna błoniasta, która biegnie w przedłużeniu blaszki spiralnej kostnej i dochodzi do ściany przeciwległej zakrętu, uzupełniając podział na wymienione wyżej schody ślimaka i przedsionka. Druga ściana błoniasta odchodzi od zakończenia blaszki spiralnej kostnej - skośnie do ściany zewnętrznej zakrętu, jest to blaszka przedsionkowa. Na ścianie zewnętrznej zakrętu biegnie więzadło spiralne, które stanowi trzecią ścianę błoniastą. Przewód ślimaka jest wypełniony płynem zwanym endolimfą, zaś schody ślimaka i przedsionka otaczające przewód ślimaka są wypełnione perilimfą. Na blaszce podstawowej znajduje się narząd Kortiego (Corti) zawierający komórki zmysłowe, słuchowe, do których docierają bodźce słuchowe. Wokół wrzecionka są nagromadzone komórki nerwowe, które tworzą zwój spiralny ślimaka. Z tych komórek wychodzą wypustki obwodowe do komórek zmysłowych, słuchowych i dośrodkowe, które zbierają się w nerw ślimakowy, przechodzący przez przewód słuchowy wewnętrzny. W kanałach półkolistych znajdują się mniejsze od nich błoniaste przewody półkoliste wypełnione endolimfą, zaś między przewodami a ścianami kanałów jest perilimfa. Na rozgałęzieniach bańkowych przewodów półkolistych, na woreczku i łagiewce w przedsionku, znajdują się plamki statyczne, zawierające komórki nabłonkowe zmysłowe posiadające rzęski. Nad plamkami są błonki, w których są kryształki soli mineralnych. Na dnie przewodu słuchowego wewnętrznego znajduje się zwój nerwu przyśrodkowego. Wypustki obwodowe jego komórek biegną do plamek statycznych, a wypustki dośrodkowe dołączają się do nerwu ślimakowego i razem z nim przechodzą przez przewód słuchowy wewnętrzny. Drganie fal powietrza przenosi się dwoma drogami, jedna prowadzi przez przewód słuchowy zewnętrzny, błonę bębenkową, jamę bębenkową, zawarte w niej powietrze i łańcuch kostek słuchowych do płynu wypełniającego ucho wewnętrzne. Drugie przewodnictwo idzie drogą kostną przez kości czaszki do ucha wewnętrznego. .
Minął Volkswagena i przeszedł obok tablicy z napisem "Granica Państwa". Za uniesionym szlabanem stał pootwierany samochód. Rzeczy były wyniesione na drewnianą ławkę. Celnik kończył przeglądanie walizek. Dwie dziewczynki stały obok i czekały na ojca, który odbierał od celnika dokumenty. Celnik przetarł czoło i spojrzał na zegarek. Cichy zwolnił, chciał już zawrócić, ale dostrzegł coś czego na pewno nigdy wcześniej nie widział na tym przejściu: wysoki na dwa metry, aluminiowy słup z płaską blachą z boku. Po lewej stronie jezdni na drodze dla wjeżdżających do Polski dwaj robotnicy ustawiali drugi podobny słup. Ruszył w ich stronę. Żołnierz ochrony pogranicza przechadzał się wzdłuż niskiego ogrodzenia biegnącego równolegle do chodnika dla pieszych turystów. Spojrzał obojętnie na Cichego. Robotnicy łączyli przewody do kostki. Skręcali końcówki. Dalej nie chciał podchodzić. Stanął po środku jezdni. - Co to panowie, myjnię budujecie? - Za duża konkurencja, dzieciaki za grosze myją - odpowiedział niski i tęgi elektryk w pomarańczowym kombinezonie. - To co to jest? - ciągnął zainteresowany. - Pułapka na szczury - tym razem odezwał się drugi, młodszy. - Taki pieniądz w błoto wyrzucili. Po co to komu? - To, panie, ma wykrywać materiały radioaktywne. No, wie pan, jakby kto bombę na eksport wysyłał - wytłumaczył pierwszy robotnik. Cichy spojrzał na wierzchołek słupa. Na jego czubku znajdowała się mała czerwona lampa. Raz po raz mrugała sygnalizując, że system jest aktywny. Cichy odwrócił się na pięcie i ruszył spokojnie w powrotną drogę. Biały Volkswagen właśnie ruszył na przeciwko niego. Cichy zaczął biec. - A jak pan ma na imię - krzyknęła do niego dziewczynka z samochodu. -Cichy. .
- A więc w drogę. Wszystko wydarzyło się niemal w jednej chwili. W strumieniach ulewy przebiegła do lysandera i Craig pomógł jej wsiąść, po czym wraz z Renę wcisnęli się za nią. Munro zajął miejsce obserwatora za Grantem. Była tak zajęta zapinaniem swoich pasów, że nie bardzo zdawała sobie sprawę z tego, co się dzieje. Odgłos silnika przybrał na sile i z nagłym szarpnięciem samolot uniósł się w powietrze. Była to męcząca podróż. Ryk silnika uniemożliwiał im jakąkolwiek rozmowę. Na zewnątrz szare krople deszczu rozpryskiwały się o pleksiglasowy dach kabiny. Całym samolotem nieustannie wstrząsało i dość często zapadali się głęboko w powietrzną próżnię. Wkrótce też zażenowana Genevieve zwymiotowała, na szczęście mieli przygotowane na taką sytuację torebki. Pociechą było, że po chwili dołączył do niej Renę. Musiała się zdrzemnąć, gdyż poczuła, jak ktoś nią potrząsa. Jej nogi były przykryte kocem. - Kawy? - Craig trzymał w ręce termos. - Dobrej, amerykańskiej kawy? Było jej zimno i miała zupełnie zdrętwiałe nogi. - Długo jeszcze? .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
burżujów, zapominają tylko, że oni wyzyskiwali w .
Wiadomo¶ć ta zrobiła na nim piorunuj±ce wrażenie, uspokoił się jednak szybko, .
stawiać jej opór. .
Bartek nie zdołał powstrzymać zachwyconego prychnięcia Otworzył usta, ale wlazł mu do nich koniec ogona Chabra, więc nic nie powiedział. -I co - spytał Rafał .
- W sobotę, w czasie fiesty? Pański prawnik miałby wiele kłopotów, żeby znaleźć sędziego, który by go wysłuchał - odparł ostro Esperanza. Nie wyszedłby pan z więzienia do jutra, może do poniedziałku, a nie sądzę, żeby chciał pan marnować tyle czasu. Więc udajmy, że mnie tu nie ma. Co pan chce powiedzieć tym panom? Czas, pomyślał niecierpliwie Decker. Muszę natychmiast zacząć szukać Beth. Nie mogę sobie pozwolić na stratę dwóch dni. Zdesperowany, poczuł się rozdarty między dwiema sprawami. Do tej pory był zdecydowany chronić swego dawnego pracodawcę przed wmieszaniem go w dochodzenie, ale teraz pojawiła się ważniejsza sprawa musi znaleźć Beth. Musi się dowiedzieć, kto chciał ją zabić. .
powierzchowności i zalet nie płacą nigdy za nic: czyż nie .
dzie także w drugą stronę .
- Gdy byłam małą dziewczynką - wymamrotała - moi rodzice kłócili się strasznie. Znowu zamilkła. Decker czekał. .
- Nad czym jeszcze się zastanawia? .
- W chwili obecnej nie jestem pewien, czy z tych próbek uda nam się pozyskać DNA. Dodał, że nie wie, jaki efekt na DNA ma "wiek tkanki" i przechowywanie jej w formalinie. Gdyby pozyskanie DNA szło sprawnie, miał nadzieję na porównanie DNA Anastazji Manahan z DNA członków carskiej rodziny, pobranym z jekaterynburskich kości, w ciągu trzech do sześciu miesięcy. 29czerwca, w dziesięć dni po pobraniu przez Petera Gilla próbek tkanki, z Maurice Remy napisał do Richarda Schweitzera list, w którym zawarł niezwykłe wyznanie. W liście, w późniejszych publikacjach prasowych oraz w licznych dokumentach, które przesłał Schweitzerowi, Remy ujawnił wszystko, co wydarzyło się w "jego obozie" przed i podczas długiej walki w sądzie. Jego przedsięwzięcie rozpoczęło się w 1987roku, gdy spotkał w Moskwie Gelija Riabowa i postanowił nakręcić film dokumentalny o zamordowaniu cara i jego rodziny. W lipcu 1992 roku przybył do Jekaterynburga na konferencję prasową, której tematem były szczątki carskiej rodziny. Spotkał tam doktora Maplesa i członków jego zespołu, od których dowiedział się, że nie odnaleziono szkieletów Aleksego i Anastazji. Wówczas postanowił swoje wysiłki skoncentrować na odnalezieniu wielkiej księżnej i poszerzyć spektrum poszukiwań na badanie DNA Anastazji Manahan. Dowiedziawszy się, że po śmierci Anastazji dokonano kremacji jej zwłok Remy rozpoczął poszukiwania próbek krwi lub tkanki, które mogły po niej pozostać. Poprosił Wiuego Korte o sprawdzenie, czy takie próbki nie znajdują się przypadkiem w szpitalu im. MarthyJefferson w Charlottesviue. Dowiedziawszy się o istnieniu próbek, poprosił Thomasa Kline z firmy Andrews & Kurth o skontaktowanie się z rodziną Manahanów i Jamesem Loveuem, aby uzyskać zgodę na przeprowadzenie badań, lecz nie przyniosło to żadnego rezultatu. Tymczasem w imieniu Remy'ego Korte pojechał do Grecji i Niemiec, żeby pozyskać próbki krwi i tkanek od księżnej hanowerskiej Zofii oraz Ksenii Sfiris. Mniej więcej w tym samym czasie Remy'emu udało się odnaleźć krewną Franciszki Szanekowskiej i przekonać ją, aby dała mu próbkę swojej krwi. Remy wyjaśnił także przyczyny ataku Williama Maplesa na Petera Gilla. W czerwcu 1993 roku Korte, występując w imieniu Remy'ego, podpisał kontrakt z Maplesem i Loweuem Levine. Maples i Levine obiecali przeprowadzić badania w laboratorium doktor Kinę; próbki tkanek miał dostarczyć Korte. Obiecali także utrzymać sprawę "w ścisłej tajemnicy". W zamian Korte zapewniał jedynie zwrot kosztów podróży, ale z następującym zastrzeżeniem: "wszystkie podróże muszą być najpierw zatwierdzone przez doktora Kortego". Tak to właśnie Maples został członkiem zespołu Remy'ego. Gdy w listopadzie 1993 roku w sądzie potrzebna była opinia eksperta popierająca żądania Związku Rosyjskiej Arystokracji, Maples złożył swoje kłamliwe oświadczenie. Dowiedziawszy się, że Richard i Marina Schweitzer zamierzają wystąpić do sądu o wydanie tkanki, aby zbadał ją doktor Gill, Remy zaangażował do sprawy Szerbatowa i Związek Rosyjskiej Arystokracji. We wszystkich sądowych dokumentach obydwu procesów prowadzonych przez prawników firmy Andrews & Kurth jako strona wymieniany jest związek, choć Remy przyznawał, że książę Szerbatow nie wiedział dokładnie, o co w tej sprawie chodziło. Całą sprawą kierował Remy, on także przekazywał Kortemu pieniądze, z których pokrywano bieżące wydatki. Remy opisał Schweitzerowi kontakty z doktor Kinę: latem 1993 roku monachijski Instytut Medycyny Sądowej wycofał się ze sprawy, wobec czego Maples zaproponował, aby przejęła ją doktor Kinę. Doszło do ustnej umowy z Kinę, którą później na piśmie Korte zawarł z Maplesem; następnie Korte zawiózł do Kalifornii próbki krwi pobrane od księżnej Zofii i Ksenii Sfiris. Ale ponieważ tkanka Anastazji Manahan wciąż była niedostępna z powodu toczącego się procesu, Remy nie posiadał materiału do badań porównawczych od osoby, która najbardziej go interesowała. W swoim wyznaniu Remy starał się zatrzeć złe wrażenie, jakie pozostawiły po sobie procesy. Wszystko - wyjaśnił Schweitzerowi - wynikało z nieporozumienia, złych doradców i braku odpowiedniej organizacji. Korte niedokładnie zdawał relację z tego, co działo się w Ameryce; Remy oskarżył także sam siebie twierdząc, iż w niedostateczny sposób sprawował kontrolę nad posunięciami swojego pełnomocnika; Remy i Korte nie utrzymują już żadnych stosunków. .
oddech i uśmiechnąwszy się smętnie, rzekł: .
się w świętej nagonce przeciw temu .
dłuższy czas. Dzisiaj ludzie poznają Guru rano, a wieczorem .
- Ach, pielgrzym? - Montanelli w jednej chwili odzyskał panowanie nad sobą, choć niespokojne migotanie szafiru na palcu zdradzało, jak bardzo drży mu ręka. - Czy ci czegoś potrzeba, przyjacielu? Późno jest, a katedra w nocy zamknięta. - Błagam waszą eminencję o wybaczenie, jeśli zawiniłem. Widziałem drzwi otwarte i wszedłem się pomodlić, a zobaczywszy kapłana, jak mi się zdawało pogrążonego w rozmyślaniach, czekałem, by go prosić o błogosławieństwo. Wydobył krzyżyk kupiony u Domenichina. Montanelli wziął go z jego ręki i położył na ołtarzu. - Weź to, mój synu - rzekł - i uspokój się, gdyż Bóg jest dobry i miłościwy. Idź do Rzymu i proś o błogosławieństwo Jego namiestnika, ojca świętego. Pokój z tobą! Szerszeń pochylił głowę, by otrzymać błogosławieństwo, i skierował się ku wyjściu. .
marksistowskiemu twierdzeniu, iż wspomniane instytucje i praktyki .
Nie ważym rzeczy na roztropnej szali. .
przypadku mówię panu tu i teraz, że przejdzie pan po moim trupie! .
ostatecznego szczytu, bowiem dla pośrednika nie ma już .
Powie: "Nie mam już siły, nic nie mogę zrobić." W tym kluczowym .
wielki człowiek, panie, ten M... Good bye! Good bye! Sehr grosser .
z Szeruckim Bulca, jak go potem dźwigali do dom latryny. A potem ktoś podprowadził mu troje gniadych. Długo przypatrywał się grzbietom i wreszcie wsiadł na swoją klacz arabkę, zdjął pęto, uzdę i nawinął dookoła klamry, a potem dookoła swojej ręki. I myślał, że w razie czego rąbać można uzdą po bokach końskich i uciec raz wreszcie daleko, i wydostać się za pogorzelisko, byle łąka była sucha. Wąskopyski przyszedł w nocy. Napoił go i okrył dwoma brudnymi prześcieradłami, bo nic lepszego nie było w tej biednej chałupie. Mała wioska zagubiona między równinami i górami. Wiosną na zielonkawych drzewach odpoczywają ptaki. Żerujący na kuropatwy i zające orzeł buja nad okolicą. Lasy, stawy, malutkie krzaki. Widać twarze wszystkich dzieci siedzących przy ognisku - lecz nikt nie odnajdzie drogiego, zaginionego dziecka. - Idź ty z tym człowiekiem - powiedział Wąskopyski, szturchnąwszy starego Rafała w pierś. - Sypcie na przełaj na Gontową. Zatrzymajcie się u Skwarczyńskiego na Helence. - Daj jeszcze ze dwa cygara na drogę - poprosił Znajda. .
- Niechaj mnie Bóg broni, bym cię miał potępiać, cokolwiek uczyniłeś! - rzekł uroczyście. - W Jego oczach jesteśmy wszyscy jako nieczysty łachman i jako szata splugawiona są wszystkie sprawiedliwości nasze. Jeśli przyjdziesz do mnie, przyjmę cię tak, jak pragnę, by On mię przyjął w godzinę śmierci. Szerszeń wyciągnął przed siebie ręce ruchem nagłym. gwałtownym. .
Przykład: .
u Murraya. .
-To ryzyko, które musimy podjąć, pszepani... .
- Była przeznaczona dla matki missis Shirley-Glynese Wright. .
traktuje jako .
- Adyć, panie, jaże spod Skierniewic. .
umieszczać na czele teorii poznania. Fakt, że dopiero przy .
.
jest faza .
pana obrażam, ale tylko w cztery oczy. Proszę się nie obawiać, będę .
majątku lub przymus emigracji. Możliwości i sposoby .
Nikt, nawet człowiek stojący tuż za jego plecami, nie mógł zauc~~aźyć, jak umieścił między kartkami czasopisma bibułkę używaną do skręcania papierosów. Były- na niej tylko 4 cyfry: 1114. .
- Musimy się stąd wynosić! - wrzasnął Decker. Od wybuchu upłynęło nie więcej niż minuta. Ludzie w piżamach, a niektórzy półnadzy, wypadali na balkony i zbiegali schodami w dół, uciekając przed ogniem. Decker uchylił się przed spadającym, płonącym odłamkiem i ruszył w stronę Briana, który właśnie podnosił swojego ojca, otaczając go ramieniem. .
.
marginesie). .
kiedy obecność osoby płci przeciwnej nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz przeciwnie, jest wysoce pożądana, mijają dość szybko. No, powiedzmy, że różnie: .
- Co, u licha?! - Madeline spojrzała na zamknięte drzwi biblioteki. ; Usłyszała odgłos kroków, potem drzwi otworzyły się i Bemice triumfalnie wkroczyła do pokoju, wymachując trzymanąw dłoni białą kartką. - Och, jakie to ekscytujące! - zawołała. - Co to jest? - zapytała Madeline, patrząc na kartkę. - Oczywiście odpowiedź pana Hunta na twój list. Madeline odetchnęła z ulgą. Wstała i podeszła do ciotki. - Pokaż mi ją. Bemice gestem magika wyciągającego królika z kapelusza wręczyła bratanicy kartkę. Ta rozłożyła ją i szybko przeczytała widniejący na niej tekst. W pierwszej chwili pomyślała, że coś źle zrozumiała, więc przeczytała list jeszcze raz. Nadal wydawał się jej bezsensowny. Odłożyła go na biurko i spojrzała na ciotkę. - O co chodzi, moja droga? .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
trzeba podjąć właśnie poprzez to otwarcie. Jeśli patrzysz w .
- Giordano umówił się z McKittrickiem, że dostanie pieniądze i moje zwłoki - upierał się wcześniej Decker, gdy jeździł nerwowo wraz z Esperanzą od miasteczka do miasteczka, martwiąc się, że czas ucieka. Rozpaczliwie usiłowali znaleźć sklep nocny. Zaczęli poszukiwania o 22.30. Wkrótce zrobiła się 23.00, potem 23.15. - Musimy tam być przed północą. - Dwa razy znaleźli otwarty sklep, ale nie było w nim wszystkich artykułów potrzebnych Deckerowi. O 23.30 w końcu dostali wszystko, co chcieli. Esperanza zatrzymał samochód na opustoszałej wiejskiej drodze i zrobił, co należało. .
Z dalszych dość mętnych jego wyjaśnień wynikało, że bierze mnie za cukiernika z Suwałk, nie żyjącego zresztą od kilku lat. Kiedy sobie to uprzytomnił, zalał się łzami. Całym jego jestestwem wstrząsać zaczęła potężna czkawka. Potem jakby cicho zapiał i zasłonił sobie usta dłonią. Siedzący przy mnie znany pieśniarz, wykonawca subtelnych włoskich canzon, zerwał się z krzesła i krzyknął: - W tył! On puści pawia! .
świata: "Nie istnieje świat, nie istnieją mężczyźni, nie .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
id±cych; szukał Zo¶ki, ale jej nie było i nikt nie wiedział, co się z ni± stało .
dokładnie to dzieje się w medytacji: przechodzimy z poziomu, na .
duch, i nie mógł zrobić niczego, co mogłoby poderwać żołnierzy do walki, .
dobrze, co to jest pożyczanie - broniła córki. - Nie .
- Bardzo mi przyjemnie. Mam nadzieję, że będziesz nam pomocny. .
górny i dolny. Nerw pośladkowy górny wychodzi z miednicy przez otwór nadgruszkowaty, wchodzi między mięśnie pośladkowe i unerwia mięsień pośladkowy średni i mały. Nerw pośladkowy dolny wychodzi z miednicy przez otwór podgruszkowaty, wchodzi pod mięsień pośladkowy wielki i unerwia go, unerwia również napinacz powięzi szerokiej. .
- Tak, na koniec, ale dość to kosztowało trudu. Wielkie nieba, jak strasznie parno! Dostaniemy wszyscy chyba udaru słonecznego podczas procesji. Szkoda, że nie jesteśmy kardynałami, by niesiono nad nami baldachim... Pst! Wujek na nas patrzy. Pułkownik Ferrari spojrzał surowo na obydwu młodych oficerów. Po wczorajszym zajściu był w usposobieniu nabożnym i surowym; zarzucał im też brak należytego odczucia sprawy będącej w jego oczach "przykrą koniecznością". Mistrzowie ceremonii zaczęli się gromadzić i ustawiać tych, co mieli wziąć udział w procesji. Pułkownik Ferrari wstał i posunął się naprzód, skinąwszy na obydwu oficerów, by się doń zbliżyli. Po ukończonej mszy i umieszczeniu hostii za kryształową tarczą celebrant i posługujący mu księża cofnęli się do zakrystii, by tam zmienić szaty, a w kościele dał się słyszeć lekki szmer rozmowy. Montanelli pozostał na swym tronie, patrząc prosto przed siebie, znieruchomiały. Całe morze ludzkiego życia zdawało się przelewać wokół niego i zamierać u jego stóp w ciszę nieprzeniknioną. Przyniesiono mu kadzidło; ruchem automatu podniósł rękę. i włożył je do kadzielnicy nie patrząc ni na prawo, ni na lewo. Księża wrócili z zakrystii i czekali, kiedy zejdzie z tronu. On jednak siedział wciąż bez ruchu. Honorowy diakon, pochyliwszy się, by zdjąć z jego głowy mitrę, szepnął z pewnym wahaniem: - Eminencjo! Kardynał się odwrócił. .
- Nie myślałam o żadnej z tych form. Sądzę, że kolportowanie ulotnych wierszy lub artykulików satyrycznych, bezpłatnie bądź po cenie bardzo niskiej, mogłoby się okazać ogromnie skuteczne. A gdyby się nam udało pozyskać zdolnego jakiegoś artystę, umiejącego dostosować się do charakteru tych rzeczy, można by też dodawać odpowiednie ilustracje. .
ostatniej chwili Urugwaj zaprosił Osho z możliwością stałego .
Libido owulacyjne .
- Co znaczy "dobrze powodzić"?! - krzyknął Szerucki. .
Są bowiem wieczne prawdy, jak wolność, .
-Biały wódz zejść na ziemię - zauważył wysoki Indianin. .
- On chyba żartuje, co? - mruknął do Percy'ego. .
myślowymi szlakami współczesnej filozofii. moją gwiazdą .
Przywiązuje konia do kołka i śpieszy do dworu. Goście z .
udaje się je rozładować poprzez odwołanie się do tego, co nazywa .
Ach! odparł Kandyd, przypominam sobie że słyszałem od Panglossa, .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
ocierając oczy, z intensywnym smakiem pomyj .
IOI .
w jego obecności - że jest niewiarygodnie pewny siebie. Z drugiej strony musieli przyznać, że ta absolutna wiara we własne siły była, jak dotąd, w pełni uzasadniona. Zrządzeniem losu dziewięciu spośród osiemnastu stałych współpracowników Bransona przebywało przez pewien czas w różnych zakładach karnych na terenie całego kraju. Miało to jednak miejsce zanim ich zwerbował. Od tej pory nikt z całej osiemnastki nie trafił nawet na salę sądową, nie mówiąc już o więziennej celi. Jeśli wziąć pod uwagę, że byli wśród nich tacy stali pensjonariusze rządu amerykańskiego, jak Parker, można to uznać za niemałe osiągnięcie. .
- Jeszcze jedną małą kawę! - krzyknęła Alicja w kierunku komórki z kuchenką. - Nie wiem właśnie, myślałam z początku, że jest pijany, ale nie. Wyjątkowo trzeźwy. Odmówił zeznań. Poczułam się głęboko przejęta i zainteresowana. .
- Sklijam szkło, fajans, porcelany i klajzetowych misek!... - Powróżyć, powróżyć, prawdę powiem!... Tej dźwiękowej reklamie różnych wędrownych przedsiębiorstw sekundował z lekka przepitym głosem, przy akompaniamencie pedałowej harmonii, podwórkowy tenor: "Nazywam się Titine... Titine... ach! Titine..." Jeśli się doda jeszcze do tego szczekanie psów, siekanie kotletów i pogadanki radiowe płynące z otwartych głośników - nic dziwnego, że "Wysoki Sąd" nie mógł często dojść do słowa. Zamknąć okno w pokoju wypełnionym przez kilkadziesiąt osób, wśród których nigdy nie zabrakło reprezentanta handlu śledziami, było równoznaczne z dobrowolnym zatrzaśnięciem się w zatopionej łodzi podwodnej na dnie oceanu. Toteż okna były otwarte - powietrze, mile drażniące powonienie zapachami befsztyków z cebulką oraz zrazów z grzybkami, wpadało do sali bez przeszkód, odrywając myśli szafarzy sprawiedliwości od suchych paragrafów prawa i artykułów ustaw oraz rozporządzeń. Teraz skończyło się to wszystko. W ciszy i dostojnej powadze Temida odważa swoje nieomylne wyroki. A jednak są ludzie, którzy żałują starych kątów w sąsiedztwie składu pierza i puchu. Ciasno było, bo ciasno, pachniało, bo pachniało, ale tak się jakoś po domowemu odbywał nieprzyjemny zazwyczaj akt wymiaru sprawiedliwości. Karzący miecz prawa rzymskiego nie mógł świstać swobodnie w atmosferze przesyconej wonią rzymskiej pieczeni. Korzystali na tym nieszczęśnicy, na których głowy ten miecz miał spadać. Cała machina odwetu społecznego łagodniała, proces, odbywający się w czteropokojowym mieszkaniu z wygodami, zamieniał się w familijne zebranie, gdzie surowy, ale wyrozumiały ojciec karcił lekkomyślnego syna, wskazując mu drogę wiodącą do poprawy. Ludzcy, dobrzy sędziowie pogłębiali jeszcze tę atmosferę. Był jeden taki, który mówił do podsądnych przeważnie po imieniu. Wyglądało to mniej więcej tak: Stawał przed sądem niejaki Kazimierz Piskorz, oskarżony o pobicie sąsiadki, Agnieszki Kropidłowskiej. - No i cóż, panie Kazimierzu, słyszał pan, co tu się o panu mówiło? Taki przystojny, dobrze wychowany młody człowiek z rurką gazową rzuca się na kobietę? Pan Kazio kręci się niespokojnie, czerwieni i wreszcie mówi: - Tak mnie się wyrwało, proszę Sądu Wysokiego. .
cych na spektakle i chętnie składających za .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Czy powinienem wiedzieć coś jeszcze? .
Postawa wobec własnego ciała i jego reakcji nie ogranicza się zatem do własnego JA, rzutuje na postawę wobec partnera, a także innych osób. W kręgu naszej kultury przez całe wieki rozwijała się postawa dystansu wobec ciała, „mowa ciała" była jedynie czytelna i akceptowana w przypadku choroby, cierpienia. Tymczasem nawet spontaniczne reakcje seksualne, jak np. polucje, erekcje dzienne u mężczyzn, zwilżenie pochwy w wyniku podniecającego tańca itp. bywały źródłem zażenowania, wstydu czy nawet lęku. .
- Tak, sprowadzono. Ale i z niego nie było wielkiej .
- Z czego to jest? - zapytał, gdy odzyskał oddech. .
strojenia? Pięć, dziesięć, góra piętnaście! A tam od Atlantyku do Pacyfiku aż się roi od instrumentów, ale nikt nie potrafi stroić, nikt nie ma już słuchu absolutnego!" - przekonywała go małżonka. Sama postarała się przez swojego krewniaka, żeby go zamustrowali na statek w charakterze tapera; w porcie Chicago zszedł na ląd, który podobno czekał na ludzi z absolutnym słuchem i kluczem do strojenia; wybrał wolność, przedstawiając się jako ofiara reżimu komunistycznego, ale wśród Polonii znalazł się ziomek z Częstochowy, który rozgłosił, że Franciszek Przyklęk stroił fortepiany w Komitecie Wojewódzkim - i to w czynie społecznymjako aktywista. To zamknęło przed nim wszystkie drzwi. Skoro Ameryka odwróciła się od niego plecami, nie chcąc .
szarości). W skład wyposażenia wchodzi dodatkowo system .
.
- Czy kiedykolwiek wspominała, że chciałaby pojechać w jakieś określone miejsce? - spytał Hal. .
"Nam się to nie udało. Biją z dwóch maszynek." .
westchnęła Marynia, patrząc ze łzami na ściskającego Anię chłopaka. .
- Właśnie miałem wychodzić - powiedział. - Zawróciłem od drzwi. Co się stało? - Spotkał się jeden taki z drugim - odparła pośpiesznie Janeczka. - My wiemy, kto to jest, ten jeden, ale uważamy, że powinien pan sam zobaczyć. On tu jeszcze trochę zostanie, bo zdaje się, że ma kłopoty z samochodem. Drugiego zobaczy mój brat. I pies. Racławicka, między Puławską i Bałuckiego. Informacja może nie była idealnie jasna, ale .
często gryzą Cię wyrzuty sumienia, co? Nie tylko w związku z tym, co zrobiłeś wczoraj albo tydzień temu, ale też parę miesięcy czy parę lat wstecz. Czy kiedy wyrządzisz komuś coś złego, myślisz raczej: "Przykro mi, zdarzyło się, muszę przeprosić", czy też zagłębiasz się w bolesne rozważania o tym, że jesteś z gruntu zły? Gdyby przeciągnąć linię od anioła do diabła i kazać Ci umieścić się gdzieś na niej w zależności od tego, ile masz z jednego i z drugiego, gdzie wypadłoby Twoje miejsce? .
Mówił mi zawsze, przy każdej rozmowie, że najniebezpieczniejsze w mojej .
Osiągnięcie to zawsze pochodzi z wewnątrz, a my przypisujemy je .
- Z tego co wiem, w zeszłym roku zmarł na atak serca w Londynie. - Ach, tak. Mijali ostatnią już rybacką chatę, gdy Hare przerwał milczenie. - To jest sfera obronna. Żadnych cywili. Zabudowania używane są jako kwatery. Oprócz mojej załogi mamy tu także mechaników obsługujących samoloty. - Macie tu samoloty? W jakim celu? .
.
Kolejny dzień upałów dawał się we znaki mieszkańcom Szczecina. Asfalt parował na ulicach. Hurtownia farb i lakierów znajdowała się za portem tuż nad Odrą. Wyglądała jak gotycka katedra. Wysokie słupy podtrzymywały żebrowany dach na wysokości dziewięciu metrów. Słońce przedzierało się przez małe okienka pod sufitem oświetlając ścianę z napisem "zakaz palenia". Długi TIR ustawiony w bramie wjazdowej blokował wejście do hali. Cichy i Robert musieli prześlizgnąć się pod naczepą, aby wejść do środka. - Ten goguś w okularach to Słomka. Zawołaj go na chwilę - powiedział Cichy. Robert posłusznie poszedł przodem w kierunku drzwi na zaplecze. Magazyn zastawiony pudłami i kartonami papierosów nie wyglądał na skład farb i lakierów. Cichy wyjął z kieszeni gazetę i zwinął ją w rulon, a następnie otworzył mały pięciolitrowy kanister, który niósł w prawej ręce. Wetknął gazetę w otwór. - Cześć chłopaki - przywitał się z siedzącymi przy stoliku kolesiami. We trzech przeklejali opakowania z papierosami. - Cześć - odkrzyknęli chórem. Cichy wyjął z kieszeni papierosa i zapalił go. Zaciągnął się dymem i wypuścił kółka w smugę wpadającego słońca. Kółko odpływało od niego unosząc się w górę. Nad głową dostrzegł rurkę z zabezpieczeniem przeciwpożarowym, na końcu której znajdował się zawór wodny z czujnikiem na dym. - Zgaś to - Słomka wyszedł z zaplecza. Robert przeszedł w bok i stanął obok Cichego opierając się o burtę TIra. Ciekaw był co Cichy wykombinuje. Czarny powiedział, że mają w drodze powrotnej podjechać za miasto do znajomego i odebrać stary dług. Cichy poprosił Roberta, żeby weszli do środka razem. I tyle. Tak na prawdę mieli razem pojechać za tydzień do Niemiec z jakimś towarem, a póki co mógł sobie dorobić parę złotych. - A pieniądze masz? - grzecznie spytał Cichy. Zawsze zachowywał się nienagannie. Mimo, że był wicemistrzem okręgu w Aikido nigdy sam nie zaczynał bójek. - Mały, skocz no po pieniądze do biura- Słomka wydał polecenie jednemu ze swoich ludzi. Cichy odwrócił się tyłem do Słomki i szedł w stronę śmietniczki zgasić papierosa. Robert w pierwszej chwili nie rozumiał co się dzieje. Wszystko nabrało nagle zawrotnego tempa. Mały wstał od stołu, przeszedł dwa kroki po czym nagle skoczył do przodu i wybił się w górę. Na wysokości półtora metra wyprowadził kopnięcie prawą nogą w głowę Cichego. Ten zdążył już zejść z linii ciosu i noga trafiła w burtę TIRa. Deska pękła, a drzazgi posypały się we wszystkie strony. Cichy obrócił się w miejscu. Puścił kanister z benzyną na podłogę. Podbił Małemu nogę i ten spadł na plecy. Jęknął z bólu. Cichy odwinął się w tył i miękko wyprowadził prawą ręką cios w szczękę. Coś trzasnęło tak głośno, że Robert się skrzywił. - Poćwiczycie sobie na sali gimnastycznej - Słomka trzymał już pistolet w dłoni. Nie było na co czekać. Z żalem Robert wyjął z kurtki jedyny egzemplarz swojej pamiątkowej gazety ze zdjęciem z balu maturalnego, który wiózł do oprawienia, zgniótł go i podpalił. - Powiedz Czarnemu, żeby trzymał się od nas z daleka, bo inaczej porozmawiamy - straszył Słomka. Był tak pewny siebie trzymając w ręce pistolet, że zlekceważył stojącego z boku Roberta. Teraz tego żałował. Robert z płonącą gazetą i karnistrem benzyny podszedł do Cichego. - Cichy zgłupiałeś? Na żartach się nie znasz? - zmienił ton Słomka. Ale Cichemu nie było zabawnie. Odebrał kanister od Roberta i z płonącą gazetą przeszedł w bok do pudeł z papierosami. Był zdeterminowany i gotowy na wszystko. - Przecież to gazowy. Filmów nie oglądasz? - Słomka odłożył pistolet na posadzce. - Nie rób tego! - krzyknął zdesperowany. Słomka nie był idiotą. Czarnemu winien był trzydzieści tysięcy dolarów, a towaru w magazynie miał za stówę. Wyjął z kieszeni pieniądze. Tak naprawdę miał je gotowe do oddania, tylko liczył, że jeszcze nimi obróci. Teraz widział, że przesadził. Cichy nie żartował. Spróbował inaczej. - Jesteście skończeni. Trzymaj forsę i zjeżdżaj - wycedził. Robert podbiegł do Słomki, wyrwał mu z ręki pieniądze i sięgnął po leżący na ziemi pistolet. Cichy jeszcze się wahał. Gotów był puścić cały ten bałagan z dymem, ale interes był ważniejszy. Odebrał przecież pieniądze, a Słomkę zawsze mógł dopaść w Imperium. Gazeta dopalała się dymiąc do tego stopnia, że dym zaszczypał go w oczy. Już chciał upuścić ją na posadzkę, gdy rozległ się suchy trzask i z sufitu runęły setki litrów wody. Wrażliwe na dym czujniki nie wytrzymały napięcia i otworzyły zawory. Cichy rzucił się w tył pod TIRa pociągając Roberta za sobą. Szum ulewy przytłumił okrzyki ochroniarzy. Lejąca się z rur woda zatapiała tysiące paczek papierosów. Teraz nikt nie kupi ich nawet za pół ceny. Słomka wyrwał pistolet z ręki ochroniarza i sam wymierzał sprawiedliwość. Strzelił dwa razy w ślad za Cichym, ale woda zalewała mu oczy i nie mógł dokładnie wycelować. - Już nie żyjesz! - wrzeszczał wściekły. Robert przebiegł na drugą stronę TIRa i osłaniając Cichego nacisnął spust pistoletu. To było takie łatwe. Huk wystrzału był do zniesienia, a pistolet wcale nie szarpał się na wszystkie strony. Jeszcze raz nacisnął spust i rozległ się kolejny strzał. Z sufitu odpadł kawałek tynku. To nie był gazowy pistolet. Odrzucił go ze strachem między kartony z papierosami. Wybiegli na podwórze. Już nikt ich nie gonił. Mokra i brudna od smaru odzież leżała na białej wyłożonej kafelkami posadzce. Z trzech kabin środkowa miała uchylone drzwi i u dołu w prześwicie widniały bose stopy. Robert siedział na muszli z opuszczonymi do kolan slipami. - Kurde. Cichy, co my robimy? Co ja robię? - gryzł się z własnym sumieniem. - Biegam, kradnę. Czy ja jestem jakiś gangster? Powinienem siedzieć w domu. Cichy stał przed lustrem. Wziął prysznic, a teraz starannie się golił. - Zawsze możesz wrócić na budowę - pocieszał jak potrafił. Robert wyszedł z kabiny spuszczając za sobą wodę. Gryzło go zbyt wiele sprzecznych ze sobą wątpliwości. - Mało go nie zastrzeliłem. Nie ma co, rozwaliliśmy facetowi cały transport. Widziałeś, jak płakał? Robert wziął z umywalki zapakowaną w folię nowiutką koszulę i rozpieczętował ją. - Jego nie żałuj. Buduje dwie nowe fabryki frytek w Koszalinie - odpowiedział Cichy. Założył już czyste rzeczy i patrzył jak Robert kończy się czesać. Obaj w powrotnej drodze zajechali do butiku z męską odzieżą, gdzie kupili całą nowiutką wyprawę, począwszy od skarpetek i slipek, po spinki do koszuli kończąc. Cichy z podziwem zauważył, że w nowych ciuchach Robert wyglądał całkiem przystojnie. Od czasu kiedy przestał nosić basebolówkę, wyglądał bardziej męsko. Swoją drogą fascynujące było obserwować jak łatwo Robert zaakceptował swoje nowe wcielenie. Nowy ubiór zaakceptowany został wraz z rodzącą się nową osobowością. Założył marynarkę i pewnym ruchem poprawił mankiety od koszuli. Był poważny, skupiony, precyzyjny w ruchach. - To jak on zaczynał? - spojrzał na Cichego. -Tak jak my. .
poszukiwane w katalogu aktualnym. Drugim parametrem jest nazwa dysku oraz ewentualnie ścieżka dostępu wskazująca, gdzie ma być skopiowany plik. .
ukazaniu się "Seksu partnerskiego" spotkałem się z pytaniem, czy nie należałoby napisać jakby drugiego tomu, adresowanego do bardziej dojrzałej wiekiem populacji. Zachęciło mnie to do napisania pracy będącej w pewnym sensie kontynuacja "Seksu partnerskiego". Większość prac popularnonaukowych z zakresu seksuologii poświęcona jest stosunkowo młodym wiekiem Czytelnikom, natomiast tylko niektóre z nich poruszają specyficzne problemy wieku dojrzałego. .
- poskarżyć się teściowej, lżąc siebie i pytając o radę. Zastosować się do rady wcale nie musimy, ale teściowa całą robotę za nas odwali. .
- Nalewaj herbatę, ja sam obudzę pana Moryca. Ubrał się i poszedł do s±siednich .
- Czy pójdziemy - spytał - czy też chce się pani jeszcze przyglądać? .
nocy", w Biblii, w mitologii greckiej, w poematach homeryckich, w literaturze Zachodu od jej praźródeł do chwili obecnej - w Opowieściach polinezyjskich itd. .
Panzerfaust Klein i 200 000 Panzerfaust 30. Na początku 1944 r. rozpoczęto produkcję .
- Czemu nie zbudzę? .
SAMOWYCHOWANIE SEKSUALNE .
rała się mówić bardzo zwięźle, .
postulatu. .
Towarzystwo szerzy też wiedzę o specyficznych trudnościach w czytaniu i pisaniu przez organizowanie kursów i spotkań na ten temat. .
.
- Nie słyszałem o tym. Cóż to jest? .
- Nie chodzi mi tylko o rękę - wyszeptał - chociaż czuję się tak, jakby miała mi odpaść. Malfoy powiedział pani Pomfrey, że chce pożyczyć ode mnie książkę, przyszedł tu i był naprawdę okropny. Naśmiewał się ze mnie, groził, że powie jej, co mnie ugryzło... Wiecie, ja jej powiedziałem, że to był pies, ale chyba mi nie uwierzyła... Niepotrzebnie tak go rąbnąłem podczas meczu, teraz się mści. Harry i Hermiona próbowali go uspokoić. .
131 .
siebie wszystko, aby cała wasza siła była wykorzystywana aż do .
niechybnie stale znajdowałby się pod działaniem antido- .
.
Znów się odwrócił i popatrzył na korespondentów. Były wśród nich .
- Na odmianę znów te histerie na dole - mruknął, hałaśliwie schodząc ze schodów. - Przypuszczam, że będą łzy. .
- Na co? .
¶wiat cały do walki, .
- Władali sześciOma językami - Rościsław Romanow, którego ojciec (również Rościsław) był jednym z szeŚciu braci. - Ale przewaŻnie się nie odzywali i mówiło się o nich, że milczą w sześciU językach. Pamiętam, jak wraz z Ojcem poszliŚmy odwiedzić jego brata Nikitę. Powiedzieli sobie "Dzień dobry" i na tym skończyła się ich rozmowa. Innym razem jeden z synów Nikity zaproponował: "Może pojechalibyśmy do wuja Rościsława", na co Nikita odparł: "A po co? Przecież już go znam". Najmłodszy syn wielkiej księżnej Kseni książę Wasyl, który urodził się w 1907 roku i opuścił Rosję w wieku dwunastu lat, większość życia spędził w Woodside w stanie Kalifornia, w pobliżu San Francisco. Hodował pomidory, za które otrzymał wiele nagród, i podejmował się różnych prac, między innymi sprzedawał szampana i wino. Jego ulubionym żartem było dostarczanie zamówionego wina swoim przyjaciołom przed kuchenne drzwi, aby potem przebrać się w smoking, zadzwonić do frontowych drzwi, podać swoją wizytówkę (z napisem "książę Wasyl") i zapytać, czy zastał panią domu. Książę Wasyl umarł w 1987 roku, a wmukowie Kseni są teraz sześćdziesięcio i siedemdziesięciolatkami. Książęta oddali się róŻnym karierom. Książę Andrzej, który podczas drugiej wojny światowej słuŻył w królewskiej marynarce i brał udział w konwojach na Arktyce, jest teraz malarZem i mieszka w Inverness, w stanie Kalifornia. Książę Michał, którego obaj dziadkowie byli wielkimi książętami, większą część życia spędził jako francuski reżyser i mieszka w ParyżU i Biarritz. Książę Nikita jeSt historykiem, doktorat otrzymał na uniwersytecie Stanford; obecnie mieSzka w Nowym Jorku, podobnie jak jego brat Aleksander. Najmłodszy i najbardziej aktywny ze wszystkich książąt jest RościSław. Mówi po angielsku z amerykańskim akcentem, ponieważ urodził się i wychował w Chicago, a potem ukończył uniwersytet Yale. W New Haven żaden z jego uniwersyteckich kolegów nie zwracał Uwagi na to, że Rościsław jest Romanowem, a on sam bardziej interesował się losem drużyny sportowej. Dziś jest bankierem w Londynie i codziennie dojeżdża do praCy z SUssex. Choć mieszka w anglii od czternastu lat, brytyjska rodzina królewska - podobnie jak jego koledzy z Yale - zupełnie Się nim nie interesUje. Rościsław, zdeklarowany anglofil, nie ma nic przeciwko temu i nie chce powrotU do Rosji (z wyjątkiem wycieczek). .
udowodnił, przez A plus B, minus C, podzielone przez D, że baran .
- Widzi pan, panie Ludwiku, jakie wspaniałe skoki .
wtorek rano zebrał się sąd wojenny. Wszystko odbyło się w sposób bardzo prosty i szybki; zwykła formalność trwająca niespełna dwadzieścia minut. Istotnie, nie było na czym tracić czasu, obrona była niedozwolona, a jedynymi świadkami byli: znany szpieg, oficer i kilku żołnierzy. Wyrok wydano z góry; Montanelli nadesłał żądane przyzwolenie, a sędziowie, pułkownik Ferrari, miejscowy major od dragonów i dwaj oficerowie ze straży szwajcarskiej niewiele już mieli do czynienia. Odczytano głośno oskarżenie, świadkowie złożyli świadectwo, wyrok zaopatrzono podpisami, po czym z należytym patosem odczytano go skazanemu. Wysłuchał w milczeniu: zapytany, zgodnie z przyjętym zwyczajem, czy ma co do powiedzenia, zaprzeczył niecierpliwym ruchem ręki. Na piersi jego spoczywała chustka, która Montanellemu wypadła z ręki. Przez całą noc okrywał ją pocałunkami i łzami niby żywą jakąś istotę. Twarz miał martwą i zastygłą, a koło powiek widoczne jeszcze były ślady łez, jednakże słowo ,rozstrzelać" niewiele zdało się go obchodzić. Na dźwięk tego słowa źrenice rozszerzyły się trochę, nic więcej. - Odprowadzić go do celi - rzekł gubernator po załatwieniu formalności, a sierżant, bliski płaczu dotknął ramienia nieruchomej postaci. Szerszeń drgnął z lekka. - Ach tak - rzekł. - Zapomniałem. Na twarzy gubernatora pojawiło się coś w rodzaju współczucia. Z natury nie był to człowiek okrutny i w głębi duszy wstyd mu było po trochu roli, jaką odegrał w ciągu ostatniego miesiąca. Teraz, dopiąwszy głównego celu, skłonny był do drobnych ustępstw. - Nie potrzeba mu nakładać kajdan - rzekł patrząc na poranione i nabrzmiałe ręce. - I można go zostawić w jego celi. Cela skazańców jest strasznie ciemna i ponura - dodał zwracając się do swego siostrzeńca - a w rzeczywistości jest to tylko prosta formalność. Chrząkał i suwał nogami w widocznym zakłopotaniu; po czym odwołał sierżanta wychodzącego z więźniem. .
- Pańskie - zgodził się przybyły osobnik. - A co pan kupił? Powiada pan, że drewno opałowe? Człowiek z siekierą odrobinę jakby się zawahał. - No drewno - przyznał. - Mówiłem panu, że na opał stare graty skupuję, nie? I zgadza się, na opał. Szklarnie mam, czymś palić muszę, nie? Co pan, sklerozę pan masz? Trzy dni temu mówiłem! - Znaczy to, co nie jest drewnem opałowym, w skład transakcji nie wchodzi - stwierdził osobnik, nagle się uspokajając. - Mnie nie było, znienacka pan przyjechał, żona panu towar wydała, a ja książek na przykład nie zdążyłem wyjąć. Te książki to dla pana też drewno opałowe? Człowiek na środku podwórza wsparł się na siekierzysku, podrapał po głowie i zaczął myśleć. Jego rozmówca przezornie ustawił się pomiędzy nim a szafą, żona w futrze drobnymi kroczkami przesuwała się w kierunku upragnionego mebla. Janeczka i Pawełek znajdowali się już na dziedzińcu, ukryci w cieniu za rupieciami. Cała scena zainteresowała ich nadzwyczajnie. - Jak mu chodzi o prawdziwe książki, to ja jestem chiński mandaryn - mruknął szeptem Pawełek. - A pewnie - odmruknęła Janeczka i przemknęła za następny grat, bliżej szafy. Człowiek z siekierą rozważył sprawę. - Dobra, co nie drewno, to nie moje - zgodził się. - Pośpieszyłem się, fakt, ale jak raz miałem transport i jednym ciągiem objeżdżałem tych wszystkich sprzedawców. Bierz pan swoje książki, czy co tam jest, i nie ma o czym gadać. Ja jestem człowiek uczciwy. - Ja też - rzekł sucho były właściciel mebli. - Zaraz zobaczymy... Jego żona już przedarła się do szafy, stała obok i trzymała ją ręką. Mąż podszedł energicznym krokiem, usuwając sobie z drogi rupiecie. Człowiek z siekierą zawahał się, po czym ruszył powoli za nim, wlokąc za sobą narzędzie pracy. Janeczka i Pawełek zbliżyli się bokiem, ciągle ukryci za zwalonymi gratami. Przybyły osobnik otworzył drzwi wielkiej, starej szafy z ozdobnym gzymsem i wysunął jedną z dolnych szuflad. Wetknął rękę głęboko, czymś prztyknął i pomiędzy dolną półką szafy a właściwą szufladą ukazało się coś dodatkowego. Jakby jeszcze jedna, bardzo płaska szuflada. Cała wypełniona była ciasno poukładanymi paczkami pieniędzy. -Och...! - jęknęła jego żona i usiadła na kawałku leżącego obok kredensu. Widocznie osłabła z ulgi. Od strony człowieka z siekierą dobiegło jakby zachłyśnięcie, ale słowa żadne nie padły. Były właściciel szafy wysunął drugą szufladę i powtórzył operację z prztyknięciem. Wyciągnął rękę w kierunku żony. - Torbę dawaj! .
Kto dawał żądaną cenę pięciu "patyków" albo dziesięciu "górali", stawał się właścicielem worka, który mógł zawierać wspaniały garnitur z angielskiego materiału albo ohydny łach z bawełny. "Kot" okazywał się kołnierzem z królików albo wspaniałą peleryną ze srebrnych lisów - i tak wszystko. W kupnie było ryzyko, był hazard. Nabywca majdanu sprzedawał jego zawartość nieraz z olbrzymim zyskiem, czasem wpadał na parę patyków, ale najczęściej zarabiał. Toteż "ciemny handel" cieszył się wielkim powodzeniem. Mój doktor nie miał snadź żyłki do hazardu, bo od razu skierował mnie do rozstawionych na kocich łbach par używanego obuwia. Rozgościwszy się na dyszlu jakiejś furmanki, szybko przymierzyłem kilka byłych arcydzieł warszawskiej sztuki szewskiej i wybrałem wyżej wzmiankowane żółciaki. Dumny z nabytku uściskałem serdecznie wielkodusznego ofiarodawcę i wróciłem do Podkowy, to znaczy do wspólnego pokoju zajmowanego przez kilku warszawiaków w gościnnym domu państwa Wrzosków. Mieszkał tam z nami znany malarz portrecista Ludwik Grabowski. Oczywiście natychmiast pokazałem mu sprawunek doktora. .
dowe Towarrystwo do Spraw Czytania) cry International Study Group .
pokryłeś co prawda koszty sprawy, ale nie uregulowałeś jeszcze .
- W takim razie myśmy ich też umoralniali - zauważyła już spokojnie. - I będziemy umoralniać dalej, niech tylko ojciec wyjedzie. Zanim wróci na zawsze, może sobie z nimi dadzą radę. Pawełek zawahał się odrobinę. .
- Jakim sposobem! - skarcił ją Bartek z dołu. - Do czegoś takiego diament potrzebny. Nie mamy. .
- I jakże się przedstawia ten wasz nowy satyryk? - spytała rzucając mu spojrzenie przez ramię, na wpół odwrócona od szafy, którą właśnie otwierała. - Cezarze, proszę: oto twoje słodowe cukierki i placuszki. Swoją drogą, nie wiem, czemu wszyscy rewolucjoniści tak lubią łakocie? .
Widzi to światło błyszczące i iskrzące się u mężczyzn, u kobiet .
winy. .
-Przyjechać, to on tutai przyjechał - rzekł nagle Pawełek - Ale odjechać tak łatwo nie musi - Bartek, wyłazimy. Rafał pozostał sam, z jednej strony pełen niepokoju, z drugiej ogromnie zainteresowany całą akcją Zatruwanie życia okropnej mafii samochodowej wydawało mu się w pełni godziwe i użyteczne Wiedział, że nie zlikwiduje problemu, ale może chociaż trochę utrudni złodziejom bez troską działalność Pawełek i Bartek wrócili po paru minutach bardzo zadowoleni Zaraz po nich pojawiła się Janeczka z psem .
Dawniejsze sprawy, z powodu których sen rzeźbiarza i jego płaskorzeźba stały się kwestią tak wielkiej wagi dla mego wuja, są tematem drugiej części obszernego manuskryptu. Okazuje się, że niegdyś profesor Angell ujrzał piekielne zarysy niesamowitego potwora, głowiąc się nad jakimiś nieznanymi hieroglifami, i usłyszał złowieszcze sylaby, które można było odtworzyć tylko jako "Cthulhu"; a wszystko w tak pełnym zamętu i strasznym powiązaniu, że trudno się dziwić, iż molestował młodego Wilcoxa pytaniami i domagał się szczegółowych danych. To wcześniejsze zdarzenie miało miejsce w 1908 roku, siedemnaście lat temu, podczas dorocznego zebrania Stowarzyszenia Amerykańskich Archeologów w St. Louis. Profesor Angell, stosownie do swego autorytetu i osiągnięć naukowych, spełniał czołową rolę we wszystkich rozważaniach, był też jednym z pierwszych, do którego zgłosiło się kilka osób spoza stałego grona, jako do wybitnego przedstawiciela tego zebrania, z prośbą o prawidłową odpowiedź na ich pytania i fachowe rozwiązanie nurtujących ich problemów. Głównym przedstawicielem grona outsiderów, który zresztą wkrótce stał się centralnym obiektem zainteresowania całego zgromadzenia, był mężczyzna w średnim wieku, o dość pospolitym wyglądzie, który przyjechał aż z Nowego Orleanu, aby zdobyć pewne informacje, raczej szczególnej natury, nieosiągalne w żadnym z lokalnych źródeł. Nazywał się John Raymond Legrasse i był inspektorem policji. Przywiózł ze sobą przedmiot będący celem tej wizyty, groteskową, budzącą odrazę i niewątpliwie bardzo starą kamienną statuetkę, której pochodzenia nie był w stanie ustalić. Trudno przypuszczać, aby inspektor Legrasse interesował się choćby w najmniejszym stopniu archeologią. Wręcz przeciwnie, jego pragnienie, aby wyjaśnić tę zagadkę, miało charakter czysto profesjonalny. Statuetka, bożek, fetysz, cokolwiek to było, została znaleziona kilka miesięcy temu w lasach rosnących na moczarach na południe od Nowego Orleanu podczas obławy na czarnoksiężników, którzy mieli odbywać tam swoje zgromadzenia; tak niezwykłe i tak niesamowite były obrzędy związane z tą statuetką, że policja nie miała wątpliwości, iż natknęła się na jakiś tajemniczy kult, zupełnie nieznany i o wiele bardziej szatański niż wszelkie znane dotąd, najbardziej mroczne kulty czarnoksiężników afrykańskich. O jej pochodzeniu, poza chaotycznymi i wprost niewiarygodnymi opowieściami, jakie z trudem wydobyto od schwytanych członków zgromadzenia, nie dowiedziano się absolutnie niczego; stąd usilne dążenie policji, aby nauka o starożytności pomogła zidentyfikować ten przerażający symbol i przyczynić się do wyśledzenia kultu aż po samo jego źródło. Inspektor Legrasse nie spodziewał się, że statuetka wywoła aż taką sensację. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby wszyscy zebrani tam ludzie nauki popadli w stan euforycznego podniecenia; stłoczyli się wokół niego, by przyjrzeć się maleńkiej statuetce, której niepojęta osobliwość i autentyczny powiew najbardziej odległej starożytności otwierały zupełnie nieznane możliwości. Żadna ze sławnych szkół rzeźbiarskich nie potrafiła rzucić światła na ten niesamowity przedmiot, a jednak na jego zielonkawej powierzchni z nieznanego kamienia były wyryte ślady setek, a nawet tysięcy lat. Figurka która zaczęła przechodzić z rąk do rąk dla dokładniejszych oględzin, miała około siedmiu a nawet ośmiu cali wysokości i została wykonana w sposób mistrzowski i wysoce artystyczny. Przedstawiała potwora o niewyraźnych antropoidalnych kształtach, głowie ośmiornicy i twarzy pełnej macek, tułowiu gąbczastym i pokrytym łuskami, ogromnych szponach na przednich i tylnych łapach i długich, wąskich skrzydłach z tyłu. Zdawała się zionąć przerażającą i jakąś nienaturalną złośliwością, była jakby trochę wypukła i korpulentna i osadzona na kwadratowym bloku albo postumencie pokrytym nieczytelnymi znakami. Końce skrzydeł dotykały tylnego brzegu podstawy, podczas gdy długie, zakrzywione szpony skrzyżowanych i podkurczonych zadnich nóg obejmowały brzeg od przodu i sięgały jedną czwartą długości pod spód podstawy. Głowa wyrastająca jakby z nóg była pochylona do przodu, tak że koniuszki czułek na twarzy ocierały się o wielkie przednie szpony obejmujące podkurczone i uniesione kolana. Statuetka wyglądała jak żywa i tym bardziej budziła lęk, że jej pochodzenie było tak całkowicie nieznane. Nie ulegało wątpliwości, że jej wiek był nieogarniony; nawet w najdrobniejszym szczególe nie wykazywała związku z żadnym rodzajem sztuki przynależnym do młodej cywilizacji - a właściwie do żadnej cywilizacji znanej na tym świecie. W tej całkowitej odrębności i wyizolowaniu nawet tworzywo, z którego została wykonana, było tajemnicze, ponieważ miękki, zielonoczarny kamień ze złocistymi i opalizującymi cętkami i prążkami nie przypominał żadnego znanego w geologii czy mineralogii kamienia. Znaki na podstawie były równie zaskakujące i nie do odczytania; nikt spośród obecnych, choć zgromadziła się reprezentacja ekspertów w tej dziedzinie z połowy świata, nie potrafił znaleźć choćby najmniejszego podobieństwa do jakichkolwiek znanych im nawet najstarszych języków. Znaki te, podobnie jak sama statuetka i materiał z którego została wykonana, przynależały do jakichś bardzo odległych czasów, nieznanych rodzajowi ludzkiemu; sugerowały, napełniając grozą, ogromnie dawne i bezbożne życie, w którym nasz świat i nasze wyobrażenia nie mają żadnego udziału. A jednak, kiedy członkowie tego zgromadzenia potrząsali głowami jeden po drugim i przyznawali zgodnie, że nie potrafią rozwikłać problemu inspektora, znalazł się ktoś, komu wydawało się, że chyba wie co nieco o tej przerażającej statuetce i piśmie na postumencie, po czym z pewnym onieśmieleniem opowiedział dziwną historię. Był to William Channing Webb, profesor antropologii w Princeton University, badacz naukowy raczej mało znany. Profesor Webb został zaangażowany czterdzieści osiem lat temu jako członek wyprawy badawczej do Grenlandii i Islandii w poszukiwaniu pewnych napisów runicznych, których jednak nie udało mu się znaleźć; a daleko na zachodnim brzegu Grenlandii natknął się na niezwykłe plemię czy też kult zdegenerowanych Eskimosów, odprawiających dziwne obrzędy ku czci szatana, a już szczególnie zmroziła go ich pełna premedytacji i odrażająca żądza krwi. Była to religia, o której inni Eskimosi raczej mało wiedzieli, a na którą reagowali jedynie wzruszeniem ramion mówiąc, że pochodzi z okresu bardzo dawnych eonów, jeszcze przed stworzeniem świata. Oprócz potwornych obrzędów i ofiar składanych z ludzi odprawiali jakieś niesamowite, odziedziczone po przodkach rytuały, przeznaczone dla nadrzędnego, starszego diabła albo tornasuka; z tych rytuałów profesor Webb sporządził fonetyczny zapis słuchając wiekowego angekoka albo duchownego-czarownika, odtworzywszy te dźwięki za pomocą rzymskich liter w miarę możliwości jak najdokładniej. Teraz jednak największe znaczenie miał bożek, którego w tym kulcie otaczano czcią i wokół którego wykonywano tańce, gdy zorza polarna wznosiła się wysoko nad okryte lodem urwiska skalne. Była to, jak stwierdził profesor, bardzo prymitywnie wykonana kamienna płaskorzeźba, a na niej szkaradny obraz i jakieś tajemnicze pismo. Zgodnie z tym, co zapamiętał, przypominała w ogólnych zarysach tego właśnie leżącego teraz przed zebranymi potwora. Powyższe dane, przyjęte przez zebranych z największym zdumieniem i powątpiewaniem, wzbudziły jeszcze wieksze zainteresowanie inspektora Legrasse; zasypał profesora pytaniami. Mając zanotowany i przepisany tekst rytuału czarowników na moczarach, których jego ludzie aresztowali, zwrócił się z prośbą do profesora, aby przypomniał sobie możliwie najdokładniej sylaby, jakie zapisał wśród diabolicznych Eskimosów. Nastąpiły teraz wyczerpujące porównania szczegółów, po czym zapanował moment naprawdę przerażającej ciszy, kiedy zarówno detektyw jak i naukowiec ustalili identyczną zgodność frazy obu diabelskich rytuałów odległych od siebie o taki szmat świata. To, co w istocie zarówno eskimoscy czarownicy, jak i kapłani na moczarach w Luizjanie śpiewali maleńkim bożkom, tak się mniej więcej przedstawiało - poszczególne słowa można było odgadnąć na podstawie przerw ustalonych tradycyjnym zwyczajem w śpiewanej frazie: .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
ostrzec się przed tego rodzaju twórczością. Jest rzeczą niesłychanie trudną .
- Nie mam żadnego przyszłego, a jak przyjdzie, to możesz go sobie, Zygmunt, .
Na ścianach znajdowały się oprawione w ramki zdjęcia z autografami: Chiefa Bendera, Francisa Parkmana, D. H. Lawrence'a, Chiefa Meyersa, Stewarta Edwarda White'a\, Mary Austin, JimaThorpe'a, generała Custera, Glenna Warnera,Mabel Dodge oraz pełnowymiarowy olejny portret Henry'ego Wadswortha Longfellowa. Za salą zarządu była kabina z brodzikiem czy też basenem. -To rzeczywiście śmiesznie małe jak na klub - powiedział Czerwony Pies. - Ale dzięki temu jest wygodna dziurka, gdzie można się skryć, gdy wieczory się dłużą. Wie pan, nazywamy ją wigwamem. To trochę zarozumialstwo z mojej strony. -Cały cholerny nocny klub! - entuzjazmował się Yogi. .
li polscy dowódcy, uderzając tam i przesądzając o klęsce wojsk Tuchaczew- .
sobie jest słuszne, nigdy nie możemy doświadczyć ani .
Nie oznacza to bynajmniej, że u podstaw wszystkich zaburzeń tkwi mechanizm rywalizacji, ale warto zapamiętać i taką możliwość. .
- Wiadomość od pani dotarła do mnie w chwili, gdy miałem w ręku karty zapewniające mi wysoką wygraną - powiedział. -Mam nadzieję, że to, co od pani usłyszę, będzie warte więcej niż te kilkaset funtów, z których zrezygnowałem, żeby się z panią spotkać. Kobieta przez chwilę milczała. Zauważył, że mocniej zacisnęła dłonie w czarnych skórkowych rękawiczkach na czarnej torbie spoczywającej na jej kolanach. .
sukcesu, poczuciu siły i własnych możliwości, gdy dziecku uda się 106  107 .
- Nie krzycz tak, chcesz się przed robotnikami pochwalić, że masz dziesięć .
- Jest zapas amunicji? .
narzeczoną, którą prowadzi nie pod wiatę, lecz przed ołtarz. Mrugał światłami, naciskał klakson, machał ręką, jakby pozdrawiał wiwatujące tłumy. Na razie w komitecie powitalnym był tylko Pawlak i Kargul. Kaźmierz objął maszynę nieomal miłosnym .
.
rzekł. - Miłuję ja tę dziewczynę jako dolę własną. Jać się z .
natomiast, że twierdzenie to ma zupełną słuszność w odniesieniu .
odwolania .
Produkuje ona przede wszystkim swojego .
- Wszyscy mamy jakieś słabostki. Każdemu można coś zarzucić, nieprawdaż? .
- Piszę wciąż jeszcze w dzienniku. .
właściwa droga, i musimy dotrzeć. W doznaniu początkowym zawsze .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
Dwa szturmowce pojawiły się nagle nad drzewami. Przemknęły na nie-wielkiej wysokości tuż nad dachami budynków i wystrzeliły świecą w górę. Zrobiły obszerną pętlę i, skrzydło w skrzydło, jak na pokazach lotniczych, .
Drugą rzeczą, o której trzeba pamiętać, jest więc nauczenie się przemieniania swych trucizn w słodycz. Jak się je przemienia? Jest to bardzo prosty proces. W gruncie rzeczy nazwanie go procesem nie jest właściwe, bo ty niczego nie robisz, potrzebujesz jedynie cierpliwości. To, co ci mówię, jest jednym z największych sekretów. Wypróbuj to. Gdy przyjdzie złość, nic nie rób; usiądź tylko w milczeniu i obserwuj ją. Nie bądź jej przeciwny, nie opowiadaj się po jej stronie. Nie współdziałaj z nią, nie tłum jej. Po prostu ją obserwuj, bądź cierpliwy, po prostu zobacz co się dzieje... niech narasta. Pamiętaj o jednym: nigdy niczego nie rób jeśli owładnęła tobą trucizna, po prostu czekaj. Gdy trucizna zacznie przemieniać się w to drugie... Jest to jedno z podstawowych praw życia, że wszystko bez przerwy przemienia się w swoje przeciwieństwo. Tak, jak wam powiedziałem, że mężczyzna zmienia się w kobietę, a kobieta zmienia się w mężczyznę, tak samo występują w tobie pewne okresowe zmiany - dobry człowiek staje się złym, zły człowiek staje się dobrym, święty ma chwile grzesznika, a grzesznik ma chwile świętości. Trzeba jedynie czekać. .
połączeniu w mężczyźnie pozostanie tylko to, co męskie, jego .
Było to bardzo trudne. Harry i Seamus smagali i podrywali, ale piórko, które mieli wysłać pod sufit, leżało sobie nadal na stoliku. Seamus tak się zniecierpliwił, że dotknął go różdżką, co spowodowało, że się zapaliło - Harry musiał ugasić mały pożar swoją tiarą. Ronowi, przy sąsiednim stole, też nic nie wychodziło. .
owszem, w razie bandyckiego napadu krzykiem wyrwie go ze snu i schowa się za jego plecami, zaraz potem jednakże, w obliczu niebezpieczeństwa, chwyci wałek do ciasta, tłuczek do kartofli, tasak do mięsa, muszkiet po pradziadku i rąbnie. Czasem trafi w złoczyńcę, a czasem w męża, ale to już druga strona medalu. Prawdziwa kobieta zaprezentuje: .
palono na trasie przelotu samolotów, aby ułatwić im nawigację. Zbliżali .
było - NIE było to NATO, tylko jakaś czy to alternatywa dla niechcianych, czy zespół konkurencyjny. Zamieszanie wokół tej koncepcji kosztowało Polskę Bóg .
atak miał zwrócić uwagę radzieckich czołgistów i zmusić do potyczki z grupką żołnierzu, aby działa samobieżne, niezauważone wyjechały- na pozycję i rozniosły° resztę czołgów. .
przeliczała zjeżdżających się uczestników tego żałobnego party: przyjęcie opłacone z góry, im mniej gości, tym większy zysk... Tego wszystkiego Kaźmierz Pawlak wcale nie był świadom. W głębi domu pogrzebowego, przypominającego swym zapachem drogerię, leżał jego zmarły brat, a Kaźmierz wciąż czekał na kogoś żywego, bez kogo rozpoczęcie ceremonii uważał za zdradę wobec Jaśka. Wspinał się na palce, by nad bukszpanowym żywopłotem dojrzeć wreszcie czerwony samochód "Mustang" z Septembrem-Juniorem i siedzącą obok córką Johna. W nim cała nadzieja. Wszak obiecał Ani odnaleźć pannę Shirley-Glynesse Wright. Dostrzegł przynaglające spojrzenie Malca One, który podciągnął mankiet koszuli, by odsłonić zegarek: człowiek może sobie umrzeć, ale czas idzie naprzód. .
Kilkunastu z nich pobiegło, kołysząc się pod ciężarem broni, w stronę ro~~u melioracyjnego, ciągnącego się w odległości kilkunastu metrów-, wzdłuż drogi. Ustawili granatniki na ziemi, odpięli od pasów saperki i za- .
teraz przy niej i mówi o swojej miło¶ci. .
A może jednak tamci źli ludzie nie odjęli nogi ojcu!... Może tego nie uczynili!... .
- Złapał małą kulkę, nurkując za nią z wysokości pięćdziesięciu stóp - oznajmiła profesor McGonagall. - I nawet się nie zadrasnął. Nawet Charlie Weasiey nie dokonałby czegoś takiego. .
stanowiła wcale zwrotu ku cywilizacji zachodnio-europejskiej. .
.
uczę się języków u nauczyciela języków, albo matematyki u .
kogoś głupszego od niego. Ale święty wykroczył poza Wiedzę, a .
- Nic... nic... ojcze... Wiatr tak szumi.. ogromny wiatr... - wyszeptała z .
rękoma kolana patrzy nieruchomie w podłogę. Dziewczyna chora jest .
się w świętej nagonce przeciw temu .
wypowiedz: "wszystko płynie", którą Plutarch wyjaśnia .
- Pewnej nocy zniknąłeś. Gdy wróciłeś rano, oznajmiłeś, że spróbujesz zanieść zwierzętom pożywienie i wodę. Chciałem cię powstrzymać. Ostrzegałem cię, że snajper będzie szczególnie zadowolony, jeśli nawinie mu się Amerykanin. Odparłeś, że już się zająłeś snajperem i nie będzie nam dokuczał. Oczywiście mógł go zastąpić inny snajper i strzelić do ciebie, ale wydawałeś się tym nie przejmować. Byłeś zdecydowany, że zwierzęta nie mogą cierpieć. Na dziedzińcu zapanowała cisza. .
Potrzeba wyrażenia własnej mocy .
- zapytał, gdy powóz ruszył. - Mały John zobaczył Glenthorpe'a w towarzystwie jakiegoś :entelmena. Pojechali na Crooktree Lane, małą nędzną uliczkę id rzeką. - Nie jest to elegancka część miasta - zgodził się Artemis. przy tym dogodnie położona, blisko południowej bramy lwilonów. - Dogodnie? .
umieszczony, na przykład A:, B:, C: (dla twardych dysków) i tak dalej .
Kasia spojrzała na panią May z niedowierzaniem, przyciskając igłę do dolnej wargi. - Tak, że w końcu nie złapano tych małych ludków?zapytała po chwili. Pani May jak gdyby unikała jej wzroku. .
- Nie - odpowiedział Decker. - Nigdy nie pracowałem dla agencji rządowej. - Z braku czasu musiał czymś Millera zaskoczyć. - Poznałem McKittricka, gdy pracowaliśmy razem w CIA. Efekt był taki, jak oczekiwał. Miller, zdezorientowany, spojrzał na Deckera w inny sposób. Odwrócił się do Esperanzy, znowu spojrzał na Deckera i gestem zaprosił ich do środka. .
pulsująca w każdym człowieku, nieustannie wypływa z ciała. Ale .
.
olbrzymy z jednym okiem pośrodku czoła. Najstraszniejszy z nich, .
- Oui, mamselle. Gdy oddalił się, zapaliła papierosa i podeszła do okna, czując na sobie wrogie spojrzenie jego żony, ale to nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia z wyjątkiem wykonania zadania. Z jednego ze składzików wynurzył się rollsroyce i podjechał do domku, żeby ją zabrać. Renę wysiadł, a ona otworzyła drzwi. Stał u podnóża schodów patrząc na nią beznamiętnie. Miał już na sobie uniform kierowcy. Bez słowa otworzył drzwiczki. Usiadła z tyłu. Nadszedł Dubois z walizkami, które umieścił w bagażniku, po czym zbliżył się do okna, gdy Renę zasiadał za kierownicą. - Proszę łaskawie przekazać wyrazy szacunku hrabinie, mamselle. Genevieve nie odpowiedziała, po prostu podniosła szybę i delikatnie stuknęła Renę w ramię. Kiedy opuszczali teren składu, dojrzała we wstecznym lusterku jego trochę wystraszone oczy. „Teraz dopiero się zacznie", pomyślała. Ogarnięta narastającym podnieceniem oparła się wygodnie, wyjmując następnego papierosa. Z biegiem czasu krajobraz stawał się coraz bardziej znajomy. Zielone pola, las, góry po lewej stronie z ośnieżonymi szczytami, złocista w świetle porannego słońca rzeka, płynąca przez dolinę. Pasterz w krótkim kożuchu pędził na pobliskie wzniesienie swoje stado. - Wzgórza dzieciństwa, Renę. Nic się nie zmienia. .
ręce wiedzą, co robią. Ponadto dajmy jej nieco luzu, żeby o ten swój wygląd zewnętrzny mogła zadbać dla naszej przyjemności. Nie ma obawy, już ona to potrafi. Teraz spokojnie możemy się zająć czymś innym, mimo uszu puszczając jej kretyńskie wypowiedzi, nie próbujmy idiotycznie osiągnąć z nią porozumienia duchowego. Nie domagajmy się usług: .
Bangladeszu dwudziestego pierwszego stulecia. .
Legrasse, mocno poruszony i z lekka oszołomiony, na próżno wypytywał o historyczną przynależność tego kultu. Castro, oczywiście, wyznał prawdę, kiedy powiedział, że jest to głęboka tajemnica. Uczeni z Tulane University nie potrafili rzucić żadnego światła ani na kult, ani na ten posążek, wobec tego detektyw przybył do najwyższych autorytetów w kraju i usłyszał niewiele więcej poza grenlandzką opowieścią profesora Webba. Gorączkowe zainteresowanie, jakie wzbudziła wśród zebranych opowieść Legrasse'a, a także przywieziona przez niego statuetka, znalazło odbicie w korespondencji poszczególnych uczestników zebrania; natomiast w oficjalnej publikacji stowarzyszenia niewiele wzmiankowano na ten temat. Ostrożność zawsze cechuje tych, którym zdarza się zetknąć z szarlatanerią i czarami. Legrasse wypożyczył na pewien czas statuetkę profesorowi Webbowi, który jednak wkrótce zmarł. Została zwrócona Legrasse'owi i wciąż znajduje się w jego posiadaniu, a niedawno miałem nawet możność ją sobie obejrzeć. Jest rzeczywiście potworna i bez wątpienia podobna do rzeźby młodego Wilcoxa. Nie dziwię się, że opowieść rzeźbiarza tak bardzo wzburzyła mego wuja, bo przecież znał już relację Legrasse'a. Można sobie wyobrazić, jakie myśli wzbudziło w nim to, co usłyszał od wrażliwego młodego człowieka, który ujrzał we śnie nie tylko samą figurkę i dokładny zapis hieroglificzny, jak na statuetce znalezionej na bagnach i na grenlandzkiej płaskorzeźbie, ale jeszcze na dodatek usłyszał co najmniej trzy słowa formuły wymówionej przez eskimoskich wyznawców czarnej magii, a także wyznawców kultu w Luizjanie. Wydaje się więc najzupełniej oczywiste, że profesor Angell z miejsca zainteresował się sprawą i chciał ją poznać jak najdokładniej; ja jednak w głębi ducha podejrzewałem, że młody Wilcox gdzieś usłyszał kiedyś o tym kulcie i po prostu zmyślał opowieści o swoich snach, aby kosztem mego wuja podtrzymać tę tajemnicę. Zgromadzone wycinki z gazet i opowieści o różnych snach były dość przekonującym świadectwem; jednakże mój racjonalny umysł i niezwykłość całej tej sprawy skłoniły mnie do wyciągnięcia wniosków, które wydawały mi się najrozsądniejsze. Tak więc, po dokładnym zapoznaniu się z manuskryptem i zestawieniu go z teozoficznymi i antropologicznymi notatkami, a także z opowieścią Legrasse'a, odbyłem podróż do Providence, żeby zobaczyć się z rzeźbiarzem i powiedzieć mu kilka słów prawdy co do tego, że tak bez ogródek okpił uczonego i starego człowieka. Wilcox nadal mieszkał sam w budynku Fleur-de-Lys na Thomas Street, będącym szkaradną wiktoriańską imitacją siedemnastowiecznej bretońskiej architektury, który ozdobionym stiukami frontem puszył się wśród pięknych domów w stylu kolonialnym położonych na wzgórzu i zażywał cienia pod najwspanialszą w Ameryce georgiańską strzelistą wieżą. Zastałem go przy pracy i z miejsca zorientowałem się po rozrzuconych we wszystkich pokojach rzeźbach, że mam do czynienia z autentycznym i wybitnym talentem. Jestem przekonany, że kiedyś zyska rozgłos jako jeden z największych dekadentów: teraz wyraża się w glinie, ale kiedyś w przyszłości ujawni w marmurze wszystkie te mary nocne i twory fantazji, które Arthur Machen pokazuje w swojej prozie, a Clark Ashton Smith w poezji i malarstwie. Ciemny, drobny, niedbale ubrany, ledwie obrócił się słysząc pukanie i spytał, czego sobie życzę, nawet nie wstając. Dowiedziawszy się kim jestem, okazał pewne zaciekawienie; mój wuj wzbudził w nim zainteresowanie wypytując tak dociekliwie o jego sny, ale nigdy nie wyjawił mu przyczyny swojego zainteresowania. Ja również nie przyczyniłem się do wzbogacenia jego wiedzy w tym zakresie i starałem się, zachowując pozory, jak najwięcej z niego wyciągnąć. Szybko zorientowałem się, że opowieści o jego snach były naprawdę szczere i nie budzące wątpliwości. To właśnie one i wciąż jeszcze żywe ich wspomnienia wywarły wpływ na całą jego dalszą twórczość; pokazał mi statuetkę będącą wytworem schorzałej wyobraźni, której zarysy, świadczące o sile ciemnych mocy, głęboko mną wstrząsnęły. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek przedtem widział taki przedmiot, znany mu był tylko ze snu, a jego ręce kształtowały go bezwiednie. Był to bez wątpienia potwór z jego majaczeń sennych. Nie ulegało wątpliwosci, że nie miał najmniejszego pojęcia o kulcie, otoczonym tak ścisłą tajemnicą, może jedynie wuj uchylił rąbka tajemnicy surowo strzeżonej w jego katechiźmie; znowu więc zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób zostały mu przekazane tak niesamowite wrażenia. Mówił o swoich snach dziwnie poetyckim stylem, ze straszliwą wyrazistością zobaczyłem ociekające wodą miasto Cyklopów zbudowane z oślizgłego zielonego kamienia - którego wymiary geometryczne, jak Wilcox dość osobliwie zaznaczył, były nieprawidłowe - i słyszałem w przerażającym oczekiwaniu nieustanne, półprzytomne wołanie z podziemi: "Cthulhu fhtagn", "Cthulhu fhtagn". Słowa te stanowiły część strasznego rytuału, który mówił o sennym czuwaniu zmarłego Cthulhu w kamiennej krypcie w mieście R'lyeh, co mną wstrząsnęło do głębi mimo tak racjonalnego stosunku do tej sprawy. Byłem przekonany, że musiał przypadkiem usłyszeć kiedyś o tym kulcie i wkrótce zapomniał o tym, pogrążony w powodzi równie niesamowitej lektury i własnej wyobraźni. Potem, przy jego wzmożonej wrażliwości, znalazło to podświadomy odzew w snach, w płaskorzeźbie i w tej potwornej statuetce, którą trzymałem teraz w rękach; jeśli było to pewnego rodzaju oszukaństwo w stosunku do mego wuja, to najzupełniej niewinne. Ten młody człowiek, chwilami trochę afektowany, chwilami wskazujący brak dobrych manier, nie budził mojej sympatii; ale nie mogłem mu odmówić talentu, ani uczciwości. Rozstałem się z nim przyjaźnie, życząc mu sukcesu, na jaki zasługiwał jego talent. Sprawa tego kultu wciąż mnie fascynowała i chwilami snuły się przede mną wizje mojej własnej sławy, związanej z badaniami źródeł jego pochodzenia i wszelkich z nim związków. Wybrałem się więc do Nowego Orleanu, rozmawiałem z Legrassem i innymi uczestnikami dawnej obławy na czarnoksiężników, zobaczyłem tę straszną statuetkę, a nawet miałem możność zadać kilka pytań schwytanym jeńcom przebywającym jeszcze w więzieniu. Stary Castro, niestety, zmarł przed kilkoma laty. Wszystko, co usłyszałem z pierwszej ręki, choć nie było w tym nic więcej ponad to, co mój wuj tak szczegółowo potwierdził w swoich zapisach, na nowo obudziło moje zainteresowanie; czułem, że odkryłem ślad prawdziwej, tajemnej i bardzo starej religii, dzięki czemu mogę stać się sławnym antropologiem. Stosunek mój miał w dalszym ciągu podłoże materialistyczne i pragnąłem, aby nadal taki pozostał, a zbieżność sprawozdań ze snów i wycinków zebranych przez doktora Angella przyjmowałem z niewytłumaczalną przekorą. Jak już wspomniałem, zacząłem podejrzewać, a teraz mogę już powiedzieć, że wiem na pewno, iż mój wuj nie zmarł śmiercią naturalną. Przewrócił się na wąskiej dróżce prowadzącej przez wzgórze ze starej przystani wkrótce po przypadkowym zderzeniu się z jakimś murzyńskim marynarzem. Nie zapomniałem o obławie w Luizjanie na marynarzy, którzy byli wyznawcami tego kultu, i nie zdziwiłbym się, gdybym się dowiedział o ich skrytych metodach i zatrutych igłach, równie bezlitosnych i znanych od najdawniejszych czasów, jak wszystkie tajemnicze obrzędy i wierzenia. To prawda, że Legrasse'a i jego ludzi pozostawiono w spokoju, ale w Norwegii pewien marynarz, który dużo wiedział, nie żyje. Czyżby dogłębne badania prowadzone przez mego wuja, po zapoznaniu się z relacjami rzeźbiarza, dotarły do złowieszczych uszu? Wydaje mi się, że profesor Angell zmarł, ponieważ wiedział za dużo albo mógł się dowiedzieć za dużo. Czy mnie to również czeka, zobaczymy, bo niewątpliwie ja także niemało się dowiedziałem. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
w omawianej chorobie dochodzi do zaburzenia pracy więzadeł i zmniejszenia grubości krążków międzykręgowych, występuje skłonność do podwichnięć w stawach kręgosłupa. W tym przypadku można po masażu klasycznym wykorzystać techniki terapii manualnej (trakcje, mobilizacje, manipulacje). Należy jednak pamiętać, że techniki te mogą być stosowane przez masażystów wyszkolonych w tym zakresie i posiadających niezbędne doświadczenie oraz przy uwzględnieniu przeciwwskazań do ich stosowania (przede wszystkim: osteoporoza, dyskopatia, niestabilność kręgosłupa, wszelkiego typu zrosty i wady rozwojowe). .
- Jak najlepiej dojechać do Santa Fe? - spytał młodą kobietę za ladą. Była Latynoską i miała szczery uśmiech, który podkreślał wyrazistość jej oczu. .
obserwujemy następnie związek zachodzący pomiędzy poznanym w .
- Rozmówię się co do tych kajdan - rzekł. - A teraz chciałbym panu zadać inne pytanie: Co pan zamierza uczynić? - O...o...odpowiedź bardzo prosta, eminencjo.., Uciec, jeśli się uda, a jeśli nie, to umrzeć. - Dlaczego umrzeć? .
Van Effen, jakie masz instrukcje na wypadek czyjejś nieroztropnej .
kawalerem! - Pawlak bez wahania znalazł odpowiedź, która powinna raz na zawsze oddalić wątpliwości Kargula. Jednak ten nie dał się tak łatwo zaszantażować takim argumentem. .
Konsekwencje takiej postawy sprowadzają się do kilku typowych form: .
Latające talerze .
Energia uzdrawiająca .
rozważań wypowiada Hartmann w następujących słowach: "Ta treść .
- Wsiadaj! - rzekł do swego kumpla. .
- Chciałabym pana o coś spytać. .
.
rozkładać zamieszkujące tam pierwotniaki. Co pewien czas krowa zwraca pokarm do jamy gębowej, gdzie jest ponownie przeżuwany. Wstępnie strawiona trawa (teraz już w formie kwasów thzszczowych) wraz z pierwotniakami przechodzi z kolei do właściwego źołądka i tam jest trawiona do końca. ~~ Krowy nie są stuprocentowymi wegetarianka .
się w świętej nagonce przeciw temu .
- Taki¶ to m¶ciwy? .
Pierw szy~m problemem, który- miał rozwiązać, był sposób dotarcia do Teheranu. Komandosi z jego oddziału, startując z lotnisk na terenie .
ono stać niebem tamecznego społeczeństwa; dostarc .
pożyczkę inwestował ją w krajowym przemyśle. Tak było, na .
- Mogło jeszcze być tak, że dogonili ich pod stacją benzynową - wysunęła przypuszczenie Janeczka. - Albo gdzieś tam, gdzie dojechali. Obaj się rzucili, ten z pieniędzmi i Rafał, zostali pokonani i zamknięci w jakiejś piwnicy. Albo coś w tym rodzaju. - Przecież Chaber nic nie mówi? - zdziwił się Pawełek. .
Wciąż chichocząc jadowicie, wstał z krzesła i złożył mi wersalski ukłon. I tak, zgięty w ukłonie, robił się coraz bledszy i bledszy, aż znikł mi z oczu w ścianie za stołem Witolda... Następnego dnia dostałam od kapitana odpis swego zaginionego listu. Przeczytawszy go, pojęłam zadziwiające pytanie władz śledczych o naszego mister uniwersum, znajdowała się tam bowiem między innymi pełna rozgoryczenia uwaga: "A jeśli chcesz wiedzieć wszystko dokładnie, to spytaj o to tego, któremu przyznałyście pierwszą nagrodę na waszym czarującym konkursie piękności..." .
- Nie wydaje się pani tym zaskoczona. .
czasów Rzeczpospolitej. Miejscem wydarzeń jest prowincja, .
.
.
.
.
'9"° la się tYP P33 nie TSzeT kręgów i rr_a,ąc .
kierunku wiedzy. W kapitalistycznej społeczności, technologiczny .
która mu zaczynała odpowiadać przypomnieniami całego życia, rozsnuwaniem .
- Wysłałem do niej faks - mówi - prosząc o natychmiastowe przekazanie raportu; nieopublikowanie wyników mogło podważyć naszą wiarygodność. iań Doktor Maples nie otrzymał odpowiedzi. W czerwcu 1994 roku, w rok po przekazaniu doktor Kinę zębów i próbek kości, raport nadal nie został opublikowany. W końcu zatelefonowała do niego twierdząc, że wszystko jest już przygotowane i może razem z nim pojechać do Moskwy, aby przed komisją rządową złożyć oficjalne sprawozdanie. Wówczas jednak zaproszenie Maplesa dawno już przestało być aktualne. W czerwcu 1994 roku, choć Maples nigdy nie ujrzał raportu Kinę, wydał zadziwiające oświadczenie: .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
Odłożyła słuchawkę ku wielkiemu niezadowoleniu Pawełka. .
$q znak równości .
pracownikiem Po prostu i jak w ogóle tam trafiłem, przychodzi mi na myśl .
Yogi Johnson wyglądał przez okno. Niedługo przyjdzie pora zamykania fabryki na noc. Ostrożnie otworzył okno, tylko .
ce dowództwa Wehrmachtu, a przi- Abwehrze pozostał ts-lko pułk ..Kurfurst". Jednym .
- A dziś to konsolacja po naszej niezgodzie - Kargulowa przepełniona była dobrocią, jak jej Władek spirytusem. .
granicą odcinaliśmy, mniej lub bardziej umiejętnie, należne kupony. .
kawalerem! - Pawlak bez wahania znalazł odpowiedź, która powinna raz na zawsze oddalić wątpliwości Kargula. Jednak ten nie dał się tak łatwo zaszantażować takim argumentem. .
Nie zdążyli dojść do końca korytarza, kiedy ich dogoniła. .
patrzysz na kobiety przez pryzmat apetytu - tylko apetytu. .
drogi, wprost nie chce się wierzyć, jak wspaniale potrafi się .
- Więc jednak zgadł - pochwaliła z uznaniem. - Nie patrz tak na mnie, nikt się nie spodziewał, że to złodziej, tylko Chaber wiedział i pokazał. Dobrze, że chociaż oni obaj zdążyli. Uważam, że trzeba zawiadomić porucznika, niech tu nie sterczy niepotrzebnie. Bartek poruszył się wreszcie. Był wstrząśnięty. Gwałtownie wybuchła w nim uraza i pretensja. Pawełek zdążył, a on nie, znów go ominą jakieś najpiękniejsze wydarzenia! .
własną tężyznę fizyczną oraz wyczynia inne podobne kretyństwa nie zwracajmy na to uwagi. Wszystko nieprawda. No nie, oczywiście, nie możemy być absolutnie tępym ćapokiem, który nie zdołał nauczyć się czytać i pisać. .
Poszli razem, nie spiesząc się. .
- Co się panu stało z twarzą? - spytała strażniczka. .
5 listopada 1975, dzień, Snowflake, Arizona .
sprzeczności, jakieś pewniki/, które naprowadzają mnie na pewne .
Pamiętamy, że formatowanie kasuje zawartość dyskietki. Operacja ta jest jednak odwracalna. Zanim program ją rozpocznie, zachowuje informacje znajdujące się na dyskietce, aby później mogły być przywrócone (oczywiście nie w przypadku, gdy na sformatowaną dyskietkę zostały zapisane nowe dane). W związku z tym operacja formatowania trwa nieco dłużej. .
karmili, zazdroszczono gło¶no sprytnie ułożonych łajdactw, opowiadano sobie po .
niż żebraczą jałmużnę. .
; ; ~ pokrętła. Pociągnął. Strzeliło lekko i ze słabym zgrzy-? tem otwarła się i,rysovva akiennica. Był ciężki, zamu- .
- yner powoli wstał. .
- W takim razie myśmy ich też umoralniali - zauważyła już spokojnie. - I będziemy umoralniać dalej, niech tylko ojciec wyjedzie. Zanim wróci na zawsze, może sobie z nimi dadzą radę. Pawełek zawahał się odrobinę. .
w niej antynomie namnoża, ~ to ~SZystko. sprzecz- .
- A teraz odejdę - rzekł, gdy niezrozumiały ustęp został już wyjaśniony - chyba że mogę jeszcze być na coś potrzebny. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Ja już krowę wybrał... .
- Często pisze się - mówi Sołowiow - że nie zaznajomiłem się z zapiskami Sokołowa i nie korzystam z nich prowadząc śledztwo. To nieprawda. Rzecz w tym, że Sokołow popełnił błąd, ale błąd taki mógł się przytrafić każdemu śledczemu, który znalazłby się na jego miejscu. Błędem było założenie, że wszystkie ciała spłonęły w ogniu. Wówczas dowody zdawały się potwierdzać tę teorię. Obecnie posiadamy więcej dowodów. Jednak, moim zdaniem, był to jedyny błąd, jakiego dopuścił się Sokołow. Jedno z ostrzeżeń KOłtypina jest zasadne: nie wszystkie rosyjskie archiwa zostały w pełni otwarte. Sołowiow przyznaje, że miał dostęp do wszystkiego "z wyjątkiem archiwów prezydenckich", czyli archiwów biura politycznego. Oczywiście to ograniczenie wzbudziło wśród rosyjskiej emigracji podejrzenia, że pewne fakty nadal są ukrywane. Osobą, która mogła w tym przypadku OkazaĆ się pomocna, był Edward Radziński, członek komisji rządowej, który równocześnie, "na własną rękę", pisał biograFię Stalina. .
- Dalej obywatel nie pójdzie. Nie wolno. .
mnie całą we krwi, oraz żołnierza nie krępującego się bynajmniej .
- Tato! Kargul! Kaźmierz odruchowo popatrzył na tamtą stronę płota. ale nigdzie nie dostrzegł śmiertelnego wroga. A wtedy Witia paluchem wskazał na widniejący na dole oświadczenia fioletowy podpis Kargula. Bez wahania złożył kartkę i oddał ołówek zaskoczonemu sołtysowi: nigdy jego podpis nie będzie obok podpisu tego niezguły, łapciucha, bambaryły, przeklętego chachoła... .
- Wiem. Muszę z tobą porozmawiać. .
również doskonale wolną radość Jaźni, której nigdy nie może .
Tak, urodził się Siddhą. .
niebogo. A gdy tak mÓwił, Marysia zrozumiała, że nie ma już .
Cronin odrzucił większość alternatywnych identyfikacji odcisków. Stopy ludzi i lemurów zostawiają znacznie węższe ślady, łapy panter śnieżnych i wilków - okrągłe. Noga orła wyposażona jest w cztery promieniście ułożone palce, a palce niedźwiedzia są równowymiarowe, ułożone symetrycznie. Znalezione przez Cronina odciski sugerują, że osobnik, który je pozostawił, porusza się na dwóch nogach w postawie wyprostowanej. Prawy ślad następuje po lewym w nieprzerwanym ciągu-Rozpowszechniła się opinia, że yeti - wraz z Sasquatchem z amerykańskiego wybrzeża Pacyfiku i istotą z Andów, zwaną Mono Grandę - to pozostałe przy życiu relikty z gatunku dużych antropoloidów, które kiedyś przemierzały Ziemię. Mógł to być gigantopitek, duży naczelny, którego szczątki, datowane od 9 milionów do 500 tysięcy lat temu, znaleziono w południowych Chinach i w Himalajach. Istnieje prawdopodobieństwo, że gigantopi-tek został wyparty przez współczesnego człowieka do odległych dolin w Himalajach, gdzie żyje wiele gatunków, wymarłych na innych terenach. Niektórzy badacze odrzucają relacje Szerpów jako mitologię, w której yeti spełnia rolę straszaka na niegrzeczne dzieci bądź kozła ofiarnego, na którego ludzie mogą przenosić swe dzikie instynkty. Inni są zdania, że widziane z daleka stada niedźwiedzi bądź małp langurów mogły wydawać się stadem małpoludów, a rzekome ślady yeti to w rzeczywistości odciski łap niedźwiedzia. Jednak ta protekcjonalna postawa wobec wiedzy Szerpów nie znajduje uzasadnienia. Ludy prymitywne, nie tworzące bazy naukowej, skłonne są, być może, do bardziej pośpiesznego tłumaczenia niezwykłych zjawisk, ale można chyba polegać na ich bystrym wzroku i znajomości lokalnych zwierząt,'takich jak niedźwiedzie i małpy. Bujne lasy w dolinach Himalajów obfitują w różnorodne jadalne rośliny, które mogą wyżywić znaczącą populację dużych zwierząt. Pokrywają one stoki, czyli tereny pochyłe, dlatego zajmują znacznie większą powierzchnię, niż się zazwyczaj przypuszcza. Są prawie niedostępne, co utrudnia penetrację zagranicznym biologom, a także tubylcom. A w gęstej roślinności jakże łatwo ukryje się nawet dużych rozmiarów zwierzę. Według Cronina yeti nie jest "Człowiekiem Śniegu", lecz bujnych dolin śródgórskich, a pojawia się na-pokrytych śniegiem przełęczach tylko wtedy, gdy wędruje z jednej doliny do drugiej. Istnieje tak wiele relacji z Himalajów, przekazanych zarówno przez tubylców, jak i cudzoziemców, na temat yeti, iż można wysnuć wniosek, że jest to postać rzeczywista. Zanim jednak nie zostanie on pochwycony lub dokładnie sfotografowany, niczego nie należy być pewnym. .
Odłożyła słuchawkę ku wielkiemu niezadowoleniu Pawełka. .
się w świętej nagonce przeciw temu .
leży to w interesie żadnego z nich, żeby okazywać zbyteczny .
ogóle potrzebne. Stajesz się Kosmosem, stajesz się jednym z .
Na początku września Peter Gill poinformował Richarda Schweitzera, że już wkrótce badania zostaną zakończone. Schweitzer i FSS wspólnie ustalili datę, 5 października, kiedy to Gill w Londynie, na konferencji prasowej, miał ogłosić wyniki. Równocześnie Ed Deets przekazałby wyniki sądowi i zorganizował drugą konferencję prasową w Charlottesviue. FSS oświadczyło Schweitzerowi, że ponieważ było to zlecenie prywatne, na niego spada odpowiedzialność prowadzenia konferencji. Ani Gill, ani Schweitzer nie domagali się wyłączności na przeprowadzanie badań. Wręcz przeciwnie; Schweitzer mówił, że "Gill, od przybycia do Charlottesviue w celu pobrania tkanki, wielokrotnie nalegał, aby próbki przekazać także do Instytutu Patologii Sił Zbrojnych AFIP, w celu potwierdzenia jego wyników. Miał nawet nadzieję na zorganizowanie wspólnej konferencji prasowej". W tym czasie Schweitzer - za namową Gilla - rozpoczął przygotowania do trzeciego badania tkanki Anastazji Manahan, które miał przeprowadzić doktor Mark Stoneking z uniwersytetu w Pensylwanii, specjalista od DNA mitochondrialnego. 21 września, na dwa tygodnie przed londyńską konferencją prasową, doszło do podpisania porozumienia z AFIP. Susan Barritt, naukowiec z istytutu, pojechała do Charlottesviue i pobrała dwa zestawy próbek tkanki Anastazji Manahan: jedno dla AFIP, drugie dla doktora Stonekinga. Następnie doktor Gill zrobił wszystko, aby przyspieszyć badania w AFIP. Oprócz opublikowanych już wyników swoich prac przekazał amerykańskim naukowcom także wszystkie swoje notatki. Te same informacje trafiły także do doktora Stonekinga. Schweitzer był niezwykle zadowolony ze współpracy naukowców i bardzo spodobał mu się pomysł Gilla polegający na wspólnym ogłoszeniu wyników. Maurice Remy nadal pragnął odegrać kluczową rolę w rozwiązaniu zagadki tożsamości Anastazji. Po tym, jak w czerwcu Schweitzer pomógł mu sporządzić umowę z Gintherem, przestali ze sobą korespondować. Pomimo to do Schweitzera i Gilla docierały plotki o tym, jakoby Remy zlecił dalsze badania próbki krwi z 1951 roku. Dowiedziawszy się o planowanej na piątego października konferencji prasowej Remy zaczął wywierać na Schweitzera presję, aby i on mógł na niej wystąpić i przedstawić nowe wyniki badań uzyskane przez doktora Herrmanna z próbki krwi pobranej w 1951 roku. Schweitzer w zasadzie wyraził zgodę na jego uczestnictwo w konferencji prasowej; decyzja ta należała wyłącznie do Schweitzera, ponieważ to on zlecił (i opłacił) badania Gilla. .
Pomimo prośby Crawford, sędzia Swett zgodził się z argumentacją szpitala i Deetsa i oddalił sprawę. Wyrok zapadł 19 maja 1994 roku. Teraz Związek Rosyjskiej Arystokracji i Andrews & Kurth mieli trzydzieści dni na apelację. Gdyby jej nie złożono, sprawa byłaby zamknięta. Richard Schweitzer czekał aż upłynie czas, w którym związek mógłby złożyć apelację. Potem, 19 czerwca, do Charlottesviue przybył Peter Gill, aby pobrać próbkę tkanki Anastazji Manahan. Jego przyjazd utrzymano w tajemnicy; Schweitzer nadal obawiał się, że Willi Korte lub pracownicy firmy Andrews & Kurth mogliby próbować w tym przeszkodzić. "Mogą wytoczyć Gillowi proces, aby uniemożliwić mu jakiekolwiek działania - napisał Schweitzer do Matta Murraya sprzeciwiając się propozycji szpitala, który z wizyty Gilla pragnął uczynić wielkie wydarzenie. Mogą także wykorzystać jakieś przepisy dotyczące wywozu organów ze Stanów Zjednoczonych i uniemożliwić mu wywiezienie próbek. Ponieważ ktoś mógłby go zgoła zaatakować, przydzieliłem mu specjalną eskortę". Tego dnia Gill zjadł lunch w towarzystwie Schweitzerów, a następnie udał się do szpitala, aby pobrać próbki. Czekali tam Deets, Mat Murray, Penny Jenkins i doktor Hunt Macmiuan, dyrektor laboratorium patologii. Prawnicy przypatrywali się wszystkiemu z daleka, a ekipa filmowa zaczęła kręcić Film dokumentalny. W sali pojawili się Macmiuan, Gill i laborantka Betty Eppard, której zadanie polegało na przecięciu tkanki; wszyscy mieli na twarzach maski, ubrani byli w białe fartuchy i sterylne rękawice. Wyjęto pięć parafinowych bloków zawierających tkankę Anastazji Manahan i pięciokrotnie powtórzono tę samą procedurę: Macmiuan wręczał Gillowi parafinową kostkę i sprawdzał jej numer identyfikacyjny. Gill sterylizował ją i przekazywał Eppard. Eppard umieszczała ją w urządzeniu przypominającym miniaturową krajalnicę do wędlin i zręcznie odcinała od trzech do sześciu ciemnobrązowych plastrów, z których każdy miał grubość dwóch ludzkich włosów. Następnie Gill pincetą delikatnie wkładał plastry do wysterylizowanych probówek. Potem Macmiuan umieścił probówki w przeźroczystych plastikowych torebkach i każdą z nich zafoliował. Po każdej parafinowej kostce urządzenie przemywano etanolem i zmieniano ostrze. Następnie na zwołanej w pośpiechu konferencji prasowej Gill oświadczył: .
nieorganicznej jest dopiero kosmos. .
- Sprawdzali dokumenty. Wolałem nie sterczeć tylko... jak odjeżdżałem to chyba jeszcze zaglądali do samochodu... Czarny wstał z fotela. Cały sprężony podszedł do Roberta. Skorpion chłodno przyglądał się tej scenie, ale Kobra spuścił wzrok. Nie znosił widoku krwi. - Zaraz. Jego zatrzymali, a ty sobie pojechałeś? - zapytał ściszonym, drżącym głosem. - Fuksem mi się udało. Przyczepili się czy co? Zresztą Cichy nie kazał mi wysiadać z samochodu. Miałem pomóc, a nie... - Robert z trudem wytrzymywał spojrzenie Czarnego. - Chcesz powiedzieć, że kolegę zostawiłeś w gównie, a sam spierdoliłeś? Tym razem Robert nie wytrzymał. Wszystko można mu zarzucić, ale nie tchórzostwo. - Mieliśmy pojechać po zakupy. Po cholerę ten cyrk z samochodami, jakimś towarem, z trefnymi walizkami? - Robert kopnął z wściekłością stojącą na ziemi walizkę. Czarny spojrzał na Skorpiona. Ten wstał z fotela, podszedł do walizki, położył ją na stole i po chwili grzebania przy szyfrowym zamku otworzył wieko. Na dnie leżała para starych narciarskich butów. W jednej chwili opadło z Roberta całe napięcie. Rozpiął koszulę, żeby ją zdjąć i oddać. - Rzeczy możesz zatrzymać - odezwał się Czarny - są przepocone, a tu nikt tego nie będzie prał. Robert podniósł z ziemi kurtkę. Czarny wyciągnął z kieszeni plik banknotów i przeliczył je. Spojrzał na Roberta, dorzucił jeszcze dwa. - Twoja działka - podał mu pieniądze. - To za dużo - bronił się Robert. - To zaliczka. Weźmiesz mój motocykl i porozwozisz jutro parę listów na mieście. Kobra wstał z kanapy. Zgarnął ze stołu plik leżących kopert i wcisnął je Robertowi pod rękę. - Ale ja... - niepewnie zaczął Robert. - Nawaliłeś bracie, ale daję ci jeszcze jedną szansę - skończył rozmowę Czarny. Opierając się dłużej można było tylko dostać w mordę, więc Robert odwrócił się i ruszył do wyjścia. Czarny spojrzał na Kobrę i Skorpiona. Uśmiechnął się. Robert zniknął w drzwiach. Czarny stał spoglądając w okno. Robert zszedł po schodach przed dom. Stanął obok nowiutkiego motocykla marki Kawasaki ZX 100. Z bocznych drzwi prowadzących do kuchni wyszedł Cichy, a za nim Biedrona. Podeszli do Czarnego. - Na granicy jesteśmy spaleni - chłodno stwierdził Cichy. - Ten mały, to nasza duża szansa - Czarny obserwował jak Robert zakłada kask na głowę i siada na motocykl. - Znam go cztery lata. On na ten numer nie pójdzie - zaprzeczył Cichy. Czarny znał się na ludziach. Uśmiechnął się do niego serdecznie. - Pójdzie - zawyrokował. Robert przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik odpalił po pierwszym dotknięciu. Jego szum przyprawiał o dreszcze. Sto czterdzieści koni mechanicznych czekało, aż Robert wciśnie nogą pierwszy bieg. Swąd gumy i dym wydobył się z pod tylnego koła, po tym jak Robert przekręcił rączkę gazu. Tylko cud i wrodzony refleks pozwolił mu zmieścić się w otwartej bramie prowadzącej na leśną drogę. Położył się w zakręcie na lewy bok, dodał gazu i wyszedł na prostą. Po stu metrach wiedział, że jest zrośnięty z motocyklem w jeden organizm. Już nic nie mogło ich rozłączyć. .
kot.000 .
W publicystyce kreuje się model związku partnerskiego opartego na więzi uczuciowej, erotycznej, z umiejętnością dialogu i współpracy. Mówi się też o potrzebie rozwoju osobowości partnerów w związku, wspólnocie zainteresowań iłp. Kreowanie danego modelu (zmiennego w poszczególnych fazach kultury) nie jest wymysłem, wyraża pewną prawidłowość i zapotrzebowanie społeczne. Przyjrzyjmy się np. modelom związku w okresie zaborów, w okresie międzywojennym Ś inne były w nich role kobiece i męskie, inne cnoty idealnej żony czy męża. Można nawet powiedzieć, że współcześnie kreowane modele mocniej akcentują miłość i więź erotycznopartnerską. Nie oznacza to jednak, że lansowany model jest jedynym funkcjonującym i stanowi cel dążeń wszystkich związków. Są ludzie szczęśliwi w związku odbiegającym od tego modelu. Istnieją u nas związki patriarchalne, matriarchalne, łączące się ze względu na wspólnotę interesów, nastawione jedynie na dziecko, związki z rozsądku, złączone światopoglądem, z duża różnicą wieku, z niedoborem seksualnym, czy nawet bez współżycia, w których partnerzy czują się szczęśliwi i nie odczuwają potrzeby zmian. Można dyskutować, czy są to związki dojrzałe czy niedojrzałe, można szukać mechanizmów doboru partnerów - określać szansę na przyszłość, krytycznie oceniać w niektórych minimalizm, a w innych maksymalizm. Nie zmienia to faktu, że ludzie tworzą związki odmienne od kreowanego modelu i że jest im w nich dobrze. Również miłość nie ma patentu na więź partnerską, może bowiem powstać i pogłębiać się w związkach nietypowych. Znając różne typy związków, 18 osobiście opowiadam się za partnerskim, opartym na miłości, fascynacji erotycznej i wspólnym świecie wartości. Osobnego omówienia wymagają związki powstałe w wyniku określonych oczekiwań, które bulwersują otoczenie i rodzą niepokój co do ich normalności. Otóż są osoby nie czujące potrzeby partnerstwa psychicznego czy wspólnoty psychicznej, zależy im natomiast na fascynacji erotycznej wynikającej z samczości, samiczości drugiej osoby. Zwykle dominują w nich; głębsza wrażliwość zmysłowa, naturalny zapach, potrzeba męskiej zdobywczości, połączona z pewną nawet brutalnością, potrzeba kobiecej uległości i oddania, potrzeba wywoływania zainteresowania swoją budową. Partnerzy należą do dwu oddzielnych światów psychicznych, ale fascynuje ich odmienność zmysłowa płci partnera. Padają niekiedy zwierzenia typu: ,,Odpowiada mi jego pewna brutalność w zdobywaniu mnie, jego owłosiona klatka piersiowa, zapach skóry". Z chwilą gdy partner usiłuje przejść na poziom więzi i wspólnoty psychicznej, zaczyna tracić swój urok. Tego typu związki samczosamicze bywają trwałe, udane i szczęśliwe, nie są jednak jednorodne. Do najczęstszych typów można zaliczyć: Związki między osobowościami prymitywnymi. Każde z partnerów żyje we własnym świecie, niedostępnym lub obcym drugiej osobie. Dominuje więź zmysłowoseksualna. Związki między partnerami z bardzo bogatą i Jakby samowystarczalną osobowością. Partnerzy żyją w swych bogatych zamkniętych światach odmiennych zainteresowań, wartości. Realizują siebie w sposób twórczy. Związek tego typu jest dla nich jakby innym światem, relaksem, mają potrzebę przechodzenia ze świata intelektu, wyobraźni do świata bodźców zmysłowych, konkretnych, mocno wyrażanych. Czują w sobie jakby obecność, współistnienie dwu natur, które akceptują. Istnieje tu zatem partnerstwo na określonym poziomie. Związki nierówne, np. partner z bogatym światem wewnętrznym, intelektualnym, estetycznym, stale rozwijający się i bogacący swą osobowość dobrze czuje się z partnerem zmysłowym, działającym seksualnie, we współżyciu z którym przechodzi się jakby na inny poziom kontaktu. Może on dopełniać osobowość lub wyrażać jej inną naturę. Druga osoba może nie dorastać poziomem intelektualnym, ale stanowi konieczne i upragnione uzupełnienie. Jeden ze znamienitych naszych naukowców powiedział mi kiedyś z rozbrajającą szczerością: "Dzięki niej wypoczywam, relaksuję się, zwalniam się z myślenia na wysokich obrotach, kocham ją za to, że jest taka nieskomplikowana, zwierzęco naturalna". Związek ten jest udany po 20 latach trwania, mimo że jego świat jest dla niej absolutnie niedostępny i obcy. Znajomi natomiast współczują mu i zdziwieni pytają, "co on w niej widział?". 2 19 W tego typu związkach istnieje jakby polaryzacja osobowości - zjawisko nie tak znów rzadkie. Zauważmy, że bardzo często powstają związki z partnerem nie będącym w typie, czyli źródłem zainteresowań i fascynacji staje się odmienność. Znany to mechanizm w typowych romansach i przygodach. W takich związkach odmienność jest właśnie ich źródłem powstania, fascynacji i trwałości. Często związki takie bywają przez osoby postronne określane jako nienormalne, chyba zboczone lub też będące efektem uwiedzenia naiwnej osoby. Oczywiście, że trafiają się przypadki wyprowadzenia w pole partnera, który nawet nie przypuszcza, co kryje w sobie osobowość współpartnera, jego przeszłość, że operował on doskonałą techniką udawania, stwarzania pozorów i zdobywania. Wiele jednak związków nietypowych dla otoczenia powstaje z autentycznej potrzeby psychicznej inności partnera i z pragnienia stworzenia więzi samczosamiczej. Jest jeszcze inny mechanizm, o którym warto wspomnieć. Wiele osób z czasem gubi swoją płciowość, kobiecość czy męskość, stając się osobą aseksualną. Przebywanie w środowisku ludzi snobizujących się na inłelekłualizm lub akcentujących własny rozwój intelektualny czy zawodowy sprawia, że widzi się w nich przede wszystkim mózg, zawód, pracę, a nie płeć, erotyzm, których się pozbawili. Są to często idealni koledzy i współpracownicy, ale aseksualni. Stąd poszukiwanie i oczekiwanie skrajnej odmienności, w której płciowość i erotyzm są bujne, autentyczne, żywe. Kto wie, czy ten ostatni mechanizm nie jest najistotniejszy w motywacji powstawania tych nietypowych związków. Sam często stwierdzam, że wiele osób rozwija swoją osobowość nierównomiernie, z przeakcentowywaniem roli intelektu, fachowości, a z niedoborem rozwoju uczuciowości, wdzięku, męskościkobiecości. .
- Very nice - przenosi wzrok z murowanego domu na budynki obejścia. .
- A człowiek, który już raz stanął u tej granicy, nie może wiedzieć, kiedy znów przy niej stanąć -może. .
Rodzic uznaje za zalete. Przyjazn jest w niej widziana jako .
Dominika rzuciła okiem na kredens - był z ciemnego .
popłynęły głosy chóru rewelersów. Zdyszany Mike opadł na oparcie fotela, z wyraźnym wzruszeniem wsłuchując się w słowa piosenki. .
.
powinienem nadal powtarzać mantrę, nawet jeżeli oddech zatrzymał .
- A to dlaczego? .
potomkami rodzin, które były pierwszymi w Europie, 800 lub 1000 .
- Do usług. - W ironicznym uśmiechu błysnęły zęby. Przez chwilę myślałem, że to pani będzie do moich usług. AMANDA QU/CK - Więc to Flood był dla pana źródłem informacji - zwróciła się Madeline, zwracając się do Kestona. - Jednym z wielu. - Wzruszył ramionami. -1 tylko w ostatnich dniach. Większość zebrałem w tawernach, a niektóre uzyskałem od mojego przyrodniego brata. - Pozwolił się pan wykorzystać - stwierdziła Madeline, patrząc z niechęcią na Flooda. - Nie uważa pan, że jest to z pana strony ryzykowny krok? .
się w świętej nagonce przeciw temu .
Upewniwszy się, że aktywna jest grupa AKCESORIA=ACCESSORlES, uruchamiamy kalkulator, podwójnie klikając: ikone .
wiem, czego oni nie powiedz±. Cóż z nasz± wełn±? .
- Może pan sobie być, do cholery, samym Churchillem, mimo to schodzi pan pod ziemię - odpowiedział policjant. - W porządku, poddaję się. Wysiedli i Craig zamknął kluczykiem drzwi. Dołączyli do wielobarwnego tłumu zdążającego ulicą do wejścia na stację. Stanęli w kolejce ludzi zjeżdżających dwoma ciągami ruchomych schodów i przejściem dostali się do właściwego tunelu kolejki. Perony pełne były siedzących, otulonych kocami ludzi, otoczonych tobołami i najpotrzebniejszymi rzeczami do spędzenia nocy w takich warunkach. Gdy nachylili się, aby lepiej widzieć, ktoś krzyknął ostrzegawczo. Rzucili się na boki. W tej chwili ściana runęła na ulicę. Pył opadł i wstali na nogi. - Zejść tam to szaleństwo - odezwał się jeden z mężczyzn. Nastała chwila milczenia. Craig włożył swoją czapkę do kieszeni kurtki, którą następnie podał Genevieve. - Jezu, dostałem ten mundur ledwo dwa dni temu. - Położył się na brzuchu i wślizgnął w otwór nad schodami. Wszyscy czekali. Po chwili usłyszeli płacz dziecka. Pojawiły się ręce Craiga niosące niemowlę. Genevieve podbiegła by je od niego odebrać i wycofała się na środek ulicy. Zaraz potem około pięcioletni, mocno ubrudzony chłopiec wyczołgał się na zewnątrz. Stanął oszołomiony, gdy za nim wynurzył się Craig i wziąwszy chłopca za rękę ruszył w kierunku stojących na środku ulicy Genevieve i cywila. Ktoś krzyknął ostrzegawczo. Deszcz cegieł z kolejnej padającej ściany całkowicie zakrył wejście. - Niech mnie licho, miałeś pan dużo szczęścia - powiedział cywil. Przyklęknął na jedno kolano, aby pocieszyć płaczące dziecko. - Został tam ktoś jeszcze? - Kobieta. Niestety, nie żyje. - Craigowi udało się znaleźć papierosa. Zapalił go, zmęczony, i uśmiechnął się do Genevieve. - Nie ma to jak ta wspaniała wojna. Tak zwykle mówię, panno Trevaunce. A jakich słów pani najczęściej używa? - Pański mundur - odpowiedziała tuląc dziecko. - Nie jest z nim tak źle. Powinien go pan dobrze wyczyścić. - Czy ktoś kiedyś powiedział pani, że jest świetną pocieszycielką? Gdy później jechali samochodem, ponownie poczuła się zmęczona. Bomby padały teraz dość daleko, ale i ten teren odczuł skutki nalotu. Pod kołami chrzęściło rozbite szkło. Zobaczyła tabliczkę z nazwą ulicy: Haston Place. Craig zatrzymał auto przed domem z tarasem w stylu Jerzego I, oznaczonym numerem 10. - Gdzie jesteśmy? - spytała. .
- Wcześniej - stwierdził Decker. - Lepiej, żeby wcześniej. Minęły już dwie godziny od momentu, kiedy Beth zbiegła po zboczu i wsiadła do tego samochodu. Do tej pory już może być w Albuquerque. Do diabła, jeśli pojechała prosto na lotnisko, może już lecieć samolotem w dowolnym kierunku. .
- Jest tu - rzekł siadając, a łóżko skrzypnęło pod nim głośno. - Ale ja nie chcę tego listu z powrotem! - zawołała Arietta, przysówając się znów o kilka kroków. - Miałeś przecież zostawić go tam, u nich... Dlaczego przyniosłeś ten list z powrotem? Chłopiec obracał kartkę w swych palcach. .
- A czemu nie miałaby tego robić? Kiedyś nawet się z nią spotkałem. W tej dziedzinie ma całkiem niezłą reputację. W zasadzie naukowcy nie mają nic przeciwko temu, aby inni powtarzali ich badania, tak na wszelki wypadek. Więc jeżeli ktoś pragnie przyjrzeć się wynikom naszych badań, nie sprzeciwiamy się. Wymaga to sporo wysiłku, zwłaszcza jeżeli chce się przeprowadzać badania STR. Ich wykonanie w innym laboratorium byłoby bardzo trudne, ponieważ niewiele z nich posiada takie doświadczenia. Takich laboratoriów jest jeszcze może jedno, czy dwa. Proszę nie zapominać, że doktor Hagelberg, niezależnie od nas, już powtórzyła te badania w swoim laboratorium i potwierdziła ich wyniki. Więc laboratorium MaryDaire Kinę będzie nam trzecim, które to zrobi.. .
- To nie ja domagałem się opium - odparł wyzywająco - inni nalegali, bym je zażył. .
Peter O'Neill zaangażował go dlatego, że w scenariuszu była mówiąca czystym akcentem angielskim. ad i Jeff usiedli na taboretach po lewej stronie Boba. Taboret tj strony był również wolny. Raymond uprzejmie zapytał, czy D zająć. - ardzo proszę - burknął Bob, którego grzeczność Raya trochę .
I znowu szedł z pawilonu do pawilonu i z sali do sali - przez to piekło .
- Rzeknij, matka, co ostało, bo wielmożnemu panu spieszno. .
- Dokładnie to co powiem, majorze. Mamy za zadanie jak najszybciej przerzucić pana, tę młodą damę i Fregattenkapitana na ziemie okupowane przez siły zbrojne Rzeszy. - Naprawdę? Chyba nie będzie to dla was takie proste. .
- Powiedział, że da nauczkę kutrowi E i że zanim skończy, Hare z Osbournem przekonają się, kto jest prawdziwym bohaterem. Powiedział też, że pan będzie mu za to wdzięczny. - On jest chyba niespełna rozumu - zdumiał się Munro. .
Należałożby budować istoty mające na oku podobne .
(fr.Khmer Rouge) - pod taka nazwa partia zyskala uznanie - przyciagneli .
- Obawiam się, czy pani nie przestraszyłem. Wyciągnęła doń obydwie ręce. - Drogi, czyż nie jesteśmy już o tyle przyjaciółmi byś mi mógł trochę zaufać? Co się stało? - Przykrość zupełnie osobista. Nie widzę powodu dlaczego miałaby się pani tym kłopotać. - Posłuchaj - mówiła dalej, ujmując jego rękę w obydwie swoje dłonie, by powstrzymać jej konwul-syjne drżenie. - Nie próbowałam się wdzierać w rzeczy nie swoje. Ale teraz, gdy z własnej swej woli obdarzyłeś mnie zaufaniem, czy nie zechcesz dodać jeszcze trochę i mówić ze mną jak z siostrą? Zachowaj maskę na twej twarzy, jeśli to ci daje jakąś pociechę, ale nie noś maski na duszy ze względu na siebie samego. Jeszcze niżej zwiesił głowę. .
- Ach, prawda. Przecież jest tylko dziewięć. .
- Zabraniam ci go o to pytać, Fred. Żebyś mi się nie ośmielił. To wcale nie jest przyjemne, przypominać sobie o takich rzeczach w pierwszym dniu szkoły. - No już dobrze, mamo, nie denerwuj się. Rozległ się gwizdek. - Szybko! - zawołała matka i trzej chłopcy wsiedli do wagonu. Wychylili się przez okno, nadstawiając policzki do pocałowania, a dziewczynka zaczęła płakać. - Nie płacz, Ginny, wyślemy ci mnóstwo sów. .
1.Przycisku RESET (lub CTRL+ALT+DEL) używamy tylko w przypadku, gdy zawio dą wszystkie inne znane nam sposoby wyjścia z sytuacji "zawieszenia" komputera. .
- Mów poważnie, bo cię kopnę! .
.
- Zdumiewające. No, teraz nie odda na pewno. Czekajcie, pozwólcie mi pomyśleć... - Widzisz, mówiłam, że on jest inteligentny! - ucieszyła się Alicja. Marek przyglądał nam się przez chwilę w zamyśleniu. - Wygląda na to, że należy szukać tego kogoś jednego, komu nieboszczyk nic nie był winien. Jeżeli taki istnieje... - Istnieje, Witold - powiedziałam. - Jest na urlopie, wraca jutro... - Odpada. Nikt więcej? .
Idea anarchokomunizmu jest antydemokratyczna, antypanstwowa. Wolnosciowa edukacja mas musi byc powszechna. Samoksztalcenie jest niewystarczajace. Co jest tu bardzo potrzebne, to dokladna i masowa organizacja anarchistyczna, by zdac sobie sprawe, ze potrzebna jest praca w dwoch kierunkach: z jednej strony w kierunku krzewienia wsrod mas robotniczych i chlopskich idei libertarianskiego komunizmu; z drugiej w kierunku organizowania wspolnej produkcji i konsumpcji robotnikow i chlopow (robotnicy i chlopi zorganizowani wokol produkcji; wspolpraca robotnikow i wolnych chlopow; robotnicy i chlopi, zorganizowani na bazie wspolnej produkcji i konsumpcji, beda pierwsza sila rewolucji spolecznej). .
- powierzchowność, wygląd zewnętrzny, ciało .
pisania opowiadania pod tytułem Cmentarz; opowiadanie to zacząłem dwa lata .
- Mogłem wyjść - przyznaje biskup Grzegorz. - Być może nawet należało tak postąpić, ale w tamtych okolicznościach uważałem, że nie mam wyboru. Gdy dziecko na świat może przyjść z nieprawego łoża, na duchownym spoczywa wielka odpowiedzialność. Zaraz po ślubie kobieta pojechała do szpitala Manhaset i urodziła córkę. Wiele lat później dziecko to napisało do biskupa Grzegorza, prosząc o pomoc w odnalezieniu ojca. .
.
- Dzięki Bogu. Przykra byłaby dla mnie myśl, że jestem odpowiedzialna za pana kontuzję. .
- Ja gadałem głupstwa! - wykrzykn±ł Zaj±czkowski przyskakuj±c z pasj± do .
Istnieją również dwie inne - oprócz „dowodów miłości" - po .
- Artemisie, czy pan źle się czuje? .
- Tak. .
- Ot, kłopot serdeczny - powiedział wówczas do brata. .
- Ja, my jedziemy w góry - spojrzał na Cleo. Miała zmrużone oczy i nie mogła spojrzeć na niego pod słońce. Skorpion nalał sobie szampana z otwartej butelki i wzniósł toast: - No to krzyż na drogę - ale nie był to żart. On nie miał z nimi jechać. Wiedział, że jest na wylocie. Czarny przestał tolerować jego nałóg narkotykowy. Przynajmniej raz w roku można zobaczyć jak niebo w czasie zachodu słońca zapala się wszystkimi kolorami tęczy. Tego wieczoru właśnie tak było. Słońce zza horyzontu oświetlało postrzępione chmury od dołu. Ciemne sylwetki ludzi spacerowały na tle pomarańczo, zieleni, błękitu. Marynarze mówią, że zbliża się sztorm, a wróżbici, że nieszczęścia. Iwona i Cleo wybrały się na spacer. Chłopcy zostali w hotelu. - Boję się, że to wszystko się skończy - zwierzała się Iwona. - Obudzę się pewnego dnia, a jego już nie będzie. - Załóżmy że go kochasz. I co z tego - pytała Cleo. - A co może być? Chcę, żeby się ze mną ożenił- .
notatnik, na widocznym miejscu. My, lekarze, jesteśmy pedantami. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- W kwietniu trzydziestego dziewiątego przyjechałem na wakacje do domu. To znaczy do Bostonu. Znajomy powiedział mi o tym cyklu wykładów, jakie pan dawał w Harvardzie. Teoretycznie o literaturze niemieckiej, ale przesiąknięte polityką i w duchu antynazistowskim. Poszedłem na cztery z nich. - Był pan tam, gdy wybuchły zamieszki? .
Potem jeszcze obejrzeli kanapę i łóżko. Łóżko zajmowało sporo miejsca w wozie. Było zasłane dużymi, pękatymi pierzynami. Z boku opierał się o ścianę stolik, nakryty wzorzystym obrusem. Na obrusie były wyhaftowane balony, szybujące w chmurach. To było bardzo piękne, bo balony były różowe, a chmury także były różowe. Poza tym na stoliku stał jeszcze gliniany wazon z kwiatami. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
żyły płucne, żyły oskrzelowe i naczynia chłonne. Płuco jest okryte błoną surowiczą zwaną opłucną płucną, która na powierzchni śródpiersiowej otacza korzeń płuca i przechodzi bezpośrednio w opłucną ścienną wyścielającą jamę opłucnej. W zależności od ściany, którą pokrywa opłucna ścienna nosi nazwę opłucnej przeponowej żebrowej i śródpiersiowej. Ta część opłucnej, która pokrywa szczyt płuca, nazywa się osklepkiem płuca. Płuco nie wypełnia całkowicie jamy opłucnowej i w dolnej jej części pozostają przestrzenie, które stanowią przestrzenie zapasowe umożliwiające rozszerzanie się płuc przy głębokim wdechu. Płuca posiadają podwójny układ krążenia: .
wizjami .
3) pomijanie linii lub odczytywanie jej ponownie; .
- Okazało się w sumie, że to nie transformatory. Dziś w nocy .
- Posłuchaj, Jaśku, co mam ci do powiedzenia. Nawet ślepy wie, kiedy przyjdzie jego godzina. A mnie ona wybiła w Krużewnikach nad samym uchem i wiedział ja, że nie ma co z zegarem historii nawet o pięć minut targować sia, bo on nie dla mnie jednego czas wyznaczył .
Posuwali się powoli stojąc w rzędzie samochodów czekających na wjazd do Polski. Przejście graniczne w Kołbaskowie nie jest szczytem elegancji ani dobrej organizacji. Formalnie należy do Niemców. Ponieważ sto metrów obok rozpoczęto budowę nowego przejścia, więc stare porzucone i nie konserwowane umierało śmiercią naturalną. Ogólny nastrój apatii udzielał się również straży granicznej. Kontrolowali tylko niektóre samochody, a i to bez szczególnego entuzjazmu. Celnicy snuli się między blaszanymi barakami pamiętającymi jeszcze wczesne lata siedemdziesiąte. Raz po raz spoglądali na zegarki. Był wczesny wieczór i do końca zmiany pozostawało jeszcze sześć godzin. Robert wyłączył radio. Spojrzał przez przednią szybę. Żołnierz z ochrony pogranicza ruchem ręki nakazał Biedronie podjechać na wysokość blaszanego baraku. Robert podjechał Mercedesem w ślad za nimi. Stanął jednak dobrych pięć metrów w tyle. Biedrona wysiadł z samochodu i podszedł z celnikiem do bagażnika. Cichy stanął obok żołnierza, który sprawdzał paszporty. Spojrzał w stronę Roberta i mrugnął porozumiewawczo. Z baraku wyszło dwóch żołnierzy uzbrojonych w pistolety maszynowe. Jeden z nich pchnął Biedronę na klapę bagażnika zanim ten zdążył ją jeszcze otworzyć. Drugi chwycił Cichego za nadgarstek i skuł kajdankami. Nawet nie zdążył się odwrócić. Nie miał zresztą po co. Drugi żołnierz pochwycił jego rękę i wykręcił do tyłu, tak że chrząstka trzasnęła w łokciu. - "Wiedziałem" - przemknęło Robertowi przez myśl. Ale w tym momencie przed maskę Mercedesa wszedł celnik. Spojrzał na tablicę rejestracyjną, potem na Roberta. Obejrzał się za siebie, żołnierze odprowadzali Cichego i Biedronę do baraku. Celnik obszedł samochód i stanął przy drzwiach. - Kontrola celna. Poproszę dokumenty samochodu, paszport, prawo jazdy. Robert wygrzebał dokumenty z półki koło radia i podał je celnikowi. - Do kogo należy samochód? - Przyjaciel matki pożyczył, żebym skoczył do domu na dwa dni. Pojutrze wracam. - Nazwisko właściciela? - Tam pisze - odparł. Celnik podniósł wzrok na Roberta. Przez chwilę wpatrywał się prosto w oczy. - Mówi się, jest napisane. Nie uczyli w szkole? Czy zgłasza pan jakieś towary do oclenia? - Nic takiego nie mam. - Czy przewozi pan w samochodzie rzeczy, które nie należą do pana? Robert zawahał się. - Nie. Celnik przyglądał się Robertowi. - Proszę zjechać na bok i otworzyć bagażnik. Wskazał palcem wolne pobocze obok dużej ciężarówki Volvo stojącej na poboczu. Zabrał dokumenty i odszedł do baraku. Robert miał kłopoty, żeby drżącą ręką uchwycić kluczyki w stacyjce. Zjechał na wskazane miejsce, zatrzymał samochód, wyłączył silnik. W baraku za metalową żaluzją Cichy i Biedrona coś tłumaczyli straży granicznej. Biedrona najwyraźniej był w dobrym nastroju. Kpił sobie z żołnierza, bo ten, poczerwieniał na twarzy. Poderwał się do niego z pięściami, ale w porę wyhamował i nie doszło do rękoczynów. Cichy spojrzał przez okno i dostrzegł Roberta w samochodzie. Ich spojrzenia się spotkały. Robert wysiadł z samochodu i przeszedł do kufra bagażnika. Zanim podniósł klapę spojrzał na barak celników. Biedrona tłumaczył coś zawile wymachując rękami. Cichy bezczelnie śmiał się, nic nie robiąc sobie z przedstawienia. Kontrolnie spojrzał w okno. Dostrzegł Roberta otwierającego klapę bagażnika i jego twarz spoważniała. Robert pochylił się nad walizką i nacisnął równocześnie zamki po obu stronach. Nie odpuściły. Powtórzył mocniej, ale bezskutecznie. Spojrzał na barak. W oknie obok Cichego i Biedrony pojawił się celnik z dokumentami w ręku. Otworzył paszport, wystukał numery na klawiaturze komputera. Spojrzał w okno. Robert szarpnął leżącą na wierzchu walizkę. Była ciężka. Nie pamiętał aby tu leżała, gdy Cichy przepakowywał swoje rzeczy z toreb. Pod nią leżała druga skórzana walizka. Wyciągnął ją na wierzch i szarpnął za zamki. Tym razem odskoczyły posłusznie. Podniósł wieko i znalazł w jej wnętrzu kupione przez Cichego koszule. Wziął pierwszą z wierzchu i rozpakował ją. Celnik wyszedł z blaszaka i skierował się w stronę Mercedesa. Jedynym tematem zaprzątającym jego myśli od dwóch tygodni, był wyjazd na urlop. Wykupił wczasy w miejscowości o wdzięcznej nazwie Swomygace. Zafascynowała go nazwa i obecność szczupaków w pobliskim jeziorze. Wspominając zeszłoroczne połowy podszedł do Mercedesa, a nie widząc kierowcy ruszył w stronę otwartego bagażnika. Robert stał tyłem. Wyglądało na to, że się przebrał. Miał na sobie czarne spodnie i jasną koszulę. - Co to piknik? - złośliwie zapytał celnik. Robert gwałtownie się odwrócił. Nie mógł odpowiedzieć, bo właśnie mył zęby. Skończył szorowanie szczoteczką; wyjął z walizki plastykową butelkę z mineralną wodą. Nie spiesząc się odkręcił ją, nabrał w usta łyk i chwilę płukał po czym splunął na asfalt tuż pod nogi celnika. - Do dziewczyny jadę. Muszę się odświeżyć - posłał celnikowi swój najlepszy uśmiech. Jeszcze raz sięgnął do walizki. Wyjął swoją starą podkoszulkę i starł nią resztki pasty z policzków, wysmarkał nos i odrzucił z powrotem do walizki. - Chce pan przejrzeć co jest wewnątrz? - zapytał celnika. Celnik nie chciał. - Tak wygląda chamstwo, gdy się dorwie do szmalu - mruknął pod nosem. Rzucił paszport do wnętrza walizki, zawrócił w miejscu i odszedł. Robert zamknął bagażnik i siadł za kierownicą. Jak długo sięgnął pamięcią wstecz nigdy nie potrafił się na nikogo wściekać. Można by powiedzieć, że jego zewnętrzna ekspresja miała równie urozmaicony wykres co elektrokardiogram nieboszczyka. Często sam miał do siebie o to pretensje. Tego wieczoru jednak coś w nim pękło. Poczuł się dotknięty do żywego. Zlekceważono go, oszukano, bezwzględnie wykorzystano. Przez moment myślał, że Cichy jest równym kumplem, cwaniakiem, który wplątał się w przemyt, ale jednak kumplem. Pomylił się. Włączył silnik. Spojrzał na okno blaszanego baraku. Cichy patrzył na niego wzrokiem bez wyrazu. Do okna podszedł żołnierz i przekręcił żaluzję. Cichy zniknął. Jadąc do Szczecina złożył sobie święte przyrzeczenie - "Nigdy, nigdy więcej". Nie mógł Mercedesem jeździć nocą po mieście, bo od dziesiątej wieczór policja kontrolowała wszystkie lepsze auta. Nie mógł zaparkować pod domem, bo mógł go ktoś zobaczyć. Przecież nie był Miss Polonią, żeby nagle wygrać Mercedesa. Na ulicy samochód z niemiecką rejestracją postałby może siedem, a może dziesięć minut zanim by go skradli. Pojechał do Czarnego. - Papiery, kluczyki. Te rzeczy też są Cichego - postawił walizki na posadzce. Zdjął skórzaną kurtkę i rzucił obok razem z dokumentami i kluczykami od Mercedesa. - A gdzie Cichy? - spytał Czarny. Płomień na kominku lizał okopcone krawędzie marmurowych kolumn. Czarny siedział w głębokim fotelu. Obok w drugim siedział Skorpion, wyjątkowo przytomny tego wieczoru. Kobra rozłożony na skórzanej kanapie zażerał winogrona. Robert poluźnił krawat, ale nie mógł go do końca rozpiąć., - Został na granicy - odpowiedział niepewnie. Czarny poważnie przyglądał się Robertowi. Był dobrym psychologiem. - Sam został? - spytał. .
znieczulono za pomocą Tony Specjal; jest to trunek stanowiący połączenie .
- Tak, to był nasz jedyny, młodszy brat... Przypuszczam, że właśnie dlatego... - Pani May zamyśliła się na chwilę i znów uśmiechnęła do siebie - tak, chyba właśnie dlatego miał takie różne dziwne pomysły i lubił opowiadać niestworzone historie. Zazdrościł nam pewno, że jesteśmy od niego starsze i że umiemy czytać lepiej niż on. A może jeszcze i dlatego - pani May patrzyła przed siebie zamyślona - że byliśmy wychowani w Indiach, w kraju tajemnic, legend i czarów. Było w nim coś... coś, co kazało nam wierzyć, że on widzi takie rzeczy, jakich nikt inny nie widzi. Czasem domyślałyśmy się, że on żartuje sobie z nas, ale czasem, no, nie byłyśmy tego takie pewne... Pani May schyliła się i z właściwym sobie zamiłowaniem .
jest śmiała idea. .
Górnicy odkręcili dwanaście śrub, podnieśli na łańcuchu nakrycie, odsunęli, teraz jęli szybko majstrować koło łożysk. Inżynier przeniósł oczy ze stopera na łożyska. Ujrzał, że mosiężne skrzydła były wytarte i jakby zużyte po krańcach. .
zachęcać w każdy sposób prywatne przedsięwzięcia. Pragniemy .
to poklepywaniem - nieświadomego niebezpieczeństwa rozmówcę. Był .
nieobecność rodzeństwa Bandrowskich i Hackbeilówny przedłużała się, zwrócono na to wreszcie - p o c z t e r e c h d n i a c h - uwagę w Zakopanem, w pensjonacie, w którym mieszkali, i dano znać do Pogotowia. Cóż, kiedy kierownictwo pensjonatu nie umiało powiedzieć nic więcej, prócz tego, że owi turyści wyszli w góry 23 lipca na j e d n o d n i o w ą wycieczkę i dotychczas jeszcze nie wrócili. Zdumiewająca doprawdy obojętność i bezmyślność! Doświadczony ratownik, jakim był Zaruski nie mógł mieć żadnych wątpliwości, że tylko jakiś poważny wypadek spowodował tak długą nieobecność ludzi, których ekwipunek i zapasy obliczone były na kilkunastogodzinną zaledwie wycieczkę. Gdzież jednak miał skierować wyprawę ratunkową, nie mając żadnych danych. co do trasy obranej przez grupę Bandrowskiego? Widać z tego, jak ważną sprawą jest pozostawienie w pensjonacie i w schroniskach dokładnych informacji o projektowanym szlaku wycieczki turystycznej czy taternickiej. Gdyby ów pensjonat podniósł alarm: we właściwym czasie - tj. już na drugi dzień po wyjściu Bandrowskich - jest więcej niż prawdopodobne, że udałoby się ocalić całą trójkę. Od wczesnego ranka 27 lipca ekipa ratunkowa była przygotowana do wymarszu. Zaruski próbował tymczasem natrafić na jakiś ślad zaginionych, wypytując turystów, którzy w ostatnich dniach byli w górach, telefonując do schronisk po polskiej i słowackiej (ówczesnej węgierskiej) stronie. Wreszcie w godzinach popołudniowych - a więc w momencie gdy Bandrowski już nie żył - udało się Zaruskiemu ustalić, że poszukiwani turyści mieli zamiar wyjść na Granaty i wrócić tego samego dnia do Zakopanego. Masyw Granatów jest rozległy, rozłożysty, wiele w nim możliwości zabłądzenia, wiele stromych ścian i podciętych żlebów. Jednakże pierwszą myślą Zaruskiego był "komin Drege'a", miejsce, które bardziej niż jakiekolwiek inne tworzy naturalną pułapkę górską dla niedoświadczonych. Było już blisko siódmej wieczór, gdy wyprawa Pogotowia dotarła do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Tam, w miejscu skąd najlepiej widać ściany Granatów, zatrzymano się i poszły w ruch lornetki. Długi czas lornetowanie nie dawało wyniku. Choć słońce oświetlało jeszcze szczyty, w niższych partiach panował już mrok. Kominy i żleby tonęły w wieczornym zmierzchu. Trudno w takim oświetleniu odróżnić od skalistego i trawiastego otoczenia drobny, nieruchomy punkcik, jaki tworzy ciało człowieka w ścianie. Już ekspedycja miała ruszyć dalej, gdy przewodnik Staszek Gąsienica-Byrcyn dostrzegł postać ludzką na platformie w połowie wysokości "komina Drege'a". Po chwili zobaczył ją Zaruski i inni. W pozycji półsiedzącej, z nogami wiszącymi w powietrzu, jedną ręką wspierała się o ściankę komina, wykonując niezrozumiałe dla ratowników ruchy w tył i naprzód. Wiemy już, że te wahadłowe ruchy ułatwiały Marii Bandrowskiej - bo ona to była - ześlizgiwanie się po płycie skalnej ku przepaści. Po pięciu dniach daremnego wyczekiwania pomocy, po utracie towarzyszki, po dokonanym na jej oczach samobójstwie brata - znajdowała się u kresu odporności nerwowej. Otchłań, w której leżały potrzaskane zwłoki, ciągnęła ku sobie z niezwalczoną siłą. Teraz już połową ciała zawisła nad przepaścią. Jeszcze ułamki sekund i ściany Granatów pochłoną nową ofiarę... Zaruski przyłożył do ust trąbkę sygnałową ((7)), zatrąbił kilkakrotnie, a potem krzyknął wolno i dobitnie: - Czekać spokojnie! Idziemy! .
- Dobrze wiesz, gdzie jestem. .
tylko w kontakcie z nami, inaczej w ogóle nie używa ciała. Je, .
- Dzień dobry - powiedziała grzecznie i dygnęła. - Przepraszam bardzo, czy tu może mieszka pani Wiśniewska? - Nie - odparł uprzejmie pan. - Ja tu mieszkam i z pewnością nie jestem panią Wiśniewską. Nie przeczytaliście listy lokatorów? -Przeczytaliśmy. Ale pani Wiśniewska może być czyjąś siostrą, albo wynajmować pokój u kogoś innego, albo co. I na liście lokatorów może jej nie być. Więc to pomyłka i takich pomyłek popełnimy pewnie więcej, bo jesteśmy do tego zmuszeni. Pan Wolski patrzył jakoś tak, że Janeczka w głębi duszy podziękowała opatrzności za ścisłość Pawełka. Miał chyba jakieś tajemnicze przeczucie, kiedy domagał się ustalenia przyczyny wizyty u pani Wiśniewskiej. Zostawić sprawy bez dokładnego wyjaśnienia w żadnym wypadku nie należało! Nie czekając na pytania, wygłosiła całą zaplanowaną opowieść o książkach, zgubionym adresie i ulicach na O. Pan Wolski słuchał cierpliwie i z wielką uwagą. -Rozumiem. Za pierwszym razem trafiliście źle. Życzę wam powodzenia za następnym. -Dziękujemy bardzo... .
No i cisza. Wysoka próżnia. ~ok~~na• t° nie był PrZ3'' .
Świadomości emanują z niego i każdy, kto się z nim zetknie, może .
przekonaniem zdania godzi się całkowicie ze skromnym .
jak± zawarli¶my dzisiai z Grosglikiem. Ja nie potrzebuję pana oszukiwać Moje .
.
paltoty i kapelusze podróżnych z pierwszej klasy; na przodzie .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
przodków w poczerniałych ramach, uratowane z rozbicia, po tej strasznej .
się nie zdarzy. Musisz zdobyć się na codzienny, zdyscyplinowany .
Brytyjskie Towarzystwo Dysleksji organizuje obozy językowe dla dzieci dyslektycznych na terenie swojego kraju. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
cywilizacja posiada jedną tylko powagę: władzę państwową, której .
8. Jakie są szczegółowe cele działalności PTD? .
obecny jest wszędzie, zamieszkuje zwłaszcza serce ludzkie. Serce .
spoleczenstwo. Im bardziej wzrasta ow bagaz, tym bardziej wymusi .
Z nauką języków jest podobnie. Jest mnóstwo ludzi, którzy latami obiecują sobie, że zabiorą się za angielski czy francuski, i nie robią tego, bo nie wierzą, że coś im wyjdzie. Znam na to dwa sposoby proste i trzeci pracochłonny. Pierwszy: weź obcojęzyczną gazetę i na dowolnej stronie (byle nie z ogłoszeniami) znajdź 100 słów, które rozumiesz. Nie uda Ci się to po grecku czy po węgiersku, ale angielski, niemiecki, włoski, hiszpański, nawet holenderski czy portugalski od razu stanie się bardziej przezroczysty. .
- A to co? .
- Żadnego pogrzebu nie będzie! Kargul zastygł ze słoikiem marynowanych kozaków w ręku. .
- Powiedziałem, że wy ją chyba zawiadomicie. Życie i cała groza życia pojawiły się znów na twarzy Martiniego. - Ja jej to mam powiedzieć?! - wykrzyknął. - Tak samo moglibyście żądać, bym jej nóż wbił w piersi. Och, jakże ja jej mogę powiedzieć... jak mogę? Obie ręce splótł na oczach; nie widząc jednak, poczuł, że przemytnik siedzący obok niego drgnął nagle. Odjął ręce od oczu i spojrzał. W drzwiach stała Gemma. - Cezarze, słyszałeś? - rzekła. - Już po wszystkim. Rozstrzelany. .
- Ale to niemożliwe, dlaczego? Powiedzcie mi, dlaczego? - pytała z irytacją Monika, szarpiąc wszystkich po kolei za rękawy i bezskutecznie domagając się odpowiedzi. Alicja wydawała z siebie radosne kwiki, skacząc po pokoju Włodek, śmiertelnie blady, usiłował ją zatrzymać wykrzykując jakieś wyrzuty pod jej adresem Leszek kiwał się na krześle. - Zbrodniarzem - mamrotał - Kierownik pracowni zbrodniarzem. .
- Nic nie robi tak dobrze, jak głęboki nocny sen - odparł Artemis. Madeline, wbrew postanowieniu, że będzie zachowywać się tak, jak gdyby nic się nie stało, marzyła tylko o tym, by ziemia rozstąpiła się pod jej nogami i pochłonęła ją na zawsze. AMANDA QU/CK - Pan Hunt poinformował mnie o niezwykłych zdarzeniach, óre miały miejsce dzisiejszej nocy - oznajmiłaBemice. - Powiedział ci? .
bez przerwy od grudnia 1981. I rzecz znamienna: do połowy lat osiemdziesiątych ton i treść wypowiedzi wielu .
- Ale oni mi dają to, czego pan nie chce obiecać - oskarżył go Kokeszko. .
łyby się na północ, aby wypierać Niemców z Bułgarii, Rumunii, Węgier, Czechosłowacji i Polski, krajów, które Stalin widział jako powojenną stre- .
Kilku ludzi tutaj przyszło do mnie nie szukając, z samego przypadku; znają jakiegoś przyjaciela, który tu był i pomyśleli: "dobra, pojedziemy i zobaczymy jak tam jest". Przeglądali książki w księgarni i natknęli się na którąś z moich książek, a moje zdjęcie ich przyciągnęło - albo spodobał im się tytuł książki, zaciekawili się i przybyli tutaj. Ale to poszukiwanie jest bardzo, bardzo nieświadome. Nie myślisz, nie medytujesz nad swym życiem, jakie powinno być, czym powinno być, dokąd powinno prowadzić. .
silnie więzi wspólnotowe. Podejmowali decyzje na podstawie tego poczucia więzi. W okresie PRL-u, a ]w .
Zwróćmy uwagę, że pomiędzy nazwą programu a parametrem występuje odstęp (spacja). Po drugie trzeba wiedzieć, jaką dyskietkę formatujemy i w jakim napędzie. Ma to znaczenie, jeśli napęd jest "gęsty", a dyskietka "rzadka" lub odwrotnie (tym drugim .
Istota poczucia niższości polega na zdeformowaniu sygnałów odbieranych od otoczenia w wyniku innego widzenia JA. .
Konopnickiej. Po zakończonych lekcjach szliśmy Alejami Ujazdowskimi i .
Wymiana danych pomiędzy aplikacjami odbywa się za pomocą tak zwanego schowka (angielskie dipboard), zwanego czasem buforem. Załóżmy, że uruchomiliśmy dwie aplikacje: edytor tekstowy i program graficzny. Za pomocą tego drugiego stworzyliśmy rysunek. Możemy teraz cały ten rysunek lub jego fragment skopiować do schowka, następnie "przełączyć się" do edytora i wczytać .
wskazując na mapę, relacjonował możliwości akcji odwetow~•ch. Rozwa-żano zbombardowanie instalacji naftowych na w~•spie Kharg**, głównej bazie przeładunkowej irańskiej ropy, oraz zaminowanie portów, co mo- .
ginekologicznego .
- Proszę pani, jest straszna wojna, krew się leje na frontach, ludzie potracili rodziny i dach nad głową. W tych warunkach chyba tylko idiota mógłby pisać jakieś bzdurne wesołe kawałki... Ja tego nie potrafię. Zaniemówiła, patrzyła na mnie przez chwilę, ale nie dawała za wygraną. - A jednak radzę panu się namyślić. Jest to dla pana ostatnia szansa. - Jaka szansa? - zdetonowałem się troszkę. .
.
W dziesięć sekund później Hagenbach znalazł się w wozie łączności .
postacie w łachmanach; te twarze o wyrazie wiecznej troski i głodu, wychylaj±ce .
cierającego taranu o wadze czterdziestu pięciu tysięcy ton byle co nie .
niedostateczna ilość mleka dostępna. Zatem, całkowita konsumpcja .
Krótka historia UFO .
Dziecko poszerza i pogłębia osobowość swoich rodziców o wiele nowych wymiarów. Ułatwia formowanie postawy dawcy, altruistycznej, przez uczenie bezinteresownej miłości. Objawia własną wartość rodzicielską, wyzwala nowe potrzeby psychiczne, opiekuńcze, pedagogiczne, rozwija poczucie odpowiedzialności, daje poszerzenie granic JA w nieskończony wymiar dalszych pokoleń; stąd uczucie: .
- IdĽ spać - zawołał Borowieeki, pogasił ¶wiatła, zaprowadził go do kuchni i .
W czasie ery Angkor starozytni krolowie wznosili wspaniale swiatynie. .
alkoholizm jest .
- Wiesz, a ja bym tego Bobusia nauczył odrzynać guziki ludziom! - szeptał z drugiej strony Szczypka. .
-No, to nareszcie mamy spokój. I pan Wolski gdzieś tu jest, wcale nie utopiony. Zaraz go znajdziemy. Chaber...! Z ciemności wyłonił się pies. Nie czekał na pytania i polecenia, od razu zawrócił, doprowadził do wejścia, tknął nosem zamknięte drzwi pawilonu i wystawił zwierzynę. Bartek bez słowa zdjął z ramienia swoją parcianą torbę. - A już myślałem, że niepotrzebnie po to leciałeś - wyznał Pawełek. - Zaczynałem żałować, że nie mamy pontonu... Janeczka, czujnie wpatrzona w psa, objęła komendę. .
zewnętrznej podłużnej i wewnętrznej okrężnej. W jelicie czczym i krętym odbywa się wchłanianie strawionych części pokarmowych. Tłuszcze są wchłaniane do układu chłonnego przez naczynia chłonne kosmków, przechodzą następnie przez sieci naczyń chłonnych błony śluzowej i podśluzowej, dochodzą do naczyń i węzłów chłonnych leżących w krezce, a więc już poza jelitem. Ostatecznie tłuszcz dostaje się do zbiornika mleczu a stąd przez przewód piersiowy do układu żylnego. Chłonka zawierająca kuleczki tłuszczu w postaci zawiesiny jest podobna do mleka, stąd nazwa tej właśnie chłonki płynącej z przewodu pokarmowego - mlecz. Białka i cukry są wchłaniane do naczyń krwionośnych kosmków jelitowych i transportowane do wątroby. Główny proces wchłaniania odbywa się w jelicie czczym, stąd są w nim gęste i wysokie fałdy, błony śluzowej i liczne kosmki. W miarę przesuwania się treści pokarmowej staje się ona coraz bardziej uboga w składniki odżywcze, stąd w jelicie krętym, a zwłaszcza w dolnych jego odcinkach, niskie i rzadkie fałdy błony śluzowej, i coraz mniej liczne kosmki. Skurcz mięśniówki w ścianie jelita wywołuje fale perystaltyczne, które przesuwają treść pokarmową w kierunku jelita grubego. Jelito cienkie jest bogato unaczynione. Jelito czcze i kręte są umocowane na krezce, czyli podwójnym fałdzie otrzewnowym, który swoją nasadą czyli korzeniem przyrasta do tylnej ściany jamy brzusznej, a drugim przyczepem dochodzi do ściany jelita. Nasada ma długości około 20 cm, a brzeg jelitowy około 5 metrów, jest więc bardzo pofałdowany, co przypomina kołnierz hiszpański zwany krezką stąd nazwa krezka. W krezce biegną do jelita naczynia krwionośne i tętnicze, rozgałęzienia tętnicy krezkowej górnej, z jelita odpływają żyły tworzące następnie żyłę krezkową górną i naczynia chłonne. Do jelita dochodzą nerwy układu autonomicznego, które unerwiają błonę mięsną i gruczoły. W krezce znajduje się ponadto tkanka łączna, która otacza naczynia i nerwy,oraz zmienia ilość tkanki tłuszczowej. Jelito czcze zajmuje środkową część jamy brzusznej, w jej dolnej części, jelito kręte leży niżej, częściowo na prawym talerzu biodrowym, stąd też druga nazwa tego odcinka jelita, jelito biodrowe. Jelito kręte uchodzi do jelita grubego ujściem krętniczo_kątniczym, zaopatrzonym w zastawkę krętniczo_kątniczą zwaną również zastawką Bauhina. .
W międzywojennych czasach wydać książkę nie było rzeczą łatwą. Toteż pierwszy zbiór moich felietonów, złożony z samych pyskówek i opatrzony tytułem Znakiem tego..., odleżał się trochę, zanim znalazłem wydawcę. Zwróciłem się najpierw do ruchliwej, poważnej firmy Przeworskiego. Ale kierownik, pan Igrek, odpowiedział mi, że felietonów niżej Nowakowskiego Przeworski nie wydaje. Połknąłem pigułkę i wrzuciłem maszynopis do szuflady, niech leży. Jednak życzliwe dusze pomogły. Miła moja koleżanka redakcyjna Karolina Beylin, stale współpracująca z taką potęgą wydawniczą jak przedwojenny "Rój", powiedziała mi kiedyś: - Wiesz, ja ci to załatwię. .
- Nie wydaje mi się, aby monarcha konstytucyjny, będący jedynie symbolem jedności narodu, był potrzebny, ponieważ w Rosji nie ma tradycji konstytucyjnych. Najpierw zatroszczyliśmy się o to my, Romanowowie, a potem nasi następcy - komuniści. Tradycja konstytucyjna rodzi się dopiero teraz. Są wybory, w parlamencie różne partie dochodzą do kompromisów. Tak, czasami wybierani są niewłaściwi ludzie, ale to jest właśnie demokracja. Teraz wszyscy są przerażeni, ponieważ jakiś szaleniec o nazwisku Żyrynowski zdobył dwadzieścia pięć procent głosów i wydaje zatrważające oświadczenia. Czy ktokolwiek na zachodzie rozumie, dlaczego ludzie na niego głosowali? Weźmy Rosjanina w moim wieku, który ma dziś siedemdziesiąt trzy lata. Jako żołnierz w wieku dwudziestu dwóch czy dwudziestu trzech lat pokonał największą armię świata, niemiecki Wchrmacht. Przeszedł szlakiem bojowym z Moskwy do Berlina, na szczycie Reichstagu zatknął czerwony sztandar. Przez całe życie był z tego dumny. A dziś, w pięćdziesiąt lat później, co robi ten żołnierz? Żyje z emerytury, której wystarcza na przeżycie zaledwie dwoch czy trzech dni. Czy spodziewa się pan, że będzie szczęśliwy mając świadomość, jak Rosja żebrze o marki niemieckie i widząc cudzoziemców i rosyjskich kryminalistów mknących po ulicach mercedesami i BMW? .
mentów naraz, w skali 1 : 1 000 000. Pod eiektronowym .
nie dam głowy za to, że ona tam jeszcze jest. Wszak .
statusu. .
wtajemniczenia. Pierwszy Anioł zatrąbił, "i stal się grad i .
- Tęskniłam za tobą - szepnęła. Decker delikatnie ścisnął jej palce. .
własną propozycję typologii partnerek, która, moim zdaniem, we współczesnej obyczajowości erotycznej jest dość powszechna. Zakładam również, że nie ma typu ,czystego", najczęściej bowiem mamy do czynienia ze współistnieniem jakby kilku natur w jednej osobie. Warto również wspomnieć, że kobieta może być wobec jednego mężczyzny ,matką", a wobec drugiego przyjmie rolę partnerskoprzyjacielską. Nie można zatem założyć, że dany typ jest stały i niezmienny. .
Drugi typ, nieco wyższy niż opętany obsesją jedzenia, to maniak władzy, polityk. Chce dominować nad ludźmi. Po co? W głębi siebie czuje się bardzo, bardzo gorszy, chce pokazać światu, że "Jestem kimś, potrafię dominować, mogę ustawić was na właściwym .
uporem pijanych. .
- Hagridzie - powiedział cicho - chyba zaszła jakaś pomyłka. Ja nie jestem żadnym czarodziejem. Ku jego zaskoczeniu, Hagrid zacmokał. .
piająco białych szat zamiatających posadzkę aż po wierzchołek równie .
przyciśnięciu. w aktualnym katalogu zostaną zaznaczone wszystkie pliki, które nie były zaznaczone, a wyłączone z zaznaczenia te, które były zaznaczone. Operację tę można więc określić mianem inwersji. .
I Dudi, skroś łez zasłaniających oczy, patrząc na Misia Kundę, stulił palce, podniósł rękę do czoła i drgnął. Pies, sunąc mokrym nosem po łydce, obwąchiwał pilnie jego spodnie. Siorbali barszcz, rzucali do ust grudy chleba i brała senność, i coraz leniwiej zwisała łyżka w garści, i coraz spokojniej gospodarowały muchy na brzegu miski. Wszystko, co było przeżyte dotychczas, znikło jak dym i Dudi poczuł, że zrobi wszystko dla tej kobiety. Nawet byśmy się bili - chciał powiedzieć do Misia Kundy, ale ten, pochyliwszy głowę, zasypiał siedząc. I śniło się Misiowi, że przyszła Kalma i powiada: "Twój ojciec leży zabity na Meiselsa, idź do niego." I widać, jak ojciec posysa ustami, przywołuje ręką i dmucha, do ust wdziera się mucha i huczy, i spać nie daje. Uciekają ludzie do bram i żandarmi tam biegną, i mucha znika w ciemności. "Tato?" Nie ma odpowiedzi. Z sieni wysuwa głowę Szeru-cki, ręką daje znak: "Uciekaj! uciekaj!" Wstrząsają sieć i ptaszek powieszony na włosieniu końskim kołysze się na wprost słońca. "Trzymaj! - słychać krzyk. - On może udawać śmierć!" I dłoń chwyta drobne ciało, ciepłe, pulsujące - rzuca do worka. Ach, ty pieśni polna, jakaś ty miła, pieśni polna. Ktoś mówi basem. Ptak jeszcze mokry od rosy pada do worka. Pochylają się twarze. Słuchają: Czas Wielkanocy nadszedł, .
Przykład: .
stwierdzić, jak już zaznaczyłem, dopiero na podstawie .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
lat czterdzieści pięć, bynajmniej jeszcze nie otyły, zjawisko .
Najkorzystniejsze byłoby zastosowanie wielkich HH-53C~ które miały-duży udźwig i zasięg, a w dodatku mogły tankować paliwo w powietrzu. Nie stwarzały więc potrzeby użycia samolotów cystern i przelewania benzyny na pustyni. Jednakże śmigłowce musiały wystartować z lotniskow- .
osiem rozmaitych firm, japońskich, francuskich i ame- .
- Hej, tam w dole! - zawołałem, a mój głos popłynął do niej przez słomiany pył. - Hej, tam na górze! .
- Czapki z głowy! .
Po czym przymrużył oczy, podszedł do mnie blisko .
- Czarnego chleba mu brakuje, a groszem się rozrzuca i wszystkich zaprasza. Spojrzał na Kargula, by ten nie miał wątpliwości, że zaproszenie go do Ameryki Kaźmierz uważa za dowód bezsensownej rozrzutności ze strony swego brata. - Może milionerem został - wyrwała się Ania, podniecona coraz bardziej realną perspektywą wyprawy za ocean. - Ot, dziermoli - Kaźmierz jednym spojrzeniem zgasił entuzjazm wnuczki. .
.
- Nie teraz, pułkowniku, teraz muszę wysłuchać spowiedzi - zmarszczył brwi ksiądz. Osboume spojrzał przez pusty kościół na konfesjonały. - Niezbyt wielu wiernych, ojcze, ale trudno się dziwić, skoro ma tu przyjść ten rzeźnik Dietrich. - Zdecydowanie położył rękę na piersi księdza. - Proszę do środka. - Kim pan jest? - Zdezorientowany ksiądz wycofał się do zakrystii. Osbourne popchnął go na drewniane krzesło obok biurka i z kieszeni płaszcza wyjął sznur. - Im mniej ksiądz wie, tym lepiej. Powiedzmy, że rzeczy nie zawsze mają się tak, jak z pozoru wyglądają. Teraz ręce na plecy. - Mocno związał nadgarstki staruszka. - Niech ksiądz zrozumie, daję księdzu uwolnienie od winy i kary. Żadnego związku z tym, co tu się wydarzy. Czyste konto u naszych niemieckich przyjaciół. - Wyciągnął chustkę. - Nie wiem, co chcesz uczynić, synu, ale to jest dom Boży - odezwał się ksiądz. - Tak, podoba mi się myśl, że wymierzę boską sprawiedliwość - rzekł Craig Osbourne i zakneblował go chustką. Zostawił starca w zakrystii, zamknął drzwi, przeszedł do konfesjonałów i, włączywszy malutką lampkę nad jednym z nich, wszedł do środka. Wyjął swojego walthera, przykręcił tłumik i przez wąską szparę w drzwiczkach obserwował główne wejście. Po chwili z kruchty wyszedł Dietrich w towarzystwie młodego kapitana SS. Stanęli na moment rozmawiając, po czym kapitan opuścił kościół, a Dietrich ruszył przejściem między ławami rozpinając płaszcz. Zdejmując czapkę zatrzymał się i, wszedłszy do drugiego konfesjonału, usiadł. Osbourne przekręcił kontakt i włączył małą żarówkę, która oświetlając Niemca jemu samemu pozwoliła pozostać w ciemności. - Dzień dobry, ojcze - odezwał się Dietrich łamanym francuskim. - Pobłogosław mnie, bo zgrzeszyłem. - To prawda, ty bandyto - odpowiedział Craig Osbourne i, wysunąwszy walthera przez cienką kratkę, strzelił mu między oczy. W chwili gdy wychodził z konfesjonału, otworzyły się drzwi kościoła i do wnętrza zajrzał młody kapitan SS. Zobaczył, jak Osbourne stoi nad leżącym twarzą do ziemi generałem, którego głowa była mokrą plamą krwi i mózgu. Oficer wyszarpnął pistolet i oddał dwa ogłuszające w tych starych murach strzały. Osbourne odpowiedział ogniem i, powaliwszy go trafieniem w pierś na jedną z ław, pobiegł do wyjścia. Wyjrzał na zewnątrz i zobaczył zaparkowany przy bramie samochód Dietricha, podczas gdy jego 18 kubelwagen stał nieco dalej. Było zbyt późno, aby do niego dobiec, bowiem zaalarmowana odgłosem palby drużyna SS biegła już z bronią gotową do strzału. Osbourne zawrócił, przebiegł przez kościół i, wydostawszy się tylnymi drzwiami przy zakrystii, popędził po grobach przez cmentarz, następnie przeskoczył niski kamienny mur i ruszył ku lasowi na szczycie wzgórza. Kiedy był w połowie drogi, zaczęli strzelać, rzucił się więc dzikim zygzakiem do przodu i był już niemal w lesie, gdy kula przeszyła mu ramię tak, że aż przyklęknął na jedno kolano. Po sekundzie ruszył sprintem dalej po zboczu. W chwilę później był już między drzewami. Zasłaniając rękami twarz przed zwisającymi gałęziami, biegł na oślep dalej, chociaż na dobrą sprawę wcale nie wiedział dokąd. Nie miał środka transportu, a zatem i możliwości dotarcia na miejsce spotkania z lysanderem. Ale przynajmniej Dietrich już nie żył, chociaż resztę, jak to mawiali w DOS, Osbourne spartaczył. Poniżej przez dolinę biegła droga, a za nią znajdował się kolejny las. Ruszył prześlizgując się między drzewami, gdy nagle wylądował w rowie. Podniósłszy się zaczął przechodzić na drugą stronę, kiedy, ku swojemu wielkiemu zdumieniu, ujrzał, jak zza zakrętu wynurza się i zatrzymuje wielki rollsroyce. Renę Dissard, z czarną przepaską na jednym oku i w szoferskim uniformie, siedział za kierownicą. AnnaMaria otworzyła tylne drzwi i wyjrzała. - Znowu bawisz się w bohatera, Craig? Ty się chyba nigdy nie zmienisz, co? Na Boga, wsiadaj prędzej i wynośmy się stąd. Gdy rolls ruszył, wskazał głową na przesiąknięty krwią rękaw jego munduru. - Mocno? .
- Co się stało? .
najłatwiejsze, tak samo jak woda płynie zawsze w dół, i ta a nie pod górę; ale gdy wodzie łatwo jest postawićwyl tamę, bardzo trudno otamować możliwe zboczenia~ niec .
Z dalszych dość mętnych jego wyjaśnień wynikało, że bierze mnie za cukiernika z Suwałk, nie żyjącego zresztą od kilku lat. Kiedy sobie to uprzytomnił, zalał się łzami. Całym jego jestestwem wstrząsać zaczęła potężna czkawka. Potem jakby cicho zapiał i zasłonił sobie usta dłonią. Siedzący przy mnie znany pieśniarz, wykonawca subtelnych włoskich canzon, zerwał się z krzesła i krzyknął: - W tył! On puści pawia! .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
srebrnymi błyszczącymi orzechami, a naokoło niej główki dziecinne .
zbytdługi zbyt długa nazwa 9 znaków .
wyleczeni, ale istnieje szansa, że zatrzymają nas dłużej: w wypadku, jeśli .
wystawić bramę triumfaln±, wyprawiał wspaniałe obiady, specjalnymi poci±gami .
Pluton wzmocniony dwoma czołgami Panther miał uderzyć od zacho-du, zaś pluton spadochroniarzy z batalionu nr 600 otrzymał zadanie wdarcia się do podziemnego przejścia przy moście i dojścia tą drogą do Ministerstwa Wojny i Spraw Wewnętrznych. Po opanowaniu podejść do zamku, do akcji miały wejść główne siły batalionu spadochronowego, wzmocnionego sześcioma czołgami Panther oraz dysponującego samo-jezdnymi minami Goliath*, których wybuchy zmiotłyby węgierskie bary- .
A poza tym, kiedy sobie przypomniał jej dawne pocałunki, jej miło¶ć i .
- Pilnuj Sally do mego powrotu! bądź grzeczny, bo si pogniewam! Po jego wyjściu młoda kobieta zwróciła się do Spacka: .
nej potrzeby, żeby zniżać głos, gdyż nadal trwały mniej lub bardziej .
- w odPowiedzI - szeptał gorączkowo, mocniej ściskając jej ręce. - Powiedz... Ja pani wyznałem całą swą nędzę. .
- Jak powiedział?! - Kaźmierz aż zapiał niczym kogut, dotknięty do żywego tym określeniem. Już szykował się, by zaatakować Kargula, kiedy nagle rozległo się chóralne wołanie Jadźki i Witii: "Uwaga! Miny!" Chłopak i dziewczyna stali obok siebie przy cementowym gnojowniku za stodołą Kargula. Dając rozpaczliwe znaki rękoma, krzyczeli ostrzegawczo: "Miny! Minyyy!" Dopiero teraz do obu adwersarzy dotarło, że stoją pośrodku pola nafaszerowanego minami i każdy krok grozi im takim końcem, jaki spotkał "Mućkę". Zastygli w bezruchu. Kargul rozglądał się, szukając drogi odwrotu. Najbezpieczniej byłoby wrócić własnym śladem, tylko że wysuszone zboże pokładło się w różne strony i każdy krok mógł być ostatnim. .
nawet niechętni sobie „Marsjanie" Agathodaemona .
- Czekamy, aż naukowcy zakończą swoją pracę - mówi Edward Radziński. - Gdy zidentyfikują kości, Cerkiew Prawosławna zdecyduje, czy będzie to zwykłe nabożeństwo żałobne, czy też pogrzeb połączony z kanonizacją cara. Cerkiew na Obczyźnie kanonizowała już cara, więc nasz kościół stoi przed poważnym problemem. Aleksander Awdonin, którego niewielkie biuro pełne jest portretów Mikołaja II, usiłuje wyjaśnić dylemat, przed którym stoi cerkiew: - Proszę nie zapominać, że w przeciwieństwie do Cerkwi na Obczyźnie nasza cerkiew znajduje się w kraju, w którym wszystkie te wydarzenia miały miejsce - mówi. - Wielu ludzi uważa, że winę za dopuszczenie do rewolucji ponosi Mikołaj II, a co za tym idzie sam w pewnym stopniu przyczynił się do swojej śmierci. Czyż można go kanonizować, przyjmując taki punkt widzenia? Jak zareagują na to ludzie? Przecież nie wolno nam zapominać, że nie są zachwyceni Mikołajem. Jego wizerunek niszczono przez siedemdziesiąt lat. Prawda jest taka, że był złym władcą. Był życzliwym człowiekiem, dobrym dla rodziny, ale to nie może usprawiedliwić złego rządzenia krajem. Natomiast odrębną kwestią jest los tych, którzy zginęli wraz z nim. Oni z pewnością nie ponoszą żadnej winy, byli męczennikami. Metropolita Juwenalij, przedstawiciel cerkwi w komisji rządowej, zajmował się głównie sprawą kanonizacji. Zdaniem Awdonina "osobiście badał wszystko, co wiązało się ze szczątkami, ale - w tym miejscu zmienia się wyraz jego twarzy - cerkiew dowiedziała się o szczątkach już przed czterema laty. W tym czasie nikt z moskiewskiego patriarchatu nie pofatygował się choćby po to, aby im się przyjrzeć. Ani jeden pop, czy choćby diakon!" Awdonin miał rację wypowiadając się o mieszanych uczuciach żywionych przez współczesnych Rosjan do Mikołaja II, ale mylił się w sprawie kanonizacji. .
- Nie to nie. Wcale się do niego nie pchamy. Możliwe, że... Przyszło jej do głowy, że na ulicy Tuwima był pan Wolski. Zawahała się. Porucznik już odzyskał równowagę po swoim chwilowym wybuchu, patrzył na nią pytająco. .
.
niego. Fichte, Schelling i Hegel nie troszczyli się o wytyczone .
- Hm... - mruczał pan doktor Nowak. - Złoto, nie dziewczyna!... Złoto, powiadam pani dobrodziejce. Chciałem ją zobaczyć, powiedzieć. Eh, cóż bym jej powiedział? Ona ma czarne oczy, prawda? .
.
odpowiednikami w korporacjach drugiej fali. Znacznie powyzej .
rozwinięte do okna (ich pasek tytułowy nie jest wyróżniony, nie znajdują się one również na pierwszym planie ekranu) lub zwinięte do ikony. W tym drugim przypadku ich ikony umieszczone są u dołu ekranu, począwszy od lewego brzegu (jeśli aktywny program zajmuje cały ekran, to ikony te mogą być niewidoczne). .
przymglone barwy i roztarte kontury dawnych fresków, pokrywaj±cych sklepienia, .
.
- Stary piernik. Może sobie chodzić. Wędki...? W zimie chyba na nic...? Kijek do nart... Na nic, nie ma śniegu, na taką pogodę prędzej by się wiosło przydało... - Chyba nogę od stołu - westchnął w końcu Bartek. - Już o niej myślałem, nada się, a zawsze mogę ją nieść do stolarza. - Jaką nogę od stołu? .
- Tak, panie majorze. .
- Na co panu godzina, nic pan nie robi cały dzień. Jeszcze się pan wyśpi - mówi Ksawera. Chwyciła mnie za palec i drży cała. Zrozumiała widać wszystko albo nie chciała dopuścić myśli, że sprawa jest beznadziejna. A tu 226 .
chyba tym razem zbyt sumienny. Wchodząc do sanitarki April. miała .
Znowu łomotanie do drzwi. Dudley obudził się i usiadł na kanapie. .
przypatrywała się czerwonym, jastrzębim oczom Szai i jego pałkowatym palcom .
przestrzeniach, przenikała wszystko - że chciało się i¶ć, ¶piewać, krzyczeć, .
przytoczył dane wskazujące, że ilość niewykorzystanych godzin .
Gdy staniesz się wrażliwy na otaczający cię świat, twoja wrażliwość może być zwrócona do wewnątrz, ku twemu wewnętrznemu domowi. Jest to ta sama wrażliwość, dzięki której słyszałeś śpiew słowika, dzięki której odczuwałeś ciepło słońca, dzięki której czułeś aromat kwiatu. Jest to ta sama wrażliwość, która teraz została zwrócona do wewnątrz. Dzięki tej samej wrażliwości będziesz smakował Siebie, odczuwał Siebie, widział Siebie, dotykał Siebie. .
Naokoło stały drzewa okryte ogromnymi czapami śnieżnymi, obwieszone długimi soplami lodu, tajemnicze i wystrojone, a tak piękne jak już nic innego na świecie. Nad głową zaś szalała burza. Las był w swej głębi cichy i biały. Górą tylko szamotał się i kołysał rwany wichrem. Długo wędrował ścieżyną. Zapomniał o całym świecie. Znalazł się znowu w swych Beskidach, w zaczarowanym świecie, gdzie wszystko jest tak ogromnie białe i tak ogromnie piękne. Ścieżka prowadziła aż na szczyt Baraniej. Pan doktor Nowak wiedział, że tam dopiero otworzy się przed nim jakby zaczarowany ogrojec, na który już nie ma nazwy w ludzkim języku. Wszak tam zbiegają się wichry z całego świata, a on stanie między nimi, jak samotny człowiek między sforą szczekających brytanów, sam jeden, odważny i mocny... Wyszedł z lasu, wyjechał na otwarte wyrąbisko. Wicher jakby tylko czekał na niego. Doskoczył do niego z lodowatymi pazurami, przypadł z wyciem do jego piersi, zwalić usiłował, Zadymka i mgła przemieniła się teraz w ruchomą białą ścianę, mknącą z przeraźliwym świstem, odgradzając go od całego świata. .
* Nie - powiedział Jadźnawalkja. - Będziesz żyła życiem bogaczy. .
się w świętej nagonce przeciw temu .
- Poszły panny na rydze, na rydze, na rydze, tam! .
samorzadowe administrowanie ziemia, produkcja i funkcjonowaniem spoleczenstwa, robotnicy beda budowac nowe wolne spoleczenstwo. To byla charakterystyka budowania spoleczenstwa komunistycznego, raz rozpoczetego, sie bez zaklocen, wzmacniajacego sie i rozkwitajacego. .
dzieła starożytnych czasów pogańskich, zostały .
niemożliwe. Wiele się mówi w tym świecie o Bogu, powiadają, że .
muzułmańską Kordowę, stolicę kalifatu Omajjadów, "klejnotem świata". Ta przeszłość została historyczną sierotą. Czy może ra czej porzuconą matką. Hiszpania współczesna do dnia dzisiejszego nie włączyła swej arabskiej przeszłości w dzieje własnej kultury. Rozważano całkiem serio, na ile Hiszpanem był urodzony w Kordowie Seneka, który - jak słusznie zauważył "rewizjonista" .
oraz .
- Boisz się, że jestem na tyle wściekły, że mogę powiedzieć niewłaściwym osobom, co zaszło. O to chodzi? - spytał Decker. .
5. Czy można wptynąć na podniesienie poziomu graficznego .
"Ty darmozjadzie, nie bałamuć mi tu życia jakimś Wą-skopyskim i strzelaniną, masz tobie!" "Nie paplajcie, do cholery!" - z chłodną złością powiedział brat i podniósł się ze stołka. "Kto cholera?" .
- Wie pani co - powiedział gniewnie. - Ja naprawdę mam dość denerwujących zajęć i kłopotów. Niech mi pani nie zawraca głowy. - No to niech pan posłucha. Z całej pracowni zostały tylko trzy osoby, które miały pełną możliwość i dostateczne powody, żeby go udusić. W tej liczbie jest pan i to na czele. Chciałabym usłyszeć od pana prawdę i wierzę, że pan ją powie. Muszę wiedzieć, bo jeżeli to pan, to nie tylko poniecham współdziałania z milicją, ale zrobię, co tylko się da, żeby całą hecę dokładnie zagmatwać. Zbyszek nagle spoważniał i popatrzył na mnie w zamyśleniu. - Na jakiej podstawie pani tak twierdzi? .
- Przejdźmy się. Chcę pokazać panu coś w tylnej części domu. Co pokazać? - zastanawiał się Decker. Zaniepokojony, poszedł z Esperanza korytarzem, mijając drzwi głównej sypialni. Ciała już usunięto. W powietrzu wciąż unosił się odór kordytu. Przez akumulujące światło okna w korytarzu, z których jedno zostało rozbite pociskiem, ostro świeciło słońce. Oświetlało poczerniałą i zakrzepłą na kafelkach krew. Decker spojrzał w stronę sypialni i zobaczył podziurawiony przez kule materac i poduszki. Czarny grafitowy proszek do zdejmowania odcisków palców był wszechobecny. Przykleił się Esperanzie do ręki, gdy ten przekręcał klamkę drzwi na końcu korytarza. .
Trzech ciężej rannych odstawiono na noszach do szpitala. po czwartego zgłosiła .
cywilizacja żydowska pod koniec wieku XIX występować do .
w oknie biura Teddy'ego Septembra i z wysokości 33 piętra patrzyła w kaniony ulic chicagowskiego loopu. Tam na dole samochody snuły się niczym małe, pracowite żuczki. Czuła unoszący się w powietrzu zapach fajkowego tytoniu. Teddy September powitał ich z fajką w ręku, przekazał wyrazy współczucia z powodu śmierci swego klienta i przyjaciela, Johna Pawlaka, po czym spytał, ile Ania liczy sobie lat, bo jeśli nie ma skończonych dwudziestu jeden to nie może węjść w posiadanie majątku swego ojca .
mieć. .
- A, trudno nie być szczerym - zawołał takim akcentem żartobliwym, że obaj .
.
Guru lub osoby świętej. .
szy ciche stukanie do drzwi, wyjął klucz z wewnętrznej kieszeni .
- Teraz mamy na głowie inne sprawy - szepnął Harry. - Znajdźmy jakiś pusty pokój, a wszystkiego się dowiecie... Upewnił się, że Irytka nie ma w środku, i zamknął za nimi drzwi pustej klasy, a potem opowiedział, co zobaczył i usłyszał. .
Poczucie wstydu nie jest wrodzonym fenomenem, dziecku np. nie jest znane. Powstaje w wyniku nałożenia się na siebie kilku mechanizmów rozwojowych. Pierwszym z nich jest samoświadomość, powstanie osobowego JA. Doświadcza się wyłączności i inności JA, istnienia w sobie świata psychicznego, wymagającego ochrony i bezpieczeństwa. Drugim mechanizmem jest proces wychowania, a ten jest zróżnicowany w zależności od epoki, kultury i środowiska. Analizując dzieje kultur widać jak zmieniały się kryteria i granice poczucia wstydu, formy jego ujawniania. Następnym mechanizmem jest reakcja JA na zachowanie innych. Przez obserwację innych osób może powstać świadomość erotycznego oddziaływania sobą. .
W kantorze dał zaufanemu notatkę tycz±c± się wybranych dziewczyn, który .
chał. Cały ogród wraz z okolicą zalany był poświatą .
- Ostrzegam cię, chłopcze - powiedział, przysuwając swoją wielką purpurową twarz do twarzy Harry'ego - wystarczy jeden głupi dowcip... a nie wyjdziesz z komórki aż do Bożego Narodzenia. .
posagów, lekkoduch, kosmopolita bezkrytycznie przyjmujący .
Zabij mnie" - śpiewała Anita Lipnicka z zespołem Varius Manx. "Ona to zrobi". Przebój tego lata pobrzmiewał we wszystkich dyskotekach w mieście. Co prawda już schodził z pierwszych miejsc listy przebojów, ale jeszcze przyjemnie się go słuchało. Cichy przedzierał się przez tłum nastolatków. Robert podążał jego śladem. W Royal Pubie nie można było wsadzić nawet palca. Z trudem dotarli do bufetu. Akurat zwalniało się miejsce przy barze. Siedli na stołkach i zamówili po "Margericie". Robertowi udzielił się dobry nastrój zabawy. Otaczali go rówieśnicy, z którymi nigdy się nie kontaktował. Pierwszy raz miał poczucie przynależności do jakiejś grupy. I było to przyjemne. Nie przypominał sobie, dlaczego do tej pory unikał takich miejsc. Fakt, że teraz był odpowiednio ubrany, ale przychodzili tu również chłopcy z jego podwórka. Miał pieniądze i mógł zaprosić na drinka całą swoją klasę. Owszem pieniądze, ale gdyby przyszedł tu na wodę sodową to też byłoby miło. Czuł się lepszy. Tak. To dawało mu przewagę nad innymi. On znowu był pierwszy, tak jak w klasie jak w szkole, jak na olimpiadach. Tam był prymusem, a tu był elitą. Czuł na swoim karku dyskretne spojrzenia z tłumu. Prawie słyszał komentarze. Cichy, Kobra, Skorpion, Czarny to była arystokracja, a on był ich kumplem. Proste i miłe. Uniósł szklankę ze słomką w górę i wciągnął w siebie duży łyk złocistej Margerity. Przyjemne ciepło rozlało się po ciele. - Co zrobisz z forsą? No tą co zarobimy u Czarnego? - spytał Robert. - Ja to bym chciał mieć dom z ogrodem, dzieci. Na Pogodnie facet sprzedaje nową działkę. A ty Prymus co kombinujesz? - spytał Cichy. - Jedyne co umiem to liczyć. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Nie rozpędzaj się - odezwał się Hal. .
- Generał musiał się z nią koniecznie spotkać. Osobiście. Coś dużego, naprawdę dużego, wisi w powietrzu. - A czy kiedykolwiek było inaczej? - Craig zapalił papierosa. - Tym razem, Craig, jest to rzeczywiście sprawa najwyższej wagi. Przygotowano lądowisko dla lysandera, aby ją zabrał. Wydarzenia przybrały jednak bardzo niepomyślny obrót. - Podał mu papiery. - Zobacz sam. Craig usiadł przy oknie i zaczął czytać. W chwilę później złożył je z wyrazem bólu na twarzy. - Przykro mi - odezwał się Carter. - To straszna historia, prawda? - Gorszą trudno sobie wyobrazić. Prawdziwy horror. Siedząc myślał o AnnieMarii, jej uszminkowanych ustach, arogancji, pięknych nogach w ciemnych pończochach i nieodłącznym papierosie. Potrafiła cholernie zirytować, a zarazem była tak cholernie piękna, a teraz...? - Czy wiesz, że w Anglii mieszka jej siostra bliźniaczka, Genevieve Trevaunce? - spytał Carter. - Nie. - Craig oddał mu papiery. - Od kiedy znałem Annę Marię, nigdy o niej nie wspomniała. Nawet dawnymi czasy. Wiedziałem, że miała ojca Anglika. Raz powiedziała mi, że Trevaunce to kornwalijskie nazwisko, ale zawsze uważałem jej ojca za zmarłego. - Bynajmniej. Jest lekarzem i mieszka w północnej Kornwalii. W miejscowości o nazwie St Martin. - A córka? Ta Genevieve? .
przybył także generał de Gaulle, źe w Teheranie spotkają się wsryscy czte- .
- To dziwne, że mówi coś takiego, ponieważ nie jest specjalistą w tej dziedzinie i nie zna się na tym. Nasz artykuł w "Nature Genetics" był recenzowany przez specjalistów. Przed zabieraniem się do krytyki naszych badań należało go najpierw przeczytać. Iwanow ma żal do Maplesa, ponieważ jego atak nastąpił wkrótce po wspólnym lunchu w Aldermaston: .
jest w nich umieszczona wewnątrz obrotowego talerza o średnicy 9 m i grubości 1,8 m. .
.
mogła usiedzieć spokojnie, otwierała i zamykała szuflady, Ale skończyło się na tym, że zdecydowała się zakręcić włosy na papiloty. - Dajże spokój Dominiko! - zaprotestował Strączek, już leżąc w łóżku w nocnej koszuli. - Doprawdy, czy to potrzebne?! I tak cię nikt nie zobaczy. - W tym rzecz - powiedziała Dominika, szukając jednocześnie w szufladzie skrawków papieru na papilotyże w tej chwili nic nie można przewidzieć. Nie chcę, żeby mnie kto zobaczył z takimi włosami! - mówiła dalej, rozdrażniona, wywracając szufladę do góry nogami i przerzucając niecierpliwie jej zawartość. Położyła się wreszcie i z głową najeżoną papilotami wyglądała jak zabawna, czarna laleczka. Strączek westchnął, odwrócił się na drugi bok i wreszcie zamknął oczy. Dominika leżała długo, wpatrzona w lampkę olejną była to srebrna zakrętka od buteleczki perfum, z cienkim, pływającym po wierzchu knotem. Nie chciała zgasić lampki, i to nie bez powodu. W kuchni na górze trwałjakiś dziwny ruch, ruch niezwykły o tak późnej porze - domownicy powinni byli już dawno spać - a poza tym uwierały ją papiloty. Patrzyła tak, jak w tym samym czasie Arietta, na dobrze znany pokój (za pełno w nim było, jak .
edynie Peter znał tajemnicę Margaret. Niedyskrecja dawnego męża mogła ją całkowicie skompromitować. jetset odsunąłby się od niej z pogardą, nie bacząc na miliardy Cartera. Snobi nie lubią, gdy się ich orydynarnie oszukuje. Peter wszakże dowiódł, że potrafi zachować milczenie. Zazdrość Margaret nie osłabła z wiekiem. Jednakże Leslie Caner, zbudował niemal całe imperium dzięki swej pomysłowości, wytrwałości, brawurze oraz brakowi skrupułów, z łatwością znalazł sposób uśpienia jej podejrzeń. Otaczała go zawsze armia cieni, niezwykle zręcznych ochroniarzy, którzy tworzyli wokół niego jakby mgłę, czyniąc go niewidzialnym zarówno dla wrogów, terrorystów, i dla detektywów Margaret. ,O'Neill darzył szczerym podziwem tego człowieka, który nie wahał się iść po trupach do celu: Mieli podobne charaktery. Wspólna im była chęć posiadania władzy, przyjemność rozkazywania, jak również chęć realizacji przedsięwzięć, które zaspokoiłyby najdziwniejsze ludzkie ambicje. Choć się spotykali, odnosili wrażenie, że przeglądają się w lustrze. Podobieństwo powinno by ich może zbliżyć, lecz nienawidzili się z racji podobnych cech charakteru. Oglądanie w krzywym zwierciadle swoich wad i zalet budziło wprawdzie tylko niejasne uczucia, lecz wywoływało następstwa wyraźnie skrystalizowane: Carter wiedział, że nigdy nie zmusi do posłuszeństwa reżysera, który jest zakuty w stal. I to w taką, jakiej nikt nie zdołał zgiąć. -Jesteśmy na miejscu, proszę pana. .
prościej, choć w stylu epoki. Kiedy zmarł w 950 r. Lotar, król północnej Italii, syn Hugona z Prowansji, została po nim .
Głos Carra zabrzmiał nader uprzejmie. .
- Zupełnie niemożliwe - odparł Decker. - Renata nie widziała cię dobrze tamtej nocy. Esperanza również przyglądał się przyczepie, jakby było w niej coś dziwnego. Czym się tak denerwuje? - zastanawiał się Decker. Czy naprawdę sądzi, że Renata jest w pobliżu? A może to z powodu...? Decker przypomniał sobie, że Esperanza wspominał sprzeczki, jakie ma z żoną. Może Esperanza był podenerwowany powrotem do żony. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Nasz? .
.
- Chodź. Pokażę ci coś - Cleo pociągnęła go za sobą do samochodu. Nie stawiał oporu. Gdy wyjeżdżali dostrzegł Rudego w niezwykłym nastroju, szedł po pas w wodzie w poprzek sztucznego stawu z szeroko rozwartymi ramionami w stronę wyspy z napisem EDEN. A gdy tam dotarł szczęście odebrało mu siły i padł tuż obok uśpionej alkoholem półnagiej barmanki, która przestała już być Ewą. .
- Nie znaleziono? .
- Nie, nie chcę! .
ta Helena, będąca przedmiotem wojny, a ledwie odgrywająca w .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
których zapomniano spu¶cić z łańcuchów. .
W wyciu wiatru, w szumie ulewy nie słyszano jego odpowiedzi. Zamachał dwa razy ramieniem i ręką wskazał w kierunku grani pomiędzy Małym Jaworowym a sąsiadującą z nim turnią. Czy chciał jeszcze przeszukać żleb, leżący za grzędą, czy wydało mu się, że słyszy wołanie Szulakiewicza, czy też widząc stromą, wąską półkę skalną, która zaczyna się na grzędzie i biegnie w prawo, sądził że szybciej wydostanie się nią na grań i zejdzie bezpiecznie na południową stronę? - nie dowiemy się tego nigdy. Zginął im z oczu za skalną krawędzią. Pozostali na miejscu pełni niepokoju pomimo odrętwienia i zmęczenia. - Wracajcie, Klimku! - krzyknął jeszcze raz Zaruski. .
W wyciu wiatru, w szumie ulewy nie słyszano jego odpowiedzi. Zamachał dwa razy ramieniem i ręką wskazał w kierunku grani pomiędzy Małym Jaworowym a sąsiadującą z nim turnią. Czy chciał jeszcze przeszukać żleb, leżący za grzędą, czy wydało mu się, że słyszy wołanie Szulakiewicza, czy też widząc stromą, wąską półkę skalną, która zaczyna się na grzędzie i biegnie w prawo, sądził że szybciej wydostanie się nią na grań i zejdzie bezpiecznie na południową stronę? - nie dowiemy się tego nigdy. Zginął im z oczu za skalną krawędzią. Pozostali na miejscu pełni niepokoju pomimo odrętwienia i zmęczenia. - Wracajcie, Klimku! - krzyknął jeszcze raz Zaruski. .
cudzołóstwo z czarnoskórą jawnogrzesznicą nawet przy najlepszej protekcji nie może liczyć na łaskę boską... Shirley-Glynesse Wright stoi przed oczyma Pawlaka jak wyrzut sumienia. Czeka na jakiś gest, na jakieś słowo brata swego ojca. .
że Bóg jest w tobie. Zakładasz, że jesteś daleko od Boga. Ale .
.
- Dokumentacja naszych pacjentów okryta jest tajemnicą zawodową. Profesor zwrócił mi szczególną uwagę, aby nikomu nie udostępniać dokumentacji mister O'Neilla. Ostry ton ucinał wszelką dyskusję. .
Sannyasini nie zakładali szkół, dlatego nie mogli wejść głęboko .
Mordercze pszczoły .
przywoływać rozpaczliwie szeptem .
- To nie ja domagałem się opium - odparł wyzywająco - inni nalegali, bym je zażył. .
Maks gło¶no gwizdał, żeby nie słyszeć tych dzikich wrzasków, był zreszt± zły na .
- Montanellemu? - powtórzyła Gemma. - Mówi pan o biskupie z Brisighelli? .
W międzywojennych czasach wydać książkę nie było rzeczą łatwą. Toteż pierwszy zbiór moich felietonów, złożony z samych pyskówek i opatrzony tytułem Znakiem tego..., odleżał się trochę, zanim znalazłem wydawcę. Zwróciłem się najpierw do ruchliwej, poważnej firmy Przeworskiego. Ale kierownik, pan Igrek, odpowiedział mi, że felietonów niżej Nowakowskiego Przeworski nie wydaje. Połknąłem pigułkę i wrzuciłem maszynopis do szuflady, niech leży. Jednak życzliwe dusze pomogły. Miła moja koleżanka redakcyjna Karolina Beylin, stale współpracująca z taką potęgą wydawniczą jak przedwojenny "Rój", powiedziała mi kiedyś: - Wiesz, ja ci to załatwię. .
- A jak ciebie zacznie w brzuchu mulić, tak ty choć przewal sia - nie wysiądziesz! - A z europlanu ty wysiądziesz, a? . .
wiedzialność, bez jednego słowa, w milczeniu, uczyni .
- A więc to tak wygląda jego sposób! - powiedział cicho Barnett. - Dobrze wiedzieć. - Sposób na co? - spytał Agee, czując, że Barnett traktuje całą sprawę zbyt lekko. - Sposób na to, żeby wytrzymać przyspieszenie przy starcie. To mnie dręczyło. Przecież na pokładzie nie ma nic na kształt łoża czy leżanki. Nawet krzeseł nie ma - do czego tu się przypasać? Dlatego on pływa sobie w oleistej kąpieli, której kurki włączają się automatycznie z chwilą gotowości maszyny do lotu. - Ale dlaczego drzwi nie dawały się otworzyć? - pytał dalej Agee. - To przecież oczywiste - uśmiechnał się Barnett. - Nie chciał, żeby nu olej zalał cały statek. Albo żeby przypadkiem nie spłynął z pokładu. - Nie możemy startować - zawyrokował Agee. - A to dlaczego? .
Robert przetarł oczy nie mogąc rozpoznać twarzy mówiącego. Ledwie cokolwiek widział przez kłęby kurzu. W końcu rozpoznał Cichego. - Wybierasz się na pogrzeb? - Zapytał widząc czarny Jedwabny garnitur. - A co, pomyliłem cmentarz? - roześmiał się Cichy, patrząc na Roberta stojącego po pachy w wykopanym rowie. - Poproszę dwa serniki, dwie szarlotki i proszę je położyć na tylne siedzenie do tego samochodu - Cichy wskazał kelnerce na stojącego obok Jeepa. Dziewczyna, jasnowłosa blondynka, wpisała zamówienie na kartkę i bez słowa odeszła od ich stolika. Cichy odprowadzał ją wzrokiem dopóki nie zniknęła w bramie kawiarni. Musiała być nowa. I na pewno była niezła. Przy tym wzroście, a miała na oko ponad metr siedemdziesiąt, nogi stanowiły znaczącą większość i ona o tym wiedziała. Cichy odwrócił się w stronę Roberta. - To dla mamy. Uwielbia słodycze. Zawsze upaprzę się tym cukrem pudrem - spojrzał na połyskujący w słońcu mankiet marynarki i otrzepał go znacząco. - Zresztą i tak wyglądam jak świnia od tego kurzu -spojrzał przelotnie na Roberta. W roboczym komplecie BHP i koszulce z napisem "Miami" Robert wyróżniał się w tej kawiarni. - Niedługo sam będę tak wyglądał. Chcę budować dom na Pogodnie. Szukam właśnie dobrego architekta - Cichy wyjął z kieszeni złożoną gazetę i podał ją Robertowi. - Niezłe zdjęcie - powiedział z uznaniem. Robert rozłożył gazetę. Na pierwszej stronie w artykule pod tytułem "Biznesmeni sponsorują polską oświatę", zamieszczone było duże zdjęcie. Na pierwszy rzut oka wyglądało jak reklama pasty do zębów. Chmielewski przyciskał Roberta do siebie prawą ręką i szeroko szczerzył się do czytelników. Cichy dostrzegł przelotny uśmiech na twarzy Roberta. - Ile tak zarabiasz miesięcznie? - Spytał Cichy i sięgnął po kawę. - Majster jest sąsiadem i znajomym ojca, więc z sobotami i nadgodzinami dostaję... Przejeżdżający ulicą tramwaj zgodnie z biegiem torów skręcał w sąsiednią ulicę. Ostry pisk skręcających kół zagłuszył rozmowę. Cichy nie dopił kawy. Słysząc ile Robert zarabia parsknął śmiechem, rozlewając ją sobie na koszulę. - Chcesz mnie zabić? - Kaszląc oskarżał. Robert poderwał się z serwetkami na ratunek, ale Cichy go powstrzymał. Siedząca przy sąsiednim stoliku trójka dzieci śmiała się z sytuacji. To znaczy dwójka się śmiała, a trzeci w tym czasie dorwał się do wspólnej szklanki Mirindy i ciągnął ile miał sił. Kelnerka powróciła do stolika z ciastkami i rachunkiem. Cichy położył kilka banknotów na rachunku. - Reszty nie trzeba. Proszę dać tym dzieciakom po Fancie i największym ciastku jakie tutaj macie. - Dzieciaki lubią ciastka, tak? - Zapytał dzieci. - Tak - zgodnym chórem odkrzyknęły. - Coś jeszcze proszę pana? - Spytała kelnerka. Cichy podniósł się z krzesła i stanął tak blisko niej, że musiała odchylić się do tyłu. - O której kończysz pracę? "Nikt nie potrafi tak nienawidzić jak kobiety" pomyślał Robert patrząc na wyraz oczu odchodzącej kelnerki. Cichy zdjął marynarkę i zaczął ściągać koszulę. Robert zabrał ze stolika paczkę z ciastkami i szedł za nim. - Muszę jechać do Berlina, a samemu nudno - zaczął Cichy. - Prawko masz? - Mam - potwierdził Robert. - To pojedziesz ze mną. Zapłacę ci tyle co majster. - Cichy wsiadł do samochodu odpalił silnik. - Za cały miesiąc - dorzucił odjeżdżając. Jeep ruszył z piskiem opon włączając w uliczny ruch. Pisk opon i klaksony wściekłych kierowców pozostały za nim w tyle. .
którzy go odwiedzali. Wiedział o wszystkim, co dzieje się na .
"Bóg Cię obdarzył, Michasiu, niezwykłymi zdolnościami - pisała .
mi o deskę rozdzielczą. Na kilkukilometrowej drodze, która prowadziła .
- Poczekaj tutaj - szepnął Decker do Esperanzy. - Osłaniaj mnie. Najciszej jak potrafił, przeszedł przez kałuże i zatrzymał się przy łagodnie oświetlonym oknie ostatniego segmentu. Nagle Deckera oświetliło światło błyskawicy. Zauważył, że zasłony nie są dokładnie zaciągnięte i można zajrzeć przez wąską szparę do pokoju - podwójne łóżko, tania toaletka, telewizor przytwierdzony do ściany. Gdyby nie walizka na łóżku, pokój wydawałby się nie zamieszkany. Pośrodku ściany, po lewej stronie, znajdowały się otwarte drzwi, które prawdopodobnie prowadziły do pokoju obok. Znowu zajaśniała błyskawica i rozległ się kolejny grzmot. Decker zesztywniał, po czym przesunął się w stronę sąsiedniego okna. Mimo burzy słyszał głosy, ale nie był w stanie zrozumieć słów. Najpierw odezwał się mężczyzna, następnie kobieta. Może to McKittrick i Beth. Trudno było zdecydować. Może to tylko jakiś dialog z telewizji? Nagle odezwał się ktoś trzeci, mężczyzna o mocno zniekształconym, głębokim, chrapliwym głosie. Decker zdziwił się, po chwili domyślił się jednak, że jeśli była tam Beth, ktoś przecież musiał jej pilnować, gdy McKittrick pojechał po pieniądze. Wyobraził sobie Beth przywiązaną do krzesła, z luźnym kneblem zwisającym z ust. A potem pomyślał, że ktoś wpycha knebel głębiej, że McKittrick dusi ją, aż oczy wychodząjej na wierzch. Zrób coś! - Decker powiedział do siebie w myśli. Zapamiętał numer pokoju widoczny na drzwiach, wrócił szybko do Esperanzy i wyjaśnił mu, co ma zamiar zrobić. Następnie, pozostając w cieniu, popędził na ulicę, gdzie, jak pamiętał, na zamkniętej stacji benzynowej naprzeciwko motelu widział wcześniej automat telefoniczny. Szybko wrzucił monety i wybrał numer. .
liczebności. W obrazie holograficznym coś mnie zaniepokoiło. .
smierc: .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
treściwości świata pojęć. Gdyby bowiem przedmioty naszego .
Umieszczenie kursora w jednym z rogów pozwala na zmianę zarówno szerokości, jak i wysokości. Możliwość wykonania tej operacji jest sygnalizowana zmianą postaci kursora. .
pan chłopu zapłacił - zawołał prędko, wyci±gaj±c rękę do zgody. .
w tym, czego sam nie poważył się sformułować do .
kompromitacja jest paradoksalnym usprawiedliwieniem konfliktu .
- GoleniowSki pracował w polskim wywiadzie wojskowym, ale równocześnie pracował dla RoSjan donosząc o wszystkich przedsięwzięciach polskich służb i agentach, i w Polsce, i na zachodzie. PUłkownik GoleniowSki był rozczarowany spoSobem, w jaki został przyjęty, spodziewał się, że na spotkanie z nim przybędą agenci FBI. Przez wiele miesięcy pracy dla Amerykanów wierzył, że bezpośrednio kontaktUje się z dyrektorem FBI, Edgarem Hooverem. Choć zdawał sobie sprawę, że zgodnie z amerykańskim prawem CIA zajmUje się szpiegoStwem poza obszarem Stanów Zjednoczonych, pragnął uniknąć kontaktU z jej przedstawicielami, w obawie przed radzieckimi podwójnymi agentami. Przez cały czas Utwierdzano go w przekonaniu, że ma do czynienia z FBI: wszystkie wysyłane do niego wiadomości były podpisywane "Hoover". Ale w Berlinie czekali na niego agenci CIA. Pułkownik Goleniowski nigdy nie spotkał się z Hooverem, odbył jedynie "turystyczną wycieczkę" po gmachu FBI w Waszynktonie, gdzie pokazano mu tematyczne wyStawy takie jak "Diuinęer" i "Bonnie i Dyde", wystawę sprzętu do pobierania odcisków palców i urządzeń wykorzystywanych w kryminalistyce oraz liczne portrety i fotografie Edgara Hoovera. 12 stycznia 1961 roku Goleniowskiego wojSkowym samolotem przewieziono do USA. Od amerykańskiego rządu otrzymał "stypendium" i przez niemal trzy lata odbywał spotkania z oficerami CIA, opisUjąc radzieckie techniki operacyjne, ich przebieg oraz podając nazwiska agentów komunistycznych w zachodnich państwach. 30 września 1961 rokU odbył godzinne spotkanie dyrektorem CIA Allenem Dullesem. Siedziby CIA nie przeniesiono wówczas jeszcze do nowego budynkU w Lanęley w stanie Wirginia i jedynym szczegółem zapamiętanym przez gościa była troska Dullesa o to, Czy na ścianach nowego biura zmieści się cała kolekcja fajek. Zdaniem Goleniowskiego rozmowa miała charakter czysto grzecznościowy. Ponieważ pOlski rząd, dowiedziawszy się o jego ucieczce, skazał go na karę śmierci, CIA umieściło go w dobrze strzeżonym mieszkaniu w Queens Aby chronić Goleniowskiego, postanowiono dać mu także amerykańskie obywatelstwo i agencja zaczęła prowadzić negocjacje z komisją Izby Reprezentantów i Senatu do spraw imigracji. "Beneficjent, Michał Goleniowski, pochodzenia i narodowości polskiej, urodził się 16 sierpnia 1922 roku w Nieświeżu - informowała komisję CIA. - UkońCzył trzyletnie stUdia prawnicze i w 1956 roku otrzymał magisterium na wydziale naUk politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Wstąpił do Wojska Polskiego w 1945 rokU, a w dziesięć lat później został awansowany na pułkownika". 10 lipca 1963 roku ogłoszono specjalny projekt ustawy (nR5507) głoszącej: "Beneficjentem jest czterdziestoletni Polak, któremu zezwala się na stałe zamieszkiwanie i zatrudnienie przez amerykański rząd. . . JegO zasłUgi dla Stanów Zjednoczonych Uznajemy za nie zwykle znaczące". Projekt przyjęły Obydwie izby i Michał Goleniowski został obywatelem Stanów Zjednoczonych. To jednak nie był koniec. POdCzas wielomiesięcznych kontaktów z CIA GoleniowSki opowiedział oficerom nową historię. Uciekinier poinformował ich, że nazwisko "Goleniowski" było jego pseUdonimem na czas pracy w polskim wywiadzie. W rzeczywiStości jeSt on wielkim księciem Aleksym Mikołajewiczem Romanowem, rosyjskim carewiczem, o którym przez wiele lat myślano, że zginął w Jekaterynburgu. Goleniowski wyjaśnił, że JUrowski nie tylko nie zastrzelił rodziny w piwniCy, ale pomógł jej w uciecZce. Strzegł ich, i w żebraczym przebraniu wysłał za graniCe RoSji. Po wielu miesiąCach podróży przeZ TUrcję, Grecję i Austrię przybyli do WarSzawy. Dlaczego do WarsZawy? .
tylko ma się dość odwagi i charakteru. Najłatwiej jest symulować manię .
To jeden z oddziałów, przeszukujących urwisko, dostrzegł z wysoka Klimkowe zwłoki leżące w żlebie pomiędzy Małym Jaworowym a Zadnią Jaworową Turnią. Można było teraz stosunkowo dokładnie odtworzyć przebieg tragedii. Klimek, w momencie gdy po raz ostatni pojawił się na krawędzi grzędy oczom Zaruskiego i Zdyba, istotnie był na początku owej wąskiej, stromej półeczki, biegnącej w prawo pod przewieszonymi skałami. Nieomylny instynkt doświadczonego człowieka gór powiedział mu, że jest to najsłabszy punkt nie zdobytej twierdzy górnych partii ściany Małego Jaworowego ((4)). Poprzednio, przeszukując samotnie rozległą, nie znaną sobie ścianę, musiał Klimek wyjść prawdopodobnie popod górne zerwy, nie natrafiając, niestety, we mgle na Szulakiewicza, który już zapewne nie dawał wtedy oznak życia ((5)). Klimek słusznie - przynajmniej jak na ówczesny stan techniki taternickiej - uznał owe zerwy za niedostępne. Począł wobec tego szukać, gdzie by powinni się skierować dwaj młodzi wspinacze i gdzie wobec tego może leżeć Szulakiewicz. Zszedłszy nieco w dół i przetrawersowawszy w prawo na krawędź ściany, Klimek odkrył skośną półeczkę. Sądził, że tam gdzieś może być owa platforma z oczekującym pomocy taternikiem i że stamtąd będzie można stosunkowo łatwo wydostać się na grań. Na swoje nieszczęście nie wiedział, że półeczka nie doprowadza do samej grani. Urywa się nagle, a dopiero ponad nią rozpoczynają się największe trudności drogi. Klimek nie namyślał się długo. Kiwnął towarzyszom ręką na pożegnanie, a trochę dla uspokojenia ich, i ruszył półeczką. Stawała się ona coraz węższa, trzeba się było przeczołgiwać pod przewieszonymi skałami w zupełnej ekspozycji. Po kilkudziesięciu krokach widniała w niej kilkumetrowa przerwa. Dalej półka ciągnęła się jeszcze, aż zagradzało ją majaczące poprzez mgłę żebro skalne. "Trzeba zajrzeć poza to żebro - pomyślał zapewne Klimek - może za nim jest platforma z Szulakiewiczem, może półeczka ciągnie się dalej, a może - któż to zgadnie w tej ćmie? może to już nie żebro, a grań?" - Klimek pragnąłby tego bardzo... Mimo żelaznej woli jego ciało ogarnia coraz silniejsze znużenie. Po gładkiej, mocno nachylonej ku przepaści płycie stara się Klimek prześliznąć na brzuchu, trzymając się rękami wątłej trawki, rosnącej w szczelinie skalnej. Rozmiękła od deszczu darń nie wytrzymała ciężaru i Klimek zsunął się w dół. Na wystającym cyplu skalnym pozostały zaczepione jego serdak i bluza, on sam wyśliznąwszy się w pędzie z odzienia, runął w przepaść z dwustumetrowej wysokości... Grzmot kamiennej lawiny, który słyszeli towarzysze, obwieścił koniec życia tego chłopskiego bohatera. Smutny był biwak wyprawy ratunkowej w lesie Doliny Jaworowej. Jeśli ktokolwiek miał jeszcze złudzenia co do losów Klimka - dzień 13 sierpnia rozwiał je całkowicie. Krótkotrwały okres rozpogodzenia minął. Deszcz zaczął padać znowu. W żlebie, w którym leżał Klimek, bielił się spieniony wodospad. Cały dzień 14 sierpnia przeszedł w oczekiwaniu na pogodę. Dopiero w poniedziałek, 15 sierpnia, można było ruszyć do szturmu. Kuba Wawrytko, Jędrzej Marusarz i Wojciech Tylka przy pomocy haków, lin i skleconej z gałęzi drabinki pokonali pierwszy, czterdziestometrowy, przewieszony próg żlebu. Dalej czekały ich nie mniejsze trudności. W strugach wody, czepiając się czarnych, oślizłych skał, wdzierali się powoli, nieustępliwie. Około godziny czwartej stanęli przy zwłokach towarzysza. Z pomocą pozostałych spuścili zaszyte w płótno ciało Klimka Bachledy i ponieśli na barkach w dolinę. W czterdzieści pięć lat później, w sierpniu 1955 roku, ten sam żleb pomiędzy Małym Jaworowym a Zadnią Jaworową Turnią, niekiedy zwany również Klimkowym Żlebem, był widownią nowego wypadku, przypominającego nieco katastrofę Szulakiewicza i Jarzyny. W czasie forsowania, górnej przewieszonej części żlebu, przy pomocy haków i pętli (tzw. "techniką hakową"), przez dwójkę polskich wspinaczy młodego pokolenia, St. Biela i Cz. Momatiuka, idący jako pierwszy Biel odpadł na skutek wyrwania się haka i przeleciawszy kilkadziesiąt metrów zatrzymał się na platformie - ciężko potłuczony, ale żywy i co dziwniejsze - bez żadnych poważniejszych uszkodzeń. Momatiukowi, który nie odniósł szwanku, udało się zejść bez asekuracji do Biela, a potem w dół poprzez całą ścianę do Doliny Jaworowej. Nie musiał biec po pomoc aż do Morskiego Oka czy Jaworzyny. W dolinie znajdowały się w namiotach dwa obozy wysokogórskie: polski i słowacki. Jeszcze tego samego dnia Momatiuk z grupą wspinaczy, lekarzem, śpiworami, jedzeniem Był z powrotem przy Bielu i nocował z nim. Na drugi dzień przybyła ekipa ratunkowa słowackiej Horskiej Slużby. Pogoda popsuła się w prawdzie i tym razem, ale nie do tego stopnia, by uniemożliwić akcję. Nowoczesny sprzęt (cienkie stalowe liny, bloki, specjalne krzesełko do transportowania rannych) pozwolił stosunkowo szybko ściągnąć wspinacza ze ściany, oszczędzając mu przy tym zbędnych cierpień Po dwóch tygodniach Biel zdrów i cały opuścił szpital. Porównanie tych dwóch akcji ratunkowych - z 1910 i 1955 roku - mówi wiele o stopniu współczesnego opanowania Tatr. Silny ruch turystyczny i taternicki, nowoczesny, lepiej przystosowany do terenu górskiego sprzęt asekuracyjny i ratowniczy stwarza o wiele lepsze warunki bezpieczeństwa niż kiedyś. Stwierdzenie tego nie umniejsza w niczym - przeciwnie, podkreśla jeszcze silniej wyjątkową ofiarność i bohaterstwo uczestników owej wielkiej, tragicznej epopei Małego Jaworowego. ZDRADZIECKA PUŁAPKA GRANATÓW .
- Jest tu tylko stary Jules i chce, abyśmy zabrali się stąd jak najszybciej - powiedział Renę. - Przebierz się w to, a on spali twój mundur w swoim piecu. Jest wiadomość od Grand Pierre'a. Miał kontakt radiowy z Londynem. Zabiorą cię dziś wieczorem kutrem torpedowym w pobliżu Leon. Grand Pierre nie może być przy tym osobiście, ale będzie tam jeden z jego ludzi, Bleriot. Znam go doskonale. To dobry żołnierz. Osbourne przeszedł na drugą stronę rollsa i przebrał się. Pojawił się ponownie w tweedowej czapce, sztruksowej marynarce i spodniach, które pamiętały lepsze czasy, oraz w spękanych butach. Wsadził walthera w kieszeń i podał Renę swój mundur, z którym ten natychmiast wyszedł. - No i jak? - spytał AnnęMarię. Roześmiała się głośno. .
zapomnieć. Nie trzeba zbyt wielu szczegółów: wystarczy jeden, pozornie bez .
- Wiosną 1918 roku został ranny szrapnelem w prawą nogę. Pewnie pan zauważył, że jeszcze kuleje. Zamek de Voincourt służył jako sanatorium dla oficerów-rekonwalescentów. Zaczyna to brzmieć jak stara baśń, prawda? - Rzeczywiście - odpowiedział. - Niech pani mówi dalej. To bardzo ciekawe. - Moja babka, samodzielna posiadaczka jednego z najstarszych tytułów we Francji, dumna jak Lucyfer; starsza siostra, . Hortensja, sardoniczna, dowcipna, zawsze opanowana; no i Helena, młoda, uparta i bardzo, bardzo piękna. - Która zakochała się w młodym lekarzu z Konwalii? Craig skinął głową. - Zapewne stara dama nie zaaprobowała tego związku. - Tak było, więc zakochani uciekli w nocy. Mój ojciec osiadł w Londynie, a z Francji nikt nie próbował kontaktu... ! - Do czasu, gdy piękna Helena urodziła bliźniaczki? .
- Chyba uda się nam podnieść tę klapę, co? - szepnął Ron, zerkając ponad grzbietem psa. - Chcesz iść pierwsza, Hermiono? .
- Z Chabra. Bez powodu nas tu nie przyprowadził. Albo w tym samochodzie siedział jeden z tamtych i on to wywęszył, albo ten tutaj był przedtem w ciężarówce i on to też wywęszył. Pan sobie nawet nie może wyobrazić, jaki on ma węch. To jest myśliwski pies i podobno wyjątkowo uzdolniony. - Jestem skłonny wierzyć w to bez zastrzeżeń - mruknął porucznik. .
- Toteż właśnie. Podobno pracuje naukowo, coś tam pisze i nie pozwala sobie przeszkadzać; wszyscy sąsiedzi już się do tego przyzwyczaili. Uważają, że to zwyczajny emeryt, który sobie dorabia tą naukową pracą. W razie czego pewnie by przysięgli, że teraz właśnie jest w domu. Uważają, że w ogóle jest słabego zdrowia... -I razem ze swoim słabym zdrowiem naukowo przelazł przez szopę - wtrącił szyderczo Pawełek. .
- Aj, Bożeńciu, taż gdzie my popadli? - Kaźmierz patrzył na płynący jezdnią potok przebierańców. -Columbus-day - wyjaśnił stroiciel. .
- Ale przecież ty sam nie musisz w tym brać udziału. A my po prostu spróbujemy, tak sobie, z ciekawości. Nie uda się, to nie, nikt się przez to nie powiesi. Ważne jest, czy można zrobić drugi taki szpikulec. .
- li, nie ośmielili się jednak go zaczepić w obawie, że pomylili go mś bogatym próżniakiem, który był do niego podobny. Zwłasz%e jego ciuchy były ostatnim krzykiem mody i pachniały drogą, uską wodą kolońską. 'rzez chwilę Bob miał pokusę, żeby wejść do baru, w którym jego u koledzy zaczynali właśnie występy, i zażądać od właściciela gaży tatni miesiąc, nadmieniając przy tym chłodno, że opuszcza na .
Jacobs był gotowy, tak jak obiecał, w ciągu paru chwil. Rozdał .
wietrzny system ostrzegania i kontroli) - samoloty wyposażone w stacje radiolokacyj- .
chyba faktem przypadkowym, że Bogart święci triumfy w dziesięć lat po .
o tym nie wiedzieć. Allel recesywny pozostaje w DNA potomstwa i może być z kolei przekazany następnemu pokoleniu. Na przykład dziecko, które miało jednego z rodziców z niebieskimi oczami, a drugiego - z piwnymi, samo będzie miało oczy piwne, lecz będzie nosiło w sobie apel niebieskich oczu. Cecha taka jak niebieskie oczy, która została przekazana potomkowi, lecz się nie ujawniła, nazywana jest cechą recesywną. Jeżeli więc wasz junior ma niebieskie oczy, chociaż i ty, i twój małżonek macie oczy piwne, nie jest to jeszcze powód, by doszukiwać się niewierności małżeńskiej. Sytuacja ta jest zgodna z prawami dziedziczenia Mendla. Oprócz apelu niebieskich oczu ludzie mają wiele innych apeli recesywnych. Jednym z najlepiej znanych jest gen odpowiedzialny za hemofilię. Krew człowieka cie Genetyka klasyczna 49 .
będ± mnie prze¶ladować i ja będę bardzo, ogromnie... strasznie... nieszczę¶liwa, .
przypuszczać, że rzeczywiście, skutkiem takiego ułatwienia, .
- Tak lubicie łakocie? Zawsze je przechowuję dla Cezara; prawdziwy dzieciak, gdy chodzi o słodycze. - Is...istotnie? Musicie mu jutro d...ać inne, bo te ja sobie zabiorę. Nie, nie! cukier lodowaty w...włożę do kieszeni, niech mnie pociesza za wszystkie utracone rozkosze życia. S...spodziewam się, że d...dadzą mi do ust kawałek cukru l...lodowatego, gdy mnie będą wieszać. - Och, pozwólcie, niech wam przynajmniej opakuję, inaczej polepicie sobie całe kieszenie. I czekoladki także? - Nie, te zjemy teraz oboje. .
szmat rodzinnego nieba zwiesza, a do czego jak serce przywrze, .
Spojrzenia ich się spotkały. .
F.Isambert. Upadek katolicyzmu we Francji oraz zla kondycja .
na owych okrętach walczyli z nocą, z ciemnością, z falą; w izbie .
jawy przestaje istnieć, a rzeczywistym staje się świat snów. .
- Nie, nie wiedziałem, że on pozostaje w jakimkolwiek związku z tym wszystkim. Giovanni mówił mi tylko o... całej tej aferze szpiegowskiej i o... .
- Opactwo Grancester. Nieźle, co? - rzucił Edge. Hare wysiadł z jeepa. - A więc jesteśmy. Idziemy w paszczę ludożercy, jeśli już tu jest. Jednak dokładnie w tej samej chwili generał brygady Dougal Munro znajdował się w drodze do budynku biblioteki w Hayes Lodge w Londynie, którego generał Dwight D. Eisenhower używał jako swojej tymczasowej kwatery. Generał jadł właśnie grzankę, popijając kawą i czytał ranne wydanie „Timesa", gdy młody kapitan wprowadził Dougala Munro i zamknął za nim drzwi. - Witam, generale. Kawy? Herbaty? Wszystko jest na małym stoliku. Munro nalał sobie herbaty. - Jak tam nasza grupa w Cold Harbour? .
- A cóż jemu oczy dęba stanęli jak u czerepachy? Ano, dawaj baniak z benzyną! I zapałki od babci weź!! Czekając, aż Witia wykona polecenie, oceniał wzrokiem pole akcji: na prawo, na skraju Kargulowego sadku, była sadzawka. Po zarośniętej rzęsą wodzie pływały w pudle szafy młodsze dzieci Kargula. Niech się taplają razem z gęśmi, tam ogień nie dojdzie. Bo właśnie żywym ogniem postanowił Pawlak oczyścić swoje pole z min i niewypałów. Witia polał benzyną skraj zagonu. Wystarczyło dotknąć zapałką, a ogień buchnął z głośnym westchnieniem i wpełzł między suche zboże, liżąc je płomieniami. Kaźmierz z synem schowali się za murem cementowego gnojownika. Wyglądając zza niego, oczekiwali obaj efektów tego zbawiennego pomysłu: ogień za nich oczyści ziemię z prochu, przygotuje ją do pługa... Ogień rozszerzał się, drgało rozgrzane powietrze. Rozległ się pierwszy wybuch. Kaźmierz aż zachichotał i zatarł ręce, rad, że wszystko idzie po jego myśli. Drugi wybuch wyrzucił ziemię. Czuli jej drżenie pod podeszwami. Słysząc wybuchy, dzieci Kargula wyskoczyły z szafy w samym środku sadzawki. Omal się nie potopiły, uciekając w stronę stodoły z przeraźliwym krzykiem: "Niemce, Niemce!" Zachichotał Kaźmierz i trącił syna łokciem. Obaj mieli uciechę z tej głupoty Kargulowego plemienia. Wyjrzał Witia zza gnojownika, ale nowy potężny wybuch tuż przy skraju ich pola nieomal zdmuchnął jego głowę. Przysiadł za osłoną. Posypały się na nich grudy ziemi. Kaźmierz aż skurczył się w oczekiwaniu na kolejny wybuch. Witia na wszelki wypadek włożył na głowę niemiecki hełm, którego babcia Leonia używała do pojenia kur. Ostrożnie wyjrzał zza zasłony. Ogień szedł jak tyraliera przez całe pole, co chwila powodując kolejną eksplozję, która wprawiała ziemię w drżenie. Tymczasem mokry Tadzio z Hanią wpadli do stodoły, gdzie ich ojciec rżnął właśnie sieczkę. .
- A to jest zapewne felicytometr, wyskalowany .
- Larry, nie utrzymam się dłużej! - Jej głos był wysoki i rozpaczliwy. - Kitty, musisz! Musisz się utrzymać! .
11.Tworzenie katalogów .
W odczuciu partnerów ich współżycie ma w sobie coś niedobrego, biologicznego, jest ono jakby ustępstwem na rzecz „zwierzęcej" natury człowieka. Nic zatem dziwnego, że wspomniana postawa wobec seksu i współżycia często prowadzi do zahamowań i stłumień seksualnych, czyli genezy wielu przypadków oziębłości płciowej. U innych natomiast stłumione potrzeby dają znać w swoistym wyczuleniu na tematy seksualne, w marzeniach i fantazjach seksualnych lub w znamiennej ich realizacji w nieformalnych związkach. Przeprowadzone badania seksuologiczne ujawniły, że osoby skrępowane i zahamowane w swych związkach, właśnie w związkach nieformalnych szukają innych form współżycia, mnożą pozycje i techniki, realizują styl orgiasłyczny. .
do nocy. Nie jestem właściwie pewien, czy postępuje fair pisząc o moich .
- Dlaczego ich wywożą? - spytał ojca Witia, przyglądając się ciekawie traktorowi, z którego jakaś niemiecka rodzina wyładowywała na peron swoje bagaże. .
.
- Czy mam dalej opowiadać? - spytał po chwili. .
- A cóż to, wiadomo, panie dobrodziejski, że Bucholc traktuje wszystkich jak .
- Jeśli chcesz, żeby żyła, rób, co ci każę! Beth zdołała wykrztusić kilka zdławionych słów. - Steve, ocal siebie! .
w fotelu Fiszbina, zdawały się ważyć ciężar złotej dewizki Alberta Grosmana, .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
podejmowana decyzji. Żaden "automatyzm" niezależny od ich woli .
Nadał on każdej podłości jakiś ukryty, wyższy, .
Młody zdolny krytyk katolicki, popierając wywody swoich kolegów marksistów, powiedział, że właściwie nie wie, na czym opiera się moje powodzenie u czytelników. Bo "poza komizmem, językowym brak w felietonach Wiecheckiego komizmu sytuacyjnego, brak istotnego dowcipu, brak pointy, brak wreszcie rzeczy bardzo ważnej w psychologicznym odbiorze, brak zaskoczenia, niespodzianki, zdziwienia. Brak znajomości mechaniki dowcipu." I na poparcie tych wszystkich braków przytoczył przykład wzięty z życia. Oto gdzieś na wsi dokonał następującego eksperymentu. Przeczytał zebranym tam specjalnie chłopom kilka moich felietonów i stwierdził, że nie było żadnej reakcji, nikt się nawet nie uśmiechnął. Bardzo tym wszystkim przygnębiony, poprosiłem o głos i odpowiedziałem mniej więcej tak: - Istotnie na mechanice dowcipu się nie znam, ale podczas licznych spotkań z czytelnikami zebrałem sporo trochę innych doświadczeń - uczestnicy dość często się śmieli. Z tego dwa wnioski: widocznie moi słuchacze też nie mieli zielonego pojęcia o mechanice dowcipu, a słuchacze szanownego krytyka katolickiego traktowali, być może, to, co czytał jako słowo boże. .
dzwoniły, nie przyjmowali tego do wiadomości. Czy .
Czerwony Kapturek jako też A1i Babę i czterdziestu .
między pilotami i meteorologami były° poważne" - jak później określiła to .
Pomyślał, że przewody może zawilgły, i z napływem .
- Poczekaj! - wrzasnął Decker. - Jestem w pralni! Potrzebuję pomocy! Promień latarki przestał się oddalać, ktoś poświecił znowu w stronę wejścia do pralni. Decker natychmiast uświadomił sobie ryzyko, jakie podjął. W uszach dzwoniło mu tak boleśnie, że nie był pewien, czy ktoś odkrzyknął. Jeśli nie odpowie albo jeśli nie odpowie tego, co trzeba na pytanie policjanta (przyjmując, że to naprawdę jest policjant), wzbudzi jego podejrzenia. .
- Każdy wybiera sobie ulubioną melodię - zawołał Dumbledore - i śpiewamy! A cała szkoła zawyła: .
-Biały wódz zejść na ziemię - zauważył wysoki Indianin. .
- Tych złodziei. .
Dlatego jedynie właściwą metodą będzie tu bezwzględne oddanie się .
- Nazwisko pana szanownego? Wymieniłem je, a on zapisał. .
podobnych okolicznościach, jest porównywalne z zachowaniem innych .
W Cieszynie stanęli niedaleko klasztoru Braci Miłosierdzia. Dzieci cieszyńskie w mig dowiedziały się o przybyciu karuzeli z małpką, toteż od wczesnego rana gromadziły się koło wozu i przypatrywały się pilnie, skoro karuzela stanie w całej swej okazałości. A kiedy w końcu stanęła, nie mogły się doczekać rozpoczęcia zabawy. .
- Bez sensu i w ogóle głupota - skrytykował Pawełek. .
- Mam, tego jednego, z którym ubijałem interes. On się za nic w świecie do mnie nie przyzna. - No to rzeczywiście leżysz martwym bykiem. Ubiłeś go chociaż? - Ubiłem, cholera, i nawet wziąłem pieniądze... .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Był, ale krótko, też wyszedł, jeszcze przed Zbyszkiem. Nic nie mówi, że słyszał... To znaczy, mówi, że nic nie słyszał. - A Zbyszek tych głosów nie rozróżnił? .
czynności pisania i czytania. Do znanych przedstawicieli tej'senso .
- Komitet polecił mi pójść do pana - zaczęła - gdyż istnieje pewna różnica poglądów w sprawie pańskiego artykułu. .
- Czego chcesz ode mnie, po co przyszedłeś? .
wojsk desantowych, pojazdy pancerne i zaopatrzenie. Lądową granicę radziecko-afgańską przekroczyły trzy dywizje pancerne liczące około 50 tysięcy żołnierzy i ponad tysiąc pojazdów pancernych. .
-Może na przykład nie otwierać, bo leży w łóżku - kontynuowała Janeczka. - I potem bardzo przeprasza i pyta, czego od niego chcieli. - A skąd wie, kto do tych drzwi dzwonił? .
sytuacja w Europie. Kilka miesięcy po wkroczeniu wojsk .
sięgała ukradkiem do kieszeni, w której nosił zawsze .
Nie są to bynajmniej przypadki wyjątkowe, a z wielu względów .
jest w .
zewnątrz. Jeżeli udasz się do optyka, nie da ci recepty na .
istnieje ktos tak wybitny jak osoba, u ktorej wlasnie jest. Dobry .
Wasza Carska Wysokość! Od śmierci Waszej matki nie upłynął dzień, a Wy. . . już podejmujecie kolejne kroki w spisku, aby pognębić Waszą bratanicę. . . Wobec czynu tego blednie nawet śmierć z rąk bolszewickich oprawców imperatora, jego rodziny i mojego ojca. Łatwiej zrozumieć zbrodnię popełnioną przez zgraję opętanych, pijanych barbarzyńców niż spokojne i systematyczne wyniszczanie członka bliskiej rodziny. . . wielkiej księżnej Anastazji Mikołajewnej, której jedyną winą jest to, że będąc prawowitą następczynią tronu staje na drodze krewnym, chciwym i pozbawionym wszelkich skrupułów. .
wa, dokonuje oceny funkcji leżących u podstaw czytania i pisania. Powinny więc to być badania percepcji i pamięci wzrokowej, słucho-wej, motoryki, integracji percepcyjno-motorycznej, funkcji językowych, .
"dzidzia', "mama' i wodzi paluszkiem dziecka po obrazku, dotykając .
- Niech to pioruny, panowie - zdumiał się przedstawiciel .
- To się rozumie, eminencjo, że postąpił niegodnie, ale przyjaciele natychmiast zwrócili tę kwotę i sprawa została zatuszowana... Człowiek z dobrej rodziny... a od tego czasu sprawował się nienagannie. Nie mam pojęcia, skąd Rivarez mógł wyrwać tę wiadomość, dość że zaraz przy rozpoczęciu śledztwa wyjechał z tym starym skandalem, i to w obecności niższych oficerów! A to wszystko z twarzą tak niewinną, jakby odmawiał pacierze! Rozumie się, że historia ta krąży już teraz po całej prowincji. Gdyby eminencja zechciał bodaj jeden raz być obecny przy badaniu, pojąłby niewątpliwie... On nie potrzebowałby o tym wiedzieć... Eminencja mógłby słuchać niewidzialny, z... Montanelli odwrócił się i spojrzał gubernatorowi prosto w oczy; twarz jego miała wyraz, jaki rzadko się na niej pojawiał. - Jestem przedstawicielem religii, a nie szpiegiem policyjnym - oświadczył - i podsłuchiwanie nie należy do moich obowiązków. - Nie miałem... nie miałem zamiaru obrażać... .
których jak dwie ręce poruszały się tłoki i obracały to koło-potwór, ¶wiszcz±ce .
- Co masz zamiar zrobić? .
organiki. .
Zmuszę pielgrzymów do opuszczenia miejsc świętych. Śpiewając, .
i niku. Wylazłem z auta. W domu bawiono się, sły- .
dostarczyła Iranowi nieprzebranych .
- Ja również. Gdy zabrzmiała muzyka, chwycił ją mocno za nadgarstek i objął w talii. Cały czas szczerzył zęby w uśmiechu, napawając się swoją chwilową przewagą. Wiedział, że dopóki płyta się nie skończy, niewiele mogła zrobić. - Przy naszym ostatnim spotkaniu - odezwał się - powiedziała mi pani, że żaden ze mnie dżentelmen. Muszę więc poprawić swoje maniery. Roześmiał się, jakby powiedział coś bardzo zabawnego. Zauważyła, że miał już dobrze w czubie. Muzyka dobiegła końca. Zatrzymali się przy otwartych drzwiach tarasu i Reichslinger wypchnął ją na zewnątrz. - Wystarczy już tego - rzekła. .
- A ty? .
Automatyzm .
kultury. Naukowe poglądy naszych klasyków wiążą się tysiącem nici .
- Świetnie. Teraz ty mnie posłuchaj - powiedział McKittrick. - Jeśli pozwolimy tym sukinsynom zwiać, bo zabraknie nam ikry, żeby zrobić, co należy, obydwaj wylecimy z pracy. .
.
.
przywiązaliście ich do fabryk. Niszczycie organizm gospodarczy .
dzialania, .
Puściłem się na przełaj w stronę Pasiek, potem polną drożyną na wzgórze Deberki. Robił się niebieski świt. Kiedy już byłem na grzbiecie pagórka, posłyszałem za sobą strzały. Widać było na dole drobne sylwetki wybiegające z zadrzewionego cmentarza w pole. Wszystko było białe, niebo białe i pole aż sine. Tylko nagie i czarne sterczały krzyże wśród siwych brzóz. Kobieta z kilkorgiem dzieci biegła polem, była już daleko za płotem, kołysała się, ciągnąc nogi i dzieci po śniegu. Za nią wlokła się chustka. Zdawało mi się, że słyszę krzyk człowieka wołającego w trwodze, że widzę przed sobą wielkie, okrągłe w śmiertelnym strachu oczy dziecięce. Zakrzyczałem raz i jeszcze raz: - Hooop, hoop! - Echo poniosło do lasu. Usta miałem otwarte i słyszałem jeszcze swój głos. Żandarmi przeskoczywszy płot zatrzymali się, patrzą w moją stronę, jeden podnosi łokcie, widać lornetkuje mnie. Kiwam do nich pustym kułakiem. Pięciu ich jest. Kobieta i dzieci biegną, trzech biegnie za nimi, podnoszą karabiny. Wtedy ja wyciągam pistolet Chaima i lecę w stronę uciekających. Las niedaleko. Ręka mi drży, kolba zmokła od potu. Zaświstało koło uszu, strzelają. Jestem już blisko. Bodajbym tego nie robił. Dzieci spostrzegły mnie, zakrzy-czały i cała gromadka skręca w lewo. Kupy gnoju stały szeregiem aż po las, przysiadłem i strzeliłem w stronę cmentarza. Pochylony, kryjąc się za kupy, biegłem w krzaki zrębu. Oczy szukały schowku, obejrzałem się: żandarmi stali w polu, jeden kiwa ręką, ci dwaj spod cmentarza ruszyli naprzód długim krokiem. A ja w swoją drogę. Wszystko tu w lesie było jak zawsze: .
- Decker! Był tak oszołomiony, że w pierwszej chwili nie usłyszał, że Esperanza krzyczy do niego. .
- A kto jest przy nim teraz? - spytała Gemma. .
zbija płace do jednakowo niskiego poziomu. .
tkwi właściwość wkładania w swoje przejawy zarazem i swej .
- Wyborcom się to nie spodoba, Bernardzie. .
się niepokoić Waszą Cześć! Inkomoduję Pana Profe- .
Wołanie o pomoc, które rozlegało się w pustce górskiej, dobiegało z północnej zerwy Małego Jaworowego Szczytu, ze skalnej platformy pokrytej wielkimi głazami. Tego dnia - 5 sierpnia 1910 roku - młody, ale już świetnie zapowiadający się taternik, Stanisław Szulakiewicz, wraz ze swym towarzyszem, Janem Jarzyną, wyruszyli z zamiarem dokonania pierwszego przejścia tej ściany. Owa ściana, licząca przeszło trzysta metrów wysokości, odstraszała kruchością zwietrzałych skał i gładką, niedostępną partią szczytową. Nikt jeszcze nie przeszedł ani nawet nie próbował przejść tych groźnych urwisk, toteż zadanie, które sobie postawili młodzi zdobywcy, było niezwykle poważne. Początkowo prowadził Szulakiewicz. Dość szybko przebyto pierwsze przeszkody ściany: wąską, płytową rynnę skalną. Wyżej, w środkowych partiach, teren stał się łatwiejszy, mniej stromy, bardziej rozczłonkowany. Stroma półka, ciągnąca się skośnie w prawo, zaprowadziła wspinaczy do piarżystego wgłębienia. Skały spiętrzały się nad nim pionowo, ale jeszcze nieco dalej w prawo trawiasto-skaliste żebro pozwalało bez większych trudności pokonać dalszy odcinek. Pionowy uskok żebra udało się okrążyć dalekim łukiem od lewej strony. Już sto metrów, już sto pięćdziesiąt, już więcej niż połowa ściany została zdobyta. Rosła przepaść pod stopami, coraz głębiej i głębiej w dole widać piargi i śniegi doliny. Od połowy ściany pierwszy szedł Jarzyna. Żebro, którym się wspinał, stawało się coraz bardziej strome. Do szczytu zostało już tylko jakieś sto dwadzieścia metrów, ale teraz zagrodziły drogę gładkie, żółto zabarwione płyty górnych partii ściany. Daremnie młodzi taternicy szukali jakiejś luki w przewieszonych zerwach. Wąskim, poziomym gzymsem skalnym posuwają się jakiś czas w prawo, w poprzek ściany, natrafiając na obszerną platformę zasypaną piargiem i kamiennymi blokami. Trudno nam dziś odtworzyć ściśle szlak ich dalszej wspinaczki. Ściana nad platformą wykazuje niewielkie możliwości przejścia. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że do dziś jeszcze nie została pokonana. W rok po próbie Szulakiewicza i Jarzyny cofnęli się z tego miejsca dwaj najznakomitsi ówcześni taternicy węgierscy: bracia Gyula i Roman Komarniccy. Zdobyli oni wprawdzie północną ścianę Małego Jaworowego, ale ominęli jej górne partie dalekim trawersem w prawo. Jarzyna rusza znowu naprzód. Śmiało atakuje pionowe płyty skalne. Wyszukuje małe, prawie niewidoczne chwyty i stopnie. Z najwyższym wysiłkiem wspinacze posuwają się powoli metr po metrze. Szulakiewicz asekuruje towarzysza z uwagą i skupieniem, ale - bądźmy szczerzy - cóż warta była asekuracja w czasach, gdy wbicie haka w skały zdarzało się tylko wyjątkowo, a normalnie stosowanym ubezpieczeniem była lina trzymana przez asekurującego po prostu... w ręku? A właśnie w tej chwili asekuracja przy pomocy haków i karabinków miałaby wartość nieocenioną. Jarzyna znajduje się bowiem jakieś piętnaście metrów nad towarzyszem w sytuacji nadzwyczaj niebezpiecznej. Stoi na maleńkich stopniach w przewieszonej ścianie, ręce zaciśnięte na skalnych chwytach drżą mu ze zmęczenia. Odczuwa teraz skutki nadmiernego wysiłku wielu godzin wytężonej wspinaczki. Usiłuje wyciągnąć się na rękach w górę, na dogodniejsze miejsce, i wtedy utrudzone mięśnie odmawiają posłuszeństwa, nastąpił skurcz, zgięta w łokciu ręka zesztywniała, stała się nagle jakaś obca, jakby nie własna, palce wyprostowały się wbrew woli, wypuściły chwyt. Zanim wspinacz zrozumiał, co się właściwie stało - już leciał w powietrzu głową w dół. Gwałtowne szarpnięcie liny wyrwało błyskawicznie Szulakiewicza ze stanowiska asekuracyjnego. Po ułamku sekundy lecieli już obaj. Przerzuciło ich przez platformę, z której niedawno wyszli, ale łącząca ich lina zaczepiła się o jeden z bloków skalnych, jakimś cudownym wprost przypadkiem nie zerwała się i obaj zawiśli potłuczeni, lecz żywi. Z trudem udało im się wygramolić z powrotem na platformę. Dziwna rzecz: Jarzyna, którego upadek wynosił niemal pięćdziesiąt metrów, wyszedł z niego prawie bez szwanku. Natomiast Szulakiewicz, który spadał "zaledwie" dwadzieścia metrów, odniósł poważniejsze, choć prawdopodobnie niegroźne dla życia obrażenia i nie był w stanie poruszać się o własnych siłach. Początkowo sądzili, że dłuższy odpoczynek na platformie wystarczy, by przywrócić Szulakiewiczowi możność choćby najpowolniejszego schodzenia z pomocą liny. Gdy po dwóch godzinach stan nie uległ zmianie, zdecydowali, by Jarzyna spróbował zejść sam i sprowadzić pomoc. Była to jedyna decyzja, jaką w tych okolicznościach mogli powziąć. Oczekiwanie pomocy w ścianie, przywoływanie jej krzykiem w pustej, nie uczęszczanej wówczas Dolinie Jaworowej było zupełnie bezcelowe. W pogodny dzień wołanie mogliby może usłyszeć nieliczni turyści przechodzący niekiedy szlakiem przez Lodową Przełęcz. Tego dnia jednakże pogoda była wybitnie niepewna. O, właśnie z mgieł wałęsających się nisko nad doliną poczyna padać drobny, tatrzański kapuśniaczek. Trzeba się spieszyć, zanim skała nie stanie się mokra i śliska. Ciężka to decyzja dla każdego prawdziwego człowieka gór opuścić rannego towarzysza, nawet gdy się wie, że to dla niego jedyny ratunek. Tym cięższa, gdy się ma ze sobą marny kawałek liny, pod sobą blisko dwieście metrów trudnej i kruchej ściany, a wie się dobrze, iż od powodzenia wyprawy, od jednego fałszywego kroku zależy życie lub śmierć kolegi i przyjaciela. Jan Jarzyna bez wahania wziął na siebie to brzemię odpowiedzialności. Późniejsze kroniki taternickie nie notują już więcej jego nazwiska. Nie wiemy, jakie były dalsze losy tego młodzieńca o zadatkach na alpinistę wielkiego kalibru. Przypuszczać należy, że po straszliwych zdarzeniach, o których tu piszemy, Jarzyna porzucił taternictwo na zawsze. Jednakże nawet dziś, po tylu latach, czujemy podziw i szacunek dla hartu woli człowieka, który potrafił dokonać niezwykłego czynu: mimo potłuczeń, mimo niewątpliwego wstrząsu po wypadku, mimo coraz to pogarszającej się pogody zejść samotnie, bez asekuracji, poprzez urwisko Małego Jaworowego i w niezwykle szybkim tempie odbyć wielogodzinny, wytężony marsz do dalekiego schroniska przy Morskim Oku. Do schroniska tego dotarł o godzinie dziesiątej wieczór. Natychmiastowy telefon do zakopiańskiego Pogotowia, krótki (jakże krótki!) moment odpoczynku, i Jarzyna wraz z dwoma przebywającymi w Morskim Oku turystami i trzema przewodnikami pomaszerował w ciemność deszczowej nocy z powrotem pod ścianę, w której zostawił oczekującego pomocy Szulakiewicza. Alarm o wypadku na Małym Jaworowym postawił na nogi całe Tatrzańskie Pogotowie. Mimo późnej wieczornej pory, mimo fatalnej pogody, ulewy i wichru kierownik Mariusz Zaruski zmobilizował wszystkich obecnych w Zakopanem przewodników i taterników. O północy tego samego fatalnego dnia 5 sierpnia ekspedycja wyruszyła na góralskich furkach przez Łysą Polanę do Jaworzyny, a stamtąd - już pieszo - do Doliny Jaworowej. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że szanse uratowania Szulakiewicza są niewielkie i że natychmiastowa pomoc jest konieczna. W miarę wznoszenia się w górę deszcz zmieniał się w mokry śnieg, pomieszany z gradem. Było oczywiste, że nieszczęśliwy wspinacz, ciężko potłuczony, leżący samotnie na skalnej platformie w ścianie, nie wytrzyma długo, że może nawet nie dożyć do rana. Z drugiej zaś strony, czy uda się w tak wyjątkowych warunkach wedrzeć wysoko w groźną, niedostępną ścianę, której dopiero wczoraj po raz pierwszy dotknęła stopa człowieka? Czy uda się następnie opuścić na linach w dół ciało rannego? Pytania te zadawał sobie Zaruski, odpowiedzialny za życie tego w ścianie i życie tych wszystkich, którzy z nim razem szli na tak wielkie niebezpieczeństwa - nurtowały także towarzyszących mu taterników: zdobywcę południowej ściany Zamarłej Turni, Stanisława Zdyba, świetnych wspinaczy, Romana Kordysa i Aleksandra Znamięckiego. Nurtowały chyba najbardziej Klimka Bachledę, który mimo swych sześćdziesięciu jeden lat wciąż jeszcze dzierżył berło "króla tatrzańskich przewodników". Klimek może najlepiej zdawał sobie sprawę, że zadanie, jakie ich czekało, niemal .. przekracza siły ludzkie. Wiedział o tym, gdyż trzydzieści lat wędrówek po górskich szlakach dało mu doświadczenie, którym nikt nie mógł się z nim równać. Ale Klimek się nie cofnie. Miałby się wahać on, który jeszcze jako młody chłopak w roku 1873 niósł ratunek ginącym w czasie wielkiej zarazy w Zakopanem, on, którego całe życie było ciągłym narażaniem się w górach za innych? Ten stary bohater bez skazy myślał tylko o jednym, o tym, że gdzieś wysoko w skałach żywy człowiek czeka ratunku. Jeszcze przed świtem, w sobotę 6 sierpnia, w gęstej mgle, deszczu i śnieżycy wyprawa Pogotowia dotarła pod ścianę. Niestrudzony Jarzyna czekał już wraz grupą, którą przyprowadził z Morskiego Oka. Udzielił Zaruskiemu szczegółowych informacji o wypadku i określił możliwie najdokładniej miejsce, w którym zostawił Szulakiewicza. Dziś, po tylu latach, gdy nie żyje już bodaj nikt z członków owej pierwszej grupy ratowniczej, nie sposób ustalić, dlaczego Zaruski nie wziął Jarzyny ze sobą w ścianę. Przypuszczać należy, że powód był bardzo prosty: wytrzymałość ludzka ma przecież swoje granice. Jarzyna, który od dwudziestu czterech godzin był bez przerwy w akcji, który przebył trudy przejścia ścianą i o wiele cięższe trudy zejścia, przeżył pięćdziesięciometrowy upadek, wstrząs nerwowy i szaleńczy wyścig z Jaworowej do Morskiego i z powrotem - zapewne nie był już w stanie wspinać się, choćby przy najwydatniejszej pomocy liny i towarzyszy. A jednak, tylko Jarzyna - który tę drogę poznał na wylot, w pogodę i niepogodę on jeden miał szanse nieomylnego zaprowadzenia ekspedycji do miejsca wypadku mimo mgły. Lodowata ulewa objęła Tatry. Szumiały wezbrane potoki, w żlebach grzmiały wodospady, ściany górskie pobłyskiwały przez mgłę siecią białych, spienionych siklaw. Pioruny rozświetlały co chwila szarość zamieci, grad i deszcz siekły ciała wspinających się ratowników, oślepiał ich śnieg niesiony wichrem. Tylko ten, co zna Tatry o każdej porze roku, o każdej porze dnia i nocy, w każdą pogodę, może sobie zdać sprawę, czym są takie godziny, gdy sprzymierzone ze sobą żywioły atakują drobną kruszynę ludzką, tkwiącą gdzieś w urwisku. Rozproszeni po ścianie ratownicy metr po metrze wdzierali się w górę. Wciągali się na rękach, podpierali łokciami, kolanami; pełzali po nachylonych, oślizłych płytach skalnych. Woda wlewała im się przez rękawy, za kołnierze, wyciekała nogawkami spodni. Przemoknięci, sztywni, zgrabiałymi palcami szukali chwytów. Rozsądek nakazywał odwrót, któż by o tym jednak myślał; gdy od czasu do czasu poprzez szum wodospadu i ryk burzy przebijał z góry głos ludzki: słabe, żałosne wołanie Szulakiewicza! Słyszał je Zaruski, słyszał je także Klimek, gdy szedł na przedzie grupy ratunkowej. Minęło wiele takich godzin. Wysoko w ścianie - wytrwały już tylko dwie partie wspinaczy: związani wspólną liną Klimek, Zaruski i Zdyb, a tuż za nimi - Kordys i Znamięcki. Przyszedł wreszcie moment, że wszyscy byli u kresu sił. Ciała dygotały febrycznie, zęby szczękały, z ust zamiast słów wydobywał się jakiś dziki bełkot, gorączka stawiała przed oczyma zwidzenia i majaki... Dzień miał się ku końcowi, głos Szulakiewicza od dawna już ucichł, a oni poczęli sobie zdawać sprawę, że jeśli natychmiast nie rozpoczną odwrotu - podzielą jego los. Jeden tylko Klimek, głuchy na wszelkie perswazje, parł dalej naprzód. Posuwali się za nim, pokonując z najwyższym wysiłkiem rosnący bezwład ciał. W pewnej chwili lina łącząca Klimka z Zaruskim zacięła się o głaz. Gdy szarpnięcia nie pomagały, Klimek odwiązał się, puścił luźno koniec i poszedł dalej samotnie, bez asekuracji. - Wracajcie, Klimku! - krzyknął Zaruski, rozumiejąc szaleńcze ryzyko sytuacji, w której znalazł się stary przewodnik. Machnął lekceważąco ręką. On, wspinacz nad wspinacze, suchy, drobny, lekki, poruszał się w ścianie z taką swobodą jak po wygodnej ścieżce. Deszcz, śnieżyca, kurniawa? - znał to wszystko dobrze. Żelazna wytrzymałość fizyczna i psychiczna sprawiła, że czuł się dużo lepiej niż jego towarzysze. Miał prawo wierzyć, że da sobie radę nawet w takiej ścianie, nawet w takich warunkach. A zresztą, czy nie ślubował w Pogotowiu, że we dnie i w nocy, w deszcz i pogodę, bez względu na trudy i niebezpieczeństwa ratować będzie do ostatka tych, co giną w górach? Zaruski i Zdyb widzieli, jak zawrócił w prawa, ku czerniejącej we mgle grzędzie skalnej. Posuwali się jakiś czas za nim, potem skręcili w lewo do rynny. Byli - nie wiedząc o tym, bo mgła przesłaniała wszystko - kilkadziesiąt metrów poniżej miejsca, w którym leżał być może jeszcze żywy Szulakiewicz. Ale tu był kres ich odporności. Ci dwaj ludzie - obaj o stalowych nerwach, mięśniach i woli - tracili co chwila przytomność. Zwidzenia prześladowały ich coraz natrętniej. W przebłysku świadomości powzięli decyzję odwrotu. Z rynny dotarł z powrotem na żebro i tam, drżąc z zimna, chwiejąc się na nogach czekali na Klimka. I wtedy właśnie po raz ostatni zamajaczyła im we mgle jego postać. Stał o kilkadziesiąt metrów od nich, ręką wsparty o skałę, na owej grzędzie, która z prawej strony ograniczała ścianę. - Klimku! Wra-caj-cie! - zawołał znowu Zaruski. .
Jeżeli przekrój pochwy porównamy do tarczy zegara, to liczba 12 będzie oznaczać kość łonową, liczba 6 kość guziczną, a miejsca najmocniejszych doznań seksualnych wyrażałyby liczby 4 i 8. Aby wzmocnić ten ważny mięsień, należy: ,zrobić taki wysiłek, jak przy powstrzymywaniu strumienia moczu... Trzeba ćwiczyć to regularnie, trzymając przy tym lekko rozchylone nogi. Można tak robić przez kilka minut, wiele razy w ciągu dnia... Wzmacniany w ten sposób mięsień zwykle zwęża i wydłuża pochwę..., a narządy miednicy zostają podciągnięte." Dr Kegel proponuje, aby „każde oddanie moczu słało się okazją do tego ćwiczenia. Podczas tej czynności kobieta powinna powstrzymać mocz i znowu go oddać i czynność tę powtórzyć wielokrotnie... Rzadko się zdarza, aby nie udało się kobiecie znacznie podnieść swej sprawności seksualnej przez zrozumienie mechanizmów fizjologicznych i naukę techniki współżycia... Żona powinna być również aktywna. Mając wyrobiony „mięsień Kegla" może obejmować członek męża swoją pochwą... Należy wiedzieć, że to nie ruchy w przód i w tył dają kobiecie najwięcej przyjemności, ale łagodny nacisk na boki w kierunku ścianek pochwy, gdzie znajduje się cyfra 4 i 8 na .
był dzień targowy i wieśniacy przybyli tłumnie z okolicznych wiosek i siół z trzodą i drobiem, nabiałem i na wpół dzikim bydłem górskim. Na placu targowym bezustannie tłoczyły się gromady ludzi śmiejąc się, żartując, targując suche figi, tanie ciastka i ziarna słonecznika. Opalone, bose dzieciaki tarzały się po bruku, z gołymi główkami na skwarze słonecznym, gdy matki siedziały pod drzewami z koszami jaj i masła. Monsignor Montanelli wyszedłszy pozdrowić włościan został od razu otoczony wrzaskliwą gromadą dzieci trzymających dlań w pogotowiu ogromne pęki irysów, szkarłatnych makówki wonnych białych narcyzów, zerwanych na zboczu gór. Wieśniacy tolerowali to jego namiętne rozmiłowanie się w polnych kwiatach jako jeden z drobnych kaprysów, które miewają ludzie bardzo mądrzy. Gdyby ktoś mniej kochany i wielbiony napełniał sobie dom wszelkiego rodzaju ziołami i trawskiem, byliby go wyśmiewali, ale "świętemu kardynałowi" wybaczano takie zachcianki. - I cóż, Maruccio? - odezwał się do jednego z dzieciaków, gładząc go po głowie. - Wyrosłeś, odkąd cię nie widziałem. A jakże tam z reumatyzmem babki? - Lepiej jej teraz, eminencjo, ale mama znów chora. .
skawicznie odszyfrowyw ał. Ponadto potrafił on zmieniać częstotliwość w kilka .
269 .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Tego się obawiałem. .
Ron był markotny do końca lekcji. .
że Falconbridge, który miał dobre, proste serce, czuł się .
- Więc to jest las? - zawołała Anka przystaj±c ze zdumienia pod drzewami. .
Obejrzawszy jeszcze dwa takie same krążki, w najgłębszym milczeniu i prawie bez oddechu przemieścili się znów na Racławicką - Mikrofony - powiedział z wielką stanowczością Bartek, ciągle szeptem. - Raz w życiu widziałem coś takiego podobnego i uważam, że to jest szpiegowska pluskwa, tylko trochę większa. .
- Hare zabrał go jeepem - odpowiedział ochoczo Edge, czując początek jakiejś rozróby. - Była z nim Julie. Pojechall do pubu. - Posłuchaj mnie teraz uważnie, Joe. Możliwe, że Osbourne spróbuje namówić Hare'a na nielegalny rejs do Francji. Musisz temu zapobiec. - W jaki sposób, sir? .
- Właśnie - przypomniałam sobie natychmiast wszystkie wątpliwości, które narastały we mnie przez cały dzień. - Gdzie jest ten papier Jadwigi? - Powoli, powoli - powiedział diabeł, uśmiechając się złośliwie i wyraźnie rozkoszując swoją przewagą. - Zaraz do tego dojdziemy. Słusznie zauważyłaś, że zbrodniarz nie miał czasu szukać notesu Tadeusza. Bardzo słusznie, pod warunkiem, że był tam opisany; Ale jeżeli poszło o jakąś sprawę, której nieboszczyk nie zanotował?... To co? - No, jak to co? To wtedy notes w ogóle był niegroźny. .
Uważał, że mogłoby to narazić na niebezpieczeństwo rycie zakładników, a ponadto nie było wiadomo, czy w ciągu kilku najbliżsrych godzin rząd .
nie jest niekontrolowaną siłą. Kiedy Siakti zostaje obudzona .
Indianin. .
Trottelreiner. Jakby się w sobie przełamał, odchrząknął, .
tańszych węgli i tańszych robotników i ta ci±gła, nieustanna troska o pieni±dze. .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Nie mogę odwrócić wzroku od szosy, żeby spojrzeć we wsteczne lusterko - odezwał się do Beth. - Spójrz do tyłu. Widzisz jakieś światła? .
- Nie. To była umowa ustna, obowiązująca tak samo jak pisana. .
przejeździe, zostawiłam tam wiernego Kakambę i starą, którzy .
- Zagraj! Łapa! Kruczek! kot!... kot!... kot!... - wołała z całych sił. .
stan ciągłego entuzjazmu i radości. W każdym człowieku znajduje .
- Uważa się, że do mutacji [w rodzinie] może dojść mniej więcej raz na trzysta pokoleń - powiedział. Dodał jednak, że dotyczy to heteroplazmii, którą odkrył, a nie mutacji, która jego zdaniem prawdopodobnie - czego jednak nie mógł udowodnić - jest przyczyną heteroplazmii. .
systemow irygacyjnych sluzacych zwielokrotnieniu plodow. Nowa .
- Skąd o tym wiecie? - ozwał się dr Riccardo tonem źle skrywanej irytacji. .
- Co znaczy? .
.
- Lepiej okryjmy się peleryną już tutaj. Upewnimy się, że zakryje wszystkich... bo jeśli Filch zobaczy jedną z naszych stóp wędrującą sobie po korytarzu... .
dzisiejszej Norwegii regularnie zaczęli najeżdżać Irlandię, rabować i porywać niewolnika, w roku zaś 845, kiedy Eriugena ponoć objął posadę nauczyciela na frankijskim dworze, złapali akurat i uprowadzili Forannana, opata z Armagh, najważniejszego zgromadzenia. We Włoszech cywilizacja, kultura i dobrobyt zaczynały się na południe od Rzymu, tam gdzie rozciągały się formalnie domeny Bizancjum, w miastach kupców i żeglarzy, jak Amalfi czy SaIerno ze swą sławną szkołą medyczną, dalej zaś kwitła arabska Sycylia Fatymidów, czyli wszystko, od czego chcą się dzisiaj uwolnić egoistyczne Włochy północne. Cesarz Otton II potrafił jakoś bić Słowian połabskich, Czechów (choć to już z trudem), I)uńczyków, ludzi króla Francji, ale kiedy wyprawi się na podbój południowej Italii, wtedy pod Crotone, pod starą pogrecką ICrotoną (we wszystkich dosłownie pracach historycznych dotyczących tej epoki figuruje ona, pewnie za jakimś skrybą średniowiecznym, jako "Cotrone"!) dadzą mu łupnia połączone siły muzułmańskie i chrześcijańskie, i to tak, że mało sam nie trafi do niewoli. . . Tak samo przekorne jest miejsce pochodzenia naszego bohatera - Aurillac. To Owernia. W naszych czasach, czyli przez całe wieki nowożytne, uważano ją za krainę zapóźnioną w rozwoju, było to biedne półodludzie na Masywie Centralnym, z wulkanicznym krajobrazem, z ubogimi glebami, gdzie udawało się tylko żyto i jęczmień, gdzie w dodatku - jak dziś wiemy - .
- Nie mówiłem o przyjemności - sprostował Sledmere. Rozważałem tylko możliwe zyski. Artemis położył karty na stoliku. - Jeśli o tym mowa, to ja właśnie swoje powiększyłem. - Wygląda na to, że moim kosztem - mruknął Belstead. patrząc na leżące na stoliku karty. - Ma pan piekielne szczęście. sir. Artemis popatrzył w stronę Glenthorpe'a, który odstawił szklankę i z trudem podniósł się z fotela. - Myślę, że dzisiejszego wieczoru nie powinienem tego szczęścia wystawiać na dalsze próby. Wybaczcie mi, panowie, ale nie chcę się spóźnić na spotkanie. Belstead zachichotał. - Kim jest ta szczęśliwa dama, Hunt? .
ba, śmiejąc się, czynią rzeczy najbardziej haniebne. .
Procesor firmy Intel 80486 z koprocesorem, częstotliwość zegara 66 MHz, 4 MB pamięci operacyjnej (z możliwością rozszerzenia do 32 MB), twardy dysk o pojemności 340 MB, dwie stacje dysków (1,2 MB i 1,44 MB), karta graficzna SVGA z pamięcią podręczną 512 kB, monitor kolorowy. Do zestawu dołączony jest DOS wersja 6.2 i Windows. .
- Wrażenie ci się. No!... .
- I bardzo dobrze - pochwaliła uroczyście. -- Pomożemy panu. - Niewykluczone, że już mi pomogliście. Ta pułapka tutaj... - Co za pułapka? - przerwał nieufnie Pawełek. - Pan sam jeden, to ma być pułapka? Nikogo więcej nie widzę. - Pułapka ma to do siebie, że nie może jej być widać - pouczył porucznik. - Ja sam jeden przyszedłem porozmawiać i dowiedzieć się szczegółów, a reszta czeka w ukryciu. Przy okazji, proszę o pozwolenie wykorzystania ogrodu państwa. Pani Krystyna uczyniła ręką gest, który oddawał mu do dyspozycji nie tylko ogród, ale cały dom razem ze strychem i piwnicami. Porucznik podziękował z lekkim roztargnieniem. Wzrok skierował na Chabra. .
Are you sure (Y/N)? .
przygotowania się, luki w wiadomościach i umiejętnościach, zbyt mały wysiłek czy wręcz lenistwo, a nawet posądzają je o'brak .
.
palącą się tarczą z aureolą rozbryzgów. Zerknął na .
gorsza. Może Stany Zjednoczone mogą sobie pozwolić być .
.
wiedziona jakąś nadzieją - wyrwała jej z rąk kopertę, wydobyła gęsto zapisany arkusz i pokryty stemplami blankiet. Przebiegła wzrokiem linijki listu, po czym - ku zdumieniu Kaźmierza -zarzuciła mu ramiona na szyję i jęła wykrzykiwać: "Jedziemy do Ameryki"! Podsunęła przed oczy zaskoczonego dziadka oficjalne zaproszenie dla Karguli i Pawlaków. Teraz Zenek nie będzie miał już nic do powiedzenia! - Oczadziała czy jak? - Pawlak patrzył na wnuczkę jakby była niespełna rozumu. .
Hanys poszedł. A kiedy już odchodził, posłyszał, że ojciec znowu wszczyna rozmowę o tym bezrobotnym człowieku, któremu się wydaje, że jest człowiekiem niepotrzebnym i skończonym. .
przystojnych chłopców z załogi do siebie do domu wymaga .
natomiast, .
Dzięki temu, co zostało ci dane, dostąpisz tego, czego dopiero .
płaskorzeĽb± na frontonie, przedstawiaj±c± przemysł, o dwóch bocznych pawilonach .
- A ja za Shirley! Mówiłeś, że wiesz, gdzie można szukać jej tropów. .
porżniętych nożami jak na dobrym góralskim weselu! A teraz tam czarna bida! Kto miał za co, to się wyprowadził do lepszych dzielnic, a ci, co zostali, muszą się bić z czarnymi albo z Meksami! - Ot, pomorek. Teraz widzisz, na co ty go skazał! -syknął wprost do ucha sąsiada Pawlak. Wbił łokieć pod żebro Kargula, żeby przestał podziwiać przez szybę drapacze chmur, tylko zdobył się choć na cień wyrzutów sumienia. .
- Ty sprawdź sklep, a ja będę patrzyła na ulicę. .
Revson zrobił doktorowi parę rutynowych zdjęć, po czym ten pod- .
ktore .
- A gdzie ja jestem? .
Kundalini. Naukowiec chce zainteresować ludzi poprzez dyskusje .
własn± rękę, a że Mela miała taki posag i że mu się do tego bardzo podobała z .
- Właśnie dlatego chcę tutaj mieszkać. .
- Inna droga wydaje się logicznym środkiem ostrożności. - Decker odwrócił się do Beth. - Wysadzimy cię koło twojego domu. Mówiłaś, że masz sprawy do załatwienia na wschodzie i że jutro wyjeżdżasz. To bardzo dobry termin. Wiem, że z ramieniem w takim stanie nie bardzo masz ochotę na podróż, ale kiedy dotrzesz do Nowego Jorku, będziesz mogła odpocząć. To nawet niezły pomysł, żebyś została z rodziną do czasu, aż skończą się twoje spotkania w interesach. Nie spiesz się z powrotem. Powinnaś wyjechać już dziś po południu. Beth była zaskoczona. .
urządzeń do wytwarzania zasłon dymnych .
- Dzień dobry! - odparł obojętnie. .
Na siódmy dzień przyszła tamta pani, którą dzieci nazywały panią doktor Stasią. Naokoło karuzeli stały tłumy ludzi, mrok już zapadał, a lampy acetylenowe jarzyły się białym światłem. Karuzela kręciła się jak zwykle, a katarynka jak zwykle buczała, piszczała i trąbiła zawzięcie. Pan Szymiczek był już trochę zachrypły od ciągłego wołania. Raz w raz zdejmował swój czerwony fez turecki z głowy i ocierał spocone czoło. Potem znowu go wkładał i wołał: .
śniadaniowy o którym tyle słyszała. Na szczęście drzwi .
chce, że jak tak dalej będzie prowadzić interes, to my wyjdziem bez niczego - .
Przewiezienie próbek do anglii zakończyło osiemnastomiesięczną batalię toczoną w sądzie w Charlottesviue. W zasadzie tylko jedno pytanie pozostawało bez odpowiedzi: jaka w całej tej sprawie była rola doktor MaryDaire Kinę? Początkowo doktor Kinę, światowej sławy specjalista od raka piersi, za namową doktora Maplesa i Levine zgodziła się zbadać odnalezione w Jekaterynburgu zęby i kości, aby ustalić, czy szczątki te należą do członków carskiej rodziny. Raport ten, pomimo coraz częstszych telefonów Maplesa, nigdy nie został opublikowany. Pomimo to Kinę przyjęła na siebie obowiązki wynikające z kolejnego badania w sprawie Romanowów; ustnie wyraziła zgodę na przeprowadzenie badania tkanki Anastazji Manahan i porównanie jej z DNA żyjących krewnych. W trakcie wielomiesięcznego procesu doktor Kinę, przypuszczalnie nieco nim zdegustowana, nie złożyła ani jednego pisemnego oświadczenia dotyczącego sposobu, w jaki zamierza przeprowadzić badania oraz jak, kiedy i gdzie zostaną opublikowane ich wyniki. Toteż nasuwa się pytanie: dlaczego - pomimo obowiązków wynikających z badania przyczyn choroby zagrażającej milionom kobiet - Kinę zgodziła się siebie i swoje laboratorium zaangażować w sprawę identyfikacji szczątków Romanowów? Z pewnością nie uczyniła tego dla pieniędzy, ponieważ w takich przypadkach doktor Kinę odmawia przyjęcia wynagrodzenia. Jeżeli uczyniła to, aby stać się jeszcze sławniejszą albo by zaspokoić ciekawość naukowca, dlaczego sprawy tej nie przeprowadziła do końca? Prawda wygląda tak, że gdyby w sprawie nie pojawiło się nazwisko tak znanego naukowca jak doktor Kinę, która na dodatek zgodziła się przeprowadzić badania, Związkowi Rosyjskiej Arystokracji i prawnikom z firmy Andrews & Kurth nigdy nie udałoby się storpedować porozumienia zawartego pomiędzy Richardem Schweitzerem, Peterem Gillem i szpitalem im. Marthy Jefferson. Przecież wielu ludzi przez wiele miesięcy czekało, wydając tysiące dolarów, na wyniki badań, których doktor Kin nigdy nie dostarczyła. .
błyszczących groźnie oczach. Duch Bartka znowu skierował się ku .
- Do kogo ty podobna? - zastanawia się głośno, przenosząc wzrok z buzi maleństwa na twarze z fotografii ślubnej. .
zakładania kościołów katolickich, szkół i kolegiów (jezuickich) .
- Jak się miewasz? - spytał Decker. .
Troszkę byliśmy tym zdziwieni, jednak po chwili doszliśmy do wniosku, że mieści się w tym zaproszeniu wielki dla nas komplement. Zebrań, wieców i odczytów było w tym czasie już w Warszawie pod dostatkiem. Kino jednak stanowiło wielką atrakcję, ludzie kości sobie łamali, żeby się do niego dostać. Nazwanie więc naszego wieczoru autorskiego kinem było dużym zaszczytem. Od tamtej pory miałem tych spotkań mnóstwo, zarówno zbiorowych, jak i w pojedynkę. Zarówno wypełnionych przez samo tylko żywe słowo, jak i urozmaiconych piosenką w wykonaniu świetnych artystów. Szczególnie dużo tych seansów odbyłem w towarzystwie Mieczysława Fogga. Nie ma chyba miasta czy miasteczka w Polsce, gdzie byśmy nie odbyli takiego koncertu śpiewaczo-recytatorskiego. Nazywałem te podróże "objazdami pasterskimi" w poszukiwaniu rozsianych po całym kraju warszawskich "owieczek". Fogg śpiewał swoje czarujące piosenki, ja czytałem felietony, a razem robiliśmy obserwacje, co i jak się na naszej prowincji zmieniło na odcinku sal koncertowych. I rzeczywiście postęp z każdym rokiem był coraz widoczniejszy. O ile w pierwszych latach zdarzały się sale po których podczas widowisk fruwały pod sufitem wróble, włączając się wesołym ćwierkaniem w pienia Fog-ga, o ile bywały fortepiany z nogą zbudowaną z cegieł lub podparte w tym miejscu wiedeńskim giętym krzesłem, później trafiało się to coraz rzadziej. Powstawały wspaniałe domy kultury, gdzie w naprawdę kulturalnych warunkach można było posłuchać koncertu, jak również go odbyć. Zdarzają się obecnie, i to nawet dość często, domy z zapleczem scenicznym wyposażonym w czysto utrzymane "wygody" dla występujących aktorów czy literatów wygłaszających prelekcje. A dawniej bywało, że "wygody" owe wyglądały tak, iż chcąc się zastosować do napisu na ścianie: "Pozostaw to miejsce w takim stanie, w jakim chciałbyś je zastać", trzeba by być w posiadaniu żelaznego łomu, oskardu, miotły, strażackiej sikawki i paru godzin wolnego czasu. Teraz należy to już do zamierzchłej przeszłości. Czasem zdarzają się jeszcze mankamenciki, na przykład takie, że z chwilą pociągnięcia w tych ustronnych miejscach za wiadomą rączkę woda z rezerwuaru nie płynie w przepisowym kierunku, tylko wylewa się pociągającemu na głowę. Nie przesadzajmy, nie wszystka, ale w każdym razie w ilości wystarczającej do dużego orzeźwienia. Drobne tego rodzaju urozmaicenia nagradza występującym sowicie szczery, życzliwy a często nawet entuzjastyczny stosunek do nich miłej publiczności. Czasem entuzjazm ten staje się powodem kłopotliwych sytuacji i utrudnia nieco spożycie tak zwanej wieczerzy po przedstawieniu. W chwili pojawienia się bohaterów wieczoru na sali miejscowej restauracji powstaje szmerek, zamieniający się wkrótce w owacje i żywiołowe domaganie się powtórzenia choćby jakichś fragmentów występu na estradzie lokalu. Kiedyś po koncercie w Międzyzdrojach z tymże Mieczysławem Foggiem jedliśmy spokojnie kolację w przepełnionym do ostatniego stolika uspołecznionym dansingu. Już przy śledziku w śmietanie pochwyciliśmy wprawnym uchem owe podejrzane szmery. Przy bryzoliku z frytkami pozbyliśmy się reszty wątpliwości, groźna nawałnica zbliżała się nieuchronnie. Spojrzeliśmy na siebie i wyszeptaliśmy niemal jednocześnie! - Chodu! Mnie się udało. Już na ulicy słyszałem z otwartych okien dansingu rozszalałe okrzyki tłumu: - Fogg! Fogg! My chcemy Fogga! .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
wszystkich piersi okrzyk zgrozy, ale gin±ł w chaosie szumów i trzasków, w .
jego mieszkańców miała decydować polityka Adolfa Hitlera. Teraz lu-dzie pokroju Skorzenego stali się potrzebni. Akcje niewielkich oddzia- .
Sprzeciwiał się temu przedstawiciel Skautów III Rzeczypospolitej, który uważał, że: to właśnie para w skautowskich mundurkach powinna otwierać ten korowód. .
a spowodowanej faktem, że Bransonowi, ze zrozumiałych względów, .
psychopatycznego, psychotycznego, psychoneurotycznego. Aktualnie .
Aby zapisać aktualną konfigurację programu NC, należy przycisnąć SHIFT+F9, a następnie ENTER, potwierdzając wykonanie operacji. Ponowne uruchomienie programu nastąpi z parametrami, które będą ustalone w chwili naciśnięcia tych klawiszy. Aby tak się stało, musi być jednak spełniony jeden warunek. Jeśli przyciśniemy F9, O, C, jedną z opcji, które możemy ustalić, będzie Auto save setup. Jeśli obok znajduje się x, oznaczający jej włączenie, konfiguracja programu będzie automatycznie zapisywana w pliku NC.INI w momencie wyjścia z Nortona Commandera. Wyłączenie tej opcji umożliwi zmianę zawartości pliku NC.INI tylko w sposób opisany powyżej (SHIFT+F9). .
- Kaźmierz, taż musi być koniec tej mitręgi. Tam ziemia nasza, gdzie cień nasz padnie. Jak tylko pociąg stanie - odczepiamy. .
ciagnacym go wolem. Pokoj duszy podaza za kazdym, kto opanowal umysl .
Ręce mu się trzęsą, pokurczone palce nie trafiają do guzików od .
- Stefek stanie na świecy - rozkazała. - Patrz na drogę, czy nic nie jedzie i nie waż się czegoś przeoczyć! Pawełek, weź Chabra i sprawdźcie, czy tu kogoś nie ma, bo może jaki wspólnik pilnuje Albo cieć. Bartek otwiera... Bartek otworzył zamknięte drzwi bez wysiłku i zaledwie za trzecią próbą. Popchnął je, uchyliły się z cichym piśnięciem. Wewnątrz było ciemno. .
grube składa się z kątnicy, okrężnicy i odbytnicy czyli prostnicy. Kątnica, czyli kiszka ślepa leży na prawym talerzu biodrowym. W jej ścianie przyśrodkowej znajduje się ujście jelita krętego. Ma ono kształt poziomo ustawionej szczeliny zaopatrzoną w zastawkę. Zastawka ta składa się z dwóch warg, dolnej należącej do kątnicy i górnej należącej do okrężnicy wstępującej. z dolnej ściany kątnicy odchodzi wyrostek robaczkowy. Jest on różnej długości od 2_30 cm, średnio około 8 cm. W położeniu prawidłowym zwisa do miednicy mniejszej. Może mieć inne położenie, wiąże się to ponadto z jego długością. Wyrostek posiada ściany zbudowane tak jak pozostałe odcinki jelita grubego, wyróżnia się tym, że posiada bardzo dużo tkanki chłonnej. Jego średnica ma kilka milimetrów. Wyrostek umieszczony jest na niewielkiej krezeczce, jest ruchomy. Kątnica wykazuje cechy budowy typowe dla dalszych odcinków jelita grubego. Ściana jelita grubego jest znacznie cieńsza od ściany jelita cienkiego. Błona śluzowa jelita grubego jest gładka, zawiera gruczoły jelitowe. Znajdują się w niej grudki chłonne, samotne. Błona podśluzowa jest cienka, delikatna. Błona mięsna posiada dwie warstwy: .
zamówić w hotelu Plaza apartament dla pana O'Neilla. panu do dyspozycji wóz służbowy. Chce pan mieć... Wolę prowadzić sam. .
- Co chcesz, Pawlak - September objął go ramieniem, chcąc go pocieszyć -Ameryka to big country! Ją na wszystko stać, bo ona jeszcze nigdy nie przegrała żadnej wojny. .
zaprzężonym w dwa kare, wspaniałe konie. .
.
Wychowani w tradycjach harmonii antycznej, w autorytecie dla współczesnej wiedzy mamy naturalną skłonność do kategoryzowania innych, inaczej mówiąc - do szufladkowania ich w ramach pewnych pojęć. W ten właśnie sposób dzielimy ludzi na uczuciowych, egoistów, lekkomyślnych... Trwałość tych ocen jest tak duża, że nawet ewidentna ich sprzeczność z realiami nie zmienia raz wydanej opinii. Niekiedy jednak spotyka się osoby wyłamujące się z wszelkich schematów. Mam tu na myśli, nieliczne wprawdzie, ale istniejące osobowości barwne, bogate, o wielu cechach złożonych i sprzecznych. Istnieje w nich jakby wielość natur: alłruisłycznej i egocentrycznej, wrażliwej i brutalnej, cynicznej i subtelnej, władczej i biernej, uczuciowej i chłodnej. Ta rozpiętość charakterologiczna wikła widzenie tej osoby przez otoczenie, które wyraża różne opinie, bo też i sprzeczne są zachowania tej osoby. Tego typu osobowości niepokoją, irytują, a także fascynują. Specyficzna sytuacja powstaje w związku, w którym partner usiłuje jasno sprecyzować cechy charakteru trudnego diagnosłycznie partnera, nie mieszczącego się w typowych schematach. Nieokreśloność i barwność takiej osoby prowokuje do jej rozgryzienia, irytuje rzekomą niekonsekwencją i zmiennością. Często usiłuje się wychowywać ją, aby pasowała do czarnobiałego obrazu: czasem i w psychoterapii popełnia się tego typu błędy. Związek z tego rodzaju nietypową osobowością może być fascynujący. Bogactwo jej cech niweczy monotonię, ubarwia codzienność. 21 Natomiast u osoby statecznej, ceniącej utarte ścieżki i jasne sytuacje, taki partner budzi irytację, przekonanie o jego nieodpowiedzialności, niedojrzałości: "Cenię sobie spokój, zajmowanie się domem, wspólne wieczory przy telewizji, zabawy z dziećmi. On natomiast ma jakieś dziwne zainteresowania i pomysły, czyta książki filozoficzne, to znów techniczne, encyklopedie; z jednej strony lubi towarzystwo, lecz bywają takie dni, że chce być samotny, jest taki zmienny, że nie mamy ze sobą wspólnego języka". Natomiast u osób nietypowych rodzi się uczucie niezrozumienia, przebywania w różnych światach, dystansu: "Nie znoszę monotonii i stale powtarzającego się tego samego rytmu życia. Potrzebuję przyjaciół, wizyt, lektur, lecz także i samotności, bezczynności. Człowiek nie może wszystkiego planować jak komputer: przecież dzisiaj mogę mieć chęć na film, a jutro na spacer. On natomiast pragnie porządku, jak w sądzie, chce, abym na kilka dni naprzód określiła swoje chęci i plany. Jesteśmy z innych planet". Największy konflikt powstaje wówczas, gdy jedno z partnerów reprezentuje cygański styl życia (intensywne przeżywanie danego dnia, nieliczenie się z jutrem, ciągła improwizacja, żywość emocjonalna, autentyzm bez uwzględniania reakcji otoczenia), a drugie - stateczną mieszczańskość. Można sobie zadać pytanie, w jaki sposób powstał ten związek? Odmienność potrafi przyciągać. Natury żywe, zmienne, sprzeczne oczekują bezpiecznej przysłani, równowagi u partnera, i odwrotnie. Nie zawsze jednak dochodzi do jedności przeciwieństw, zaczyna bowiem przeważać to, co dzieli. Najczęściej proces ten zaczyna się w okresie narastania instynktu gniazda u kobiety. W czasie chodzenia razem, na początku związku, cygańskość partnera bywa źródłem fascynacji, zauroczenia. W przypadku stabilizacji i organizowania ogniska rodzinnego zmieniają się oczekiwania i potrzeby wobec partnera. Jemu natomiast ideał stabilizacji i organizacji gniazda może nie odpowiadać, nie jest głównym celem życia: "Jego styl bycia bardzo mi odpowiadał, ale było to dobre wtedy, kiedy nie mieliśmy dzieci. Teraz jest mi potrzebny mąż i ojciec, który pomoże mi w domu, będzie przy mnie i przy dziecku, który na pewien okres zrezygnuje ze swych potrzeb czytelniczych i poznawczych, ze swych wariackich pomysłów i będzie spokojnie zajmował się domem", Mamy zatem do czynienia ze zmianą oczekiwań i potrzeb, skądinąd zrozumiałych, ale wymagających innego stylu bycia i myślenia u partnera. Nie zawsze jednak dochodzi do takiego przeobrażenia. Specyficzną formą sprzecznych zachowań bywają zachowania seksualne: one również wyrażają sprzeczności i zmienności tkwiące w osobowości: "Nie mogę jej zrozumieć. Jednego dnia oddaje mi się jak dziewica, jest uczuciowa, delikatna. Widzę w niej kobiecość, wrażliwość. Innego dnia jest wulgarna, wyuzdana. Jeszcze kiedy indziej zachowuje się jak opiekunka, starsza i bardziej dojrzała partnerka 22 wobec młokosa. Muszę powiedzieć, że jej nie znam, nie potrafię przewidzieć, kiedy jaka będzie, nie wiem, czy to nie choroba. Ale ona taka zmienna jest we wszystkim". Inny przykład: "Nie wiem, co sądzić o moim mężu. Jest to idealny ojciec, mąż, przyjaciel i kochanek. Jednocześnie bez skrupułów zdradza mnie, nie ma żadnych wyrzutów sumienia. Na ogół jest dobry i wrażliwy, bywa jednak okrutny, zimny, brutalny. Potrafi poruszyć piekło w obronie swych podwładnych, ale potrafi też zrazić się i chować urazę. Kocham go i czasami nienawidzę, jego koledzy i podwładni chyba podobnie czują, a jednocześnie nie chciałabym mieć nikogo innego. Gdybym zaczęła życie od początku, też wybrałabym jego". Partnerzy o osobowości złożonej, skomplikowanej stawiają specjalne wymagania. 2ycie z nimi zależy od nastawienia, stopnia tolerancji, zrozumienia przez partnerów. Jeżeli trafią na współpartnerów akceptujących ich "nietypowość" i zdolnych do stworzenia wspólnoty, związek taki może być bardzo szczęśliwy. MAŁŻEŃSTWA MIĘDZYNARODOWE Zagadnienie związków partnerskich między osobami o różnej narodowości jest w naszym piśmiennictwie rzadko poruszane. Wynika to zapewne z faktu ich rzadkości oraz ich "eksportowego" charakteru, gdyż większość tych małżeństw opuszcza Polskę. W krajach wielonarodowościowych, jak np. USA, ZSRR, zagadnieniem tym zajmują się publikacje popularne oraz fachowe, ale trudno przenieść na nasz teren podawane w nich informacje; sam fakt wielonarodowości spotykanej w życiu codziennym, w zakładach pracy, czyni z tego zjawiska coś powsz< Sinego. W staropolskiej obyczajowości również mieliśmy do czynienia z wielością kultur na-24 rodowościowych i częste były małżeństwa mieszane; ich dzieje przedstawione są w literaturze, która raczej zgodnie podkreśla ducha tolerancji i zgodności współżycia. Trudno mi powiedzieć, ile jest w Polsce małżeństw zawartych między osobami o różnych narodowościach; wyłączam z tych rozważań małżeństwa z kręgu dawnej wielonarodowej Rzeczypospolitej, np. Polaka z Ukrainką itp., istnieje tu bowiem naturalny charakter swojskości. Koncentruję się jedynie na związkach Polaków z przedstawicielami narodów niesłowiańskich. Zrozumiałe, że doświadczenie wyniesione z gabinetu lekarskiego może zniekształcać proporcje, ponieważ przychodzą do Innie potrzebujący pomocy. Jeżeli jednak do tego typu doświadczeń dodam osobiste znajomości, to ryzyko zbytniego uogólnienia własnych spostrzeżeń nie będzie chyba tak duże. Czy małżeństwa mieszane narodowościowo są ogólnie bardziej udane od innych, czy też nie? Otóż odpowiedź na to pytanie wymaga najpierw prześledzenia typowej fazowości więzi w tych związkach. Początkowy okres trwania tych związków, tzn. taniec godowy w okresie przedmałżeńskim, pierwsze lata małżeństwa, jesł zazwyczaj bardzo atrakcyjny i fascynujący. Partnerzy są zaintrygowani innością obyczajów, stylów bycia, egzotyzmem drugiej osoby, charakterystyczną atrakcyjnością rasy, narodowości. Wspomniane wyżej różnice są silnym czynnikiem wzajemnego przyciągania, dostarczają wielu ciekawych odkryć, porównań, dają posmak przygody życiowej, a także skupiają na sobie zainteresowanie rodzin, otoczenia, co również zwiększa atrakcyjność więzi. Jeżeli dodamy do tego możliwości wyjazdów zagranicznych, a w wielu przypadkach i dość dobrego standardu materialnego, to można ocenić start tych związków za udany. Również odmienności obyczajowe w zakresie seksu nie są tu bez znaczenia. Partnerzy przenoszą do swojego związku pewne odmienności ról seksualnych, partnerskich, style ars amandi, upodobania co do atrakcyjności zewnętrznej, co również może sprzyjać atrakcyjności związku. Kolejną ważną sprawą może być swoisty awans społeczny, poczucie przynależności do innego kręgu środowiskowego itp., co również sprzyja większemu poczuciu satysfakcji z tego związku, a przejawy zazdrości ze strony otoczenia, ciekawość, zainteresowanie podnoszą poczucie własnej wartości. Z tych właśnie względów wiele związków mieszanych ma ogólnie lepszy start do życia we dwoje i większe poczucie atrakcyjności więzi. Komplikacje zaczynają się później, kiedy powszednieje egzotyka partnera, następuje stabilizacja życiowa, rozwijają się kontakty rodzinne i środowiskowe. Wówczas pojawia się pewien naturalny dystans i jako ważne stają się różnice, które właśnie teraz dają o sobie znać. Okazuje się np. że inność w postawach wobec roli mężczyzny i kobiety, wynikająca z uwarunkowań kulturowych, inność stylów bycia, zainteresowań zaczyna rzutować na więź uczuciową, a także 25 i seksualną, na poczucie satysfakcji z życia. Na tym łle pojawiają się konflikty między partnerami i okazuje się, jak silne są nasze uwarunkowania kulturowe, wychowawcze i narodowościowe, gdyż partnerzy walczą ze sobą argumentami dotykającymi dumy narodowej, wyższości lub niższości danej kultury. Z moich kontaktów z tego typu związkami wynika, że np. Polkom najczęściej zarzuca się: nadmierną pewność siebie, niezależność, skłonność do dominacji, małą aktywność seksualną, potrzebę uzewnętrzniania swego standardu w celu wywyższenia się nad innymi. Natomiast naszym panom zarzuca się; chwiejność uczuciową, brak dbałości o wygląd zewnętrzny, zbyt małą adorację wobec kobiet, rozpolitykowanie, irracjonalność. W związkach mieszanych po 10 i więcej latach trwania konflikty są znamiennie częste i dlatego proces osiągania harmonii wymaga wiele wysiłku, dyplomacji i taktu wobec uczuć narodowych. W tym okresie ujawnia się również przewaga ciążenia ku danej narodowości, jej kulturze. Inaczej mówiąc, w związkach mieszanych nie ma federacji narodowości, ale przeważa dominacja jednej z nich i poczucie przynależności do niej partnera, który jakby zmienia skórę. Nieraz wynika z konieczności, czasem z warunków, lub też z dominacji partnera i narzucenia przez niego stylu życia. Pozostaje jeszcze problem jesieni życia, w której wiele osób ujawnia tendencje emocjonalnego powrotu do swych korzeni, źródeł pochodzenia. Pojawia się np. potrzeba powrotu do kraju, miasta swego dzieciństwa, nostalgia (bardziej charakterystyczna dla Polaków); mogą wówczas nasilić się konflikty wynikające z przynależności narodowościowej. Wiele osób rozwiązuje tego typu problemy przez szukanie kontaktów z przedstawicielami własnej narodowości, stwarza sobie azyl psychiczny, który może im poprawiać samopoczucie. W wielu udanych związkach jedno z partnerów na tyle generalizuje pozytywne uczucia wobec partnera, iż obejmują one i jego narodowość, przez to powstaje poczucie przynależności do tej narodowości. Jak więc z tych rozważań wynika, małżeństwa mieszane - po przeważnie udanym i fascynującym starcie - muszą włożyć wiele wysiłku w osiągnięcie wzajemnej harmonii i przystosowania. Nie zawsze jednak udaje im się to osiągnąć. W zasadzie każda osoba decydując się na taki związek powinna dobrze poznać obyczajowość narodu partnera, aby później nie przeżywać rozczarowań. Posłużę się konkretnymi przykładami z własnej praktyki. W małżeństwie Polki z Włochem, osiadłym w rodzinnych stronach męża, pojawiły się konflikty, kiedy okazało się, że postacią centralną jest matka męża. 2ona zorientowała się, że pozostaje w jego uczuciach na drugim planie. Na domiar złego dziecko zostało całkowicie przejęte przez rodzinę męża - zatem do jednej frustracji dołączyła się druga. W innym znów małżeństwie Polki z Murzynem, należącym do jedne-26 go ze szczepów afrykańskich, konflikty pojawiły się wtedy, kiedy żona nie była w słanie zaakceptować jego poligamii, natomiast mąż potraktował fakt pisania przez nią pamiętnika jako "uwięzienie" jego ducha. Od zerwania z jego strony tego związku wybawił ją sąd plemienny. W innym małżeństwie polskokolumbijskim pojawił się konflikt, kiedy mąż - zgodnie z duchem machismo - stworzył trwały związek pozamałżeński, traktowany jako oczywista realizacja męskości. Mógłbym tego typu przykłady mnożyć. Małżeństwa te zgłaszały się do mnie w czasie spędzania w Polsce urlopów. Psychoterapię małżeńską musiałem" poprzedzić analizą lektur etnograficznych, filozoficznych, aby lepiej rozumieć specyfikę problemów. Podobne zresztą problemy mają psychoterapeuci np. w USA, których formacja została ukształtowana w duchu anglosaskiego protestantyzmu. Ich "aparat" myślowy i diagnostyczny okazał się całkowicie nieprzydatny w tego rodzaju narodowościowych problemach małżeństw mieszanych. Inaczej mówiąc, psychoterapia małżeństw mieszanych wymaga znajomości specyfiki kultur, co stawia duże wymagania terapeucie; ważna jest zwłaszcza umiejętność dystansowania się wobec własnych korzeni kulturowych i teoretycznych. Dotychczas koncentrowałem się głównie na związkach problemowych, konfliktowych, ale jest wiele takich, w których właśnie specyfika obyczajowości i tradycji kulturowych okazała się czynnikiem mocno spajającym więź i zwiększającym atrakcyjność związku. Dotyczy to partnerów, których oczekiwania i potrzeby zostały w tych związkach optymalnie zaspokojone. Również posłużę się przykładami. Wiele cudzoziemek w związkach z Polakami wysoko sobie ceni bezpośredniość kontaktu, rycerskość, brak cech rasizmu. Wielu Polaków w małżeństwach z kobietami Dalekiego Wschodu odkryło kobiecość ciepłą, uległą, nastawioną na prymat mężczyzny, jego satysfakcję z życia seksualnego. Nic zatem dziwnego, że przy określonej strukturze potrzeb psychicznych właśnie obyczajowość danej narodowości może dać znacznie wyższy poziom satysfakcji. Małżeństwo mieszane może zatem okazać się bardziej atrakcyjne w wielu wymiarach i sprzyjać dobremu przystosowaniu. Tego typu związki są częste, a konflikty w nich są o wiele rzadsze. W miarę upływu czasu więź partnerska ulega pogłębieniu i partnerzy mają poczucie nie tylko optymalnego wyboru, ale i świadomość szczęścia. Być może uda się w przyszłości stworzyć antologię, pamiętniki opisujące losy małżeństw mieszanych. Wydaje mi się, że wśród wielu pamiętników, które ukazały się w naszym piśmiennictwie, tego typu lektura byłaby pasjonująca. Można założyć, iż w dobrze przystosowanym związku, opartym na miłości i dojrzałości partnerów, przekroczenie granic swej kultury, obyczajowości, uwarunkowań środowiskowych może wzbogacać osobowość, poszerzać horyzonty. Dowodem łego są losy niektórych osób, których narodowa inność sprzyjała 27 fascynacji daną kulturą i oryginalności spojrzenia na nią. Niejednokrotnie dystans przestrzenny i obyczajowy wobec własnych korzeni kulturowych właśnie zwiększał atrakcyjność własnej narodowości, a partnerzy stawali się w odległych stronach przysłowiowymi ambasadorami swego narodu. Jednym z najważniejszych problemów w małżeństwach międzynarodowych jest różnica systemów wartości danej kultury, z której pochodzą partnerzy. Konflikty powstają najczęściej wówczas, gdy usiłuje się narzucić drugiej osobie ten system lub udowodnić jego wyższość. W wielu związkach, na szczęście, partnerzy potrafią stworzyć odpowiedni system tolerancji, szacunku dla wartości wyznawanych przez drugą osobę. Ma to szczególnie ważne znaczenie w funkcjach wychowawczych, dzieci bowiem mogą być wychowywane w obrębie jednego systemu kulturowego lub w obu systemach. Wyniki badań nad rodzinami polonijnymi wyraźnie wskazują, że takie dwa rozwiązania są często spotykane; w pierwszym dochodzi do utożsamiania się z kulturą kraju, w którym się żyje, a w innych do zachowania tradycji, języka i pamięci o kulturze kraju pochodzenia jednego z rodziców. Dla partnerów płaszczyzna kulturowego porozumienia z dziećmi ma duże znaczenie. WOLNY CZAS A WIĘŹ PARTNERSKA Rokowanie co do przyszłości danego związku oraz ocena jego atrakcyjności dla partnerów zależy od wielu czynników: głębokości uczuć, seksu, dopasowania charakteru itp. Zapomina się niekiedy, iż również ważnym czynnikiem jest styl spędzania wolnego czasu przez partnerów. Wiemy aż nadto dobrze, że typowe małżeństwo nie ma go za wiele dla siebie, tym bardziej jest więc ważna jakość jego realizacji. Jeżeli przyjrzymy się temu bliżej, to okaże się, że styl spędzania wolnego czasu przez partnerów jest czułym testem istniejącej między nimi więzi, ich wzajemnej atrakcyjności oraz losów przyszłości. W wielu związkach wolny czas jest tylko pozornie spędzany razem, po prostu każde z partnerów zajmuje się czymś innym, "są razem ciałem, ale nie duchem". Inne związki rzucają się w wir aktywności zewnętrznej; życie łowa-29 rzyskie, kino, brydż iłp. l łu również są i zarazem nie są razem. Natomiasł szczere rozmowy ograniczają się do konkretnych sytuacji domowych, wynikających z opieki nad dziećmi, organizacji gospodarstwa, planów weekendowych czy urlopowych. Powstaje zatem dość często spotykana sytuacja, iż wolny czas zamiast "do" wyraża tendencje "od". Innym typowym rozwiązaniem wolnego czasu jest przenoszenie do domu swych problemów z pracy zawodowej; partner jest słuchaczem monologu na temat stosunków w pracy, przykładów walki, rywalizacji, niekiedy prosi się go o poparcie, wyrażenie zdania, ale najczęściej szuka się w nim sojusznika dla zajmowanej w pracy postawy. Na początku trwania związku sprawy wynikające z pracy zawodowej mogą być czynnikiem "do", poznaje się bowiem bliżej środowisko i potrzeby partnera, ale po pewnym czasie zaczyna to być nużące, a rola słuchacza tych samych spraw i odgromnika może nawet zniechęcać do drugiej osoby. Inni, zmęczeni codziennym rytuałem pracy, zajęć, szukają w wolnym czasie rozrywki, a partner ma być jednym z jej uczestników, towarzyszem, l tu również partnerzy tylko w części są razem. Nieraz zdumiewa wręcz rzadkość sytuacji, w których partnerzy otwierają szczerze swoje wnętrze wobec drugiej osoby, a dialogi na temat więzi seksualnej należą do szczególnie rzadkich. Tego typu rozmowy często wzbudzają zaskoczenie, iż tak bardzo różnimy się między sobą, a partner ujawnia nowe, nieoczekiwane uprzednio cechy, potrzeby. Małżonkowie po szczerych, stymulowanych przez terapeutów rozmowach bywają zaskoczeni, iż tak mało siebie znają, tak wiele zalegało w nich odległych spraw. Inna rzecz, że często świadomie ucieka się od tzw. trudnych rozmów przez spłycenie i bagatelizowanie problemów. Istnieje również często spotykana inność płci: dla wielu kobiet możność wygadania się stanowi ważną katharsis dla ich psychiki, a dla wielu mężczyzn jest to banalność, wolą lakoniczną rzeczowość, która z kolei zniechęca kobiety. Sztuką dialogów partnerskich jest umiejętność słuchania i pobudzanie do otwarcia się i mówienia. Nieraz godzinna szczera rozmowa więcej znaczy dla przyszłości związku niż obfitość rozrywek. Sztuka spędzania wolnego czasu, dostosowana do potrzeb partnerów i sytuacji związku, należy do jednej z trudniejszych umiejętności. Wspólne dialogi, bycie razem, przeżywanie muzyki, lektur, wymiana czułości i pieszczot nie tylko ograniczających się do przysłowiowego łóżka, mogą więcej uczynić dla spójności i satysfakcji związku niż najbardziej bogate w rozrywki i wysoki standard życie. To samo dotyczy zresztą wychowania dzieci i znalezienia z nimi wspólnego języka. Stale słyszymy o braku wolnego czasu, a jego nieliczne godziny umykają w drugo i trzeciorzędne działania. Chociaż zabrzmi to może nieprawdopodobnie, uważam, że do większości dramatów małżeńskich i nieporozumień nie doszłoby, gdyby 30 partnerzy w odpowiedniej chwili znaleźli czas dla siebie i szczerze otworzyli wobec siebie swe serca; podobnie wygląda sprawa w przypadku problemów seksualnych. Wolny czas jest zatem szansą udanej więzi. Wolny czas jest również swoistym testem zainteresowania życiem małżeńskim i rodzinnym. Wypełnianie go wieloma pracami, hobby, działalnością zawodową może być formą ucieczki od domu. Zdarza się również, że niektóre osoby tak dalece wciągają się w działalność zawodową, społeczną czy w realizowanie swych zainteresowań, że wprost tracą zdolność wypoczynku w kręgu rodziny, a dom staje się dla nich przysłowiowym hotelem. W udanych małżeństwach, rodzinach wolny czas jest planowany w taki sposób, aby przybliżyć wszystkich członków rodziny do siebie, ceni się w nim każdą godzinę. Znam małżeństwa, w których dokładnie planuje się wypełnienia czasu wolnego w sposób maksymalnie wartościowy F dostosowany dla dobra wszystkich członków rodziny. DOJRZAŁOŚĆ MIŁOŚCI W wieku dojrzałym ujawniane są różne rodzaje miłości, począwszy od seksualnej, a kończąc na oblubieńczej, wszechstronnej. Można powiedzieć, że człowiek w każdym wieku jest zdolny do miłości. Czterdziestolatek może być romantyczny, sentymentalny, nastrojowy, ale i burzliwie namiętny, zapamiętały, może przeżywać amok. U jednych miłość w tym wieku jest łagodna i spokojna jak przystań, u innych pełna namiętności, burzy, zmiennych nastrojów. Miłość partnerów, którzy wkroczyli w swym związku w wiek dojrzały, bywa odmienna od tej wczesnej, młodzieńczej. Zazwyczaj jest mniej nastrojowa, sentymentalna, bardziej zrównoważona, spokojna. Dzięki osiągniętej znajomości siebie, stworzeniu wspólnoty domu, rodziciel-32 stwu, przystosowaniu seksualnemu miłość w udanym związku staje się bardziej dojrzała, tzn. cierpliwa, wyrozumiała, łagodna, altruistyczna, przebaczająca, ufna. Miłość ta obejmuje całego partnera, z jego wadami i zaletami, traktuje konflikty jako wprawdzie nieuniknione, ale wymagające rozwiązania najmniejszym kosztem. Miłość ta mniej wymaga słów, dowodów jej istnienia, przekonywania, strategii, przebiega bardziej w pozasłownym przekazie; partnerzy po prostu żyją nią na co dzień, są w niej. Dzięki dojrzałości psychicznej i rozwiniętej ars amandi ich miłość znalazła wiele nowych form wyrazu i pogłębiła się, dając poczucie bezpieczeństwa i oparcia, jednoczy we wspólnym celu życiowym, zapewnia wzajemną przyjaźń, pomoc i poświęcenie. Należy jednocześnie zdać sobie sprawę z tego, iż następstwa braku lub niedosytu miłości w wieku dojrzałym są o wiele większe niż w wieku młodzieńczym, istnieje bowiem lęk przed upływem czasu, potrzeba zyskania akceptacji swej męskościkobiecości, poczucie niezaspokojenia potrzeb seksualnych. Dojrzałość miłości m. in. wyraża się w tym, że partnerzy mają stałe poczucie więzi z drugą osobą, niezależnie od tego, czy są razem, czy oddzielnie, często ich systemy myślowe, sposoby przeżywania, a niekiedy i wygląd zewnętrzny upodabniają się do siebie. Są rzeczywiście jednym ciałem i jednym duchem. Niektórzy partnerzy określają swoją więź jako telepatyczną, potrafią bowiem wyczuć, że np. drugiej osobie przytrafiło się coś złego, że cierpi, że się zbliża itd. Niekiedy tego typu więź rzeczywiście jest na pograniczu zjawisk określanych jako paranormalne, ale nie można się temu dziwić, skoro więź psychiczna przebiega na wielu kanałach informacyjnych i przekracza granice czasu, przestrzeni. Jednym z ważniejszych zagadnień seksu dojrzałego jest odpowiedni poziom jego atrakcyjności. Muszę przyznać, że idea uatrakcyjniania współżycia seksualnego u wielu Czytelników rodzi niepokój, iż w ten sposób seks staje się sztuką dla sztuki, że traci swój więziotwórczy charakter, staje się zbyt techniczny, a nie uczuciowy. Zapewne, gdyby założyć istnienie idealnego związku partnerskiego, to żadne uatrakcyjnianie współżycia nie jest mu potrzebne, gdyż ich atrakcyjność miłości i współżycia są trwałe na wysokim poziomie. Książka nie jest jednak adresowana do ideałów, lecz do konkretnych ludzi, u których atrakcyjność seksualna zmienia się z czasem wobec partnera, a poziom podniecenia seksualnego stopniowo spada i dlatego wymaga odpowiedniego pielęgnowania i dopingu. Dzięki nim właśnie można utrzymać atrakcyjność więzi partnerskiej, która tak jest ważna dla podtrzymania więzi uczuciowej. Relacje między miłością a seksem są dwustronne, a nie jednostronne i dlatego w tej części pracy są omówione różnorodne fenomeny seksu dojrzałego, < celem przedstawionych rozdziałów jest podtrzymanie, rozwijanie • pogłębianie atrakcyjności seksualnej związku partnerskiego. Nie 3 - Seks do|rzały 33 odkrywam łu zresztą niczego nowego, gdyż zasada potrzeby uatrakcyjniania więzi seksualnej jesł znana od dawna i służyły jej różnorodne wskazówki i porady udzielane przez starsze pokolenia, podręczniki ars amandi, publikacje. Postęp seksuologii wymaga jednak odpowiedniego przedstawienia idei uatrakcyjniania więzi seksualnej, sama bowiem świadomość jej potrzeby to jeszcze nie wszystko. Fenomeny seksu dojrzałego wiążą się z okresem największej wiłalności ciała w sferze seksualnej, rozkwitu atrakcyjności erotycznej, wyuczeniem odruchowości i reaktywności seksualnej (zwłaszcza u kobiet). Młodość jest raczej okresem prób i błędów w sferze seksu, przystosowywania się partnerów, poznawania siebie w roli seksualnej. Natomiast wiek dojrzały jest kontynuacją i rozkwitem swego JA seksualnego. W związku partnerskim następuje przesunięcie zainteresowań w stronę więzi psychicznej i atrakcyjności więzi seksualnej. Fenomeny seksu dojrzałego obejmują strukturę potrzeb seksualnych, typy aktywności seksualnej, więzi partnerskiej, podtrzymywanie atrakcyjności współżycia. Tym zagadnieniom będzie poświęcona właśnie ta część pracy. POTRZEBY SEKSUALNE Struktura potrzeb seksualnych w wieku dojrzałym zmienia się w porównaniu z wiekiem dojrzewania, młodzieńczym. W młodości u wielu mężczyzn potrzeby seksualne były wyrazem presji biologii (potrzeba rozładowania napięcia seksualnego), trudności w opanowaniu podniecenia, wypływały z chęci sprawdzenia własnej męskości w sensie ilościowym, natomiast u wielu kobiet wiązały się z nastrojowością, 38 ciekawością, uczuciem wobec partnera (potrzeba oddania się), chociaż biologiczna presja tych potrzeb mogła być słaba, a sama kobieta nie była jeszcze rozbudzona seksualnie. W wieku dojrzałym struktura potrzeb seksualnych ujawnia duże zróżnicowanie oraz charakterystyczną odmienność płci. Potrzeby seksualne obejmują: zaspokojenie potrzeby przyjemności, równowagi służącej zdrowiu (odczuwany jest pozytywny wpływ współżycia na stan zdrowia, harmonię psychiczną, zadowolenie z życia) potwierdzanie swej męskokobiecej atrakcyjności, potrzebę więzi i bliskości z partnerem, miłości. ^Niekiedy współżycie seksualne służy potrzebom twórczego rozwoju osobowości. W przypadku rodzicielstwa współżycie seksualne w niektórych związkach nabiera nowego wymiaru - jednoczy partnerów w świadomości, iż seks przekracza granice ich osobowości, służąc przekazywaniu życia i powstawaniu nowej osoby. Ustabilizowany seksualnie i uczuciowo związek może wiązać się z przyzwyczajeniem w zaspokajaniu potrzeb seksualnych, które stają się codziennością podobną do innych czynności. Ma to swoje plusy, ale i minusy. Pozytywną stroną przyzwyczajenia seksualnego jest dostępność i łatwość zaspokajania potrzeb seksualnych, nawyk utrzymujący aktywność seksualną organizmu, cykliczność współżycia, korzystny jego wpływ na stan zdrowia, równowagi emocjonalnej. Negatywną natomiast stroną przyzwyczajenia seksualnego jest powstanie pewnej rutyny, zmniejszenie atrakcyjności - zwłaszcza w tańcu godowym, czyli zachowaniach adoracyjnych. Współżycie traci swoją odświętność, fascynację, a po pewnym czasie może wymagać dopingu, aby utrzymać aktywność seksualną. Takim dopingiem staje się np. pornografia, wyobraźnia erotyczna, podstawienie innej osoby w fantazjach towarzyszących aktowi. Potrzeby seksualne w jednym związku charakteryzują się cyklicznością, w innym stałością, w jeszcze innym dominują fazy przypływu i odpływu. Zdarza się również, iż ujawnia się rozbieżność między partnerami. Na przykład współżycie dla jednej osoby stale wyraża te same potrzeby i jest w pełni satysfakcjonujące, natomiast partner odczuwa potrzebę jego urozmaicenia, jakiejś nowości, przełamania rutynowej codzienności. Druga osoba tego typu oczekiwania może rozumieć i wyjść im naprzeciw, ale zdarza się, iż traktuje je nieufnie lub odrzuca i w tym związku pojawia się kryzys więzi seksualnej. Istnieje również pewna specyficzna odmienność płci, która sprowadza się do typowej prawidłowości: w młodych stażem związkach partnerów przeważnie dominują potrzeby seksualne mężczyzny, a kobieta jest mało rozbudzona, natomiast w 10Ś15 lat później sytuacja w tym związku staje się odwrotna. Nie jest to powszechnie obowiązująca reguła, a jedynie statystyczna prawidłowość. Różnie można ją tłumaczyć: zmianami w układzie hormonalnym, stopniowym rozwojem poczucia bezpieczeństwa u kobiety, wyuczaniem odruchów seksual-39 nych, zaprogramowaniem genetycznym itp. Stwarza to jednak problem często spotykanej rozbieżności potrzeb seksualnych partnerów. Inny rodzaj odmienności płci, to zmiana postaw wobec seksu. U wielu kobiet często się spotyka ewolucję z nastawienia uczuciowego, romantycznego wobec współżycia do prozaicznego, bardziej biologicznego. O ile dawniej kobieta oczekiwała czułych słów, nastroju, kwiatów itp. w scenerii współżycia, o tyle w wieku dojrzałym oczekuje sprawności seksualnej u partnera i zaspokajania jej potrzeb, z jednoczesnym zredukowaniem pieszczot wstępnych. U mężczyzn natomiast jego młodzieńczy seks ,,sportowy" ewoluje w stronę bogatszej ars amandi i oczekiwania wzrostu aktywności seksualnej partnerki; spada również zainteresowanie seksem do poziomu innego hobby czy zainteresowania, np. zawodowego. Partnerzy nie zawsze znają kierunek tej ewolucji, a ujawnia się ona w snach i fantazjach seksualnych, selekcji lektur na tematy seksualne. Kierunki ewolucji potrzeb seksualnych zależne są m.in. od temperamentów partnerów, ich osobowości, ars amandi, więzi uczuciowej, miłości. W jednych związkach struktura potrzeb seksualnych w wieku dojrzałym staje się zatem bardzo bogata, zróżnicowana, a w innych ubożeje, będąc sprowadzana do wymiaru czysto biologicznego. Ewolucja potrzeb seksualnych zależy również od drugiego partnera, zwłaszcza od tego bardziej dominującego. Zdarza się zatem, że wpływa on na akceptację np. wymiany partnerów, seksu grupowego, kształtując w ten sposób potrzeby orgiastyczne u drugiego partnera. Inny natomiast partner potrafi ukierunkować ewolucję w odwrotnym kierunku i wygasić potrzeby orgiasłyczne na rzecz więziotwórczych, uczuciowych. Patrząc wstecz każdy człowiek będący w wieku dojrzałym potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie - na ile w sferze seksu się zmienił, w jaką stronę przebiegała jego ewolucja, czy bardziej akceptuje siebie w wydaniu młodzieńczym, czy bardziej w wydaniu dojrzałym. U wielu osób istnieje konfrontacja potrzeb seksualnych z systemem normatywnym. Zdarza się np., że są odrzucane normy i zasady religijne dotyczące spraw seksu. Pojawia się również i konfrontacja z postawami wobec seksu u własnych dzieci. Patrząc z perspektywy czasu można uznać, że należało inaczej postępować i wówczas rzutuje się na dzieci własne problemy w tym zakresie. W wielu związkach dopiero w wieku dojrzałym można ocenić stopień przystosowania seksualnego, temperamenty seksualne. Dopiero wówczas może się okazać, czy partnerzy pod tym względem dobrali się jak w korcu maku, czy też mają odmienne natury i temperamenty. PRAWO DZIOBANIA" W SEKSIE Odpowiedniki wielu zachowań seksualnych człowieka można znaleźć w świecie przyrody i chyba nie ma w tym niczego dzwnego skoro ewolucja świata obejmuje około 2 miliardy lat a ewoluOa kultury kilkadziesiąt tysięcy lat. Wspomniane P,^'"^3^3^23uważalne w rytuale pocałunku, pieszczot, zachowania godowego, urządzenia gniazdadomu, modeli mono i poligamu, a także w wychowaniupotomstwa, w rytuale zabaw itp. W zasadzie dotąd nie wiemy, Fak głff^ie jest tkwiące w nas dziedzictwo świata przyrody i!e podświadomych mechanizmów tkwi w bardzo odieg e) przeszłość,. trudno również niekiedy przeprowadzać linię demarkacy^ą między otrzymanym dziedzictwem a światem specyficznie ludzkim. Istnieje 41 również pojęcie ewolucji jednostki jako takiej, czyli formowanie przez nią samą przestrzeni kultury we własnym JA, świata wartości egzystencjalnych. Wspomniane fenomeny potrafią nadać zachowaniom seksualnym inny wymiar i można wówczas powiedzieć, że mają one charakter osobowy. Warto zwrócić uwagę na pewien określony mechanizm zachowań seksualnych niektórych ludzi wiążący się z ,,prawem dziobania", czyli z zasadą hierarchii. W życiu społecznym niektórych gatunków miejsce w hierarchii społecznej wiąże się z prawem posiadania partnerów oraz specyfiką ich seksualnej dominacji. Na przykład samiec A - zajmujący o kilka szczebli wyższą pozycję od samca B - może korzystać z większej liczby partnerek seksualnych, które okazują mu swoją uległość, kokietują go i rywalizują między sobą o jego względy. Nie jest to bynajmniej mechanizm typowy dla wszystkich społeczności świata zwierzęcego, ale dość powszechny i zauważalny. Zapewne u podstaw tego mechanizmu nie tkwi zasada przyjemności seksualnej lub zasada rekompensaty trudów związanych z miejscem w hierarchii, a raczej m.in. interesy gniazda, doboru genetycznego, zdrowia populacji, przystosowania itd. Trudno natomiast wypowiedzieć się, w jakim stopniu mogą tu odgrywać rolę względy prestiżu, potrzeby awansu w hierarchii itp. "Prawo dziobania" w społeczności ludzkiej występuje nie u wszystkich, ale jest na tyle zauważalne, że warto mu przyjrzeć się bliżej. Z jednej strony można je również tłumaczyć mechanizmem etologicznym, czyli podświadomą potrzebą założenia gniazda, doboru genetycznego, przystosowania. Jednakże zachowania kokieteryjnouległe wobec osób znajdujących się wyżej w hierarchii prestiżu seksualnego ujawniają jeszcze wiele innych podświadomych i świadomych potrzeb. Należą do nich: potrzeba zyskania znaczenia i awansu, zaspokojenia świata marzeń, oczekiwań. Przykładem może być dość często spotykany mit Kopciuszka, czyli oczekiwanie na księcia z bajki, który pozwoli przenieść się w wymarzony i upragniony świat Olimpu społecznego. Można również mówić o znaczeniu rywalizacji i walki o partnera znajdującego się wyżej w hierarchii seksualnej, dopingującego do wysiłku w celu uzyskania jego względów. Nie zamierzam tu rozwodzić się nad wszystkimi możliwymi przyczynami powstania tego typu mechanizmu zachowań, można by bowiem sięgać aż do struktury życia rodzinnego i miejsca w niej danej osoby, odczuwającej potrzebę wspinania się coraz wyżej, robienia tzw. kariery, którą można przecież robić i przez przysłowiowe łóżko. Istnieją również uwarunkowania społeczne. Każde społeczeństwo i kultura ma swój Olimp, czyli czarowny upragniony świat, do którego pragnie się dostać. Kiedyś Olimpem była arystokracja, jest nim świat biznesu, aktorski itd. Bycie w tym gronie dawało niejako automatycznie wyższe miejsce w hierarchii seksualnej. Co jeszcze, poza przynależnością do Olimpu danej społeczności, 42 należy do hierarchii seksualnej? Niewątpliwie dobre miejsce daje atrakcyjność, aparycja, uroda. Wiele kobiet np. zrobiło zawrotne kariery dzięki swej urodzie, wdziękowi. Wysokie miejsce daje również seksapil, sława, bogactwo, pozycja społeczna, dar uwodzicielski i związany z nim posmak sensacji. Gdyby dobrze się przyjrzeć wszystkim związkom pozamałżeńskim, ponownie zawieranym małżeństwom, to w wielu przypadkach moglibyśmy rozpoznać wspomniane ,,prawo dziobania", czyli okazanie kokieterii i uległości seksualnej wobec partnera stojącego wyżej w hierarchii od dotychczasowego. Seksuologa może interesować styl zachowań seksualnych danej osoby wobec partnera, który postrzegany jest jako atrakcyjniejszy od dotychczasowego, zapewniający awans i przesunięcie się wzwyż w hierarchii. Mając np. możliwości porównania ars amandi danej kobiety w dotychczasowym i nowym związku dostrzega się kilka prawidłowości. Jedną z nich można nazwać: ,,pozwala na więcej". W poprzednim związku istniała pewna bariera dla pewnego rodzaju form pieszczot i np. nie dochodziło do pieszczot oralnogenitalnych, zmian w pozycjach współżycia. Tymczasem w nowym związku wspomniane pieszczoty i zmiany technik seksualnych stają się nie tylko dopuszczalne, ale istnieje gotowość przyjęcia każdej propozycji ze strony partnera. Co ciekawe, jeżeli nawet nowy związek okaże się przejściowy i nastąpi powrót do poprzedniego partnera, to również następuje powrót i do poprzedniego stylu ars amandi, chociaż nie dostarcza on już uprzedniego poziomu satysfakcji. Przykładem innej prawidłowości jest: ,,więcej się stara". W nowym związku powstaje większa mobilizacja do zaspokojenia potrzeb seksualnych partnera, a nawet potrzeba okazania się dla niego doskonałym i niezbędnym współpartnerem, l tak np. w poprzednim związku typowa była postawa oczekiwania aktywności ze strony partnera przy równoczesnej własnej bierności, tymczasem w nowym sytuacja diametralnie się zmienia, jeżeli takie wymagania ma partner. Co więcej, owo "więcej się stara" wynika nie tylko z chęci zyskania akceptacji, ale staje się wyrazem własnej przyjemności, potrzeby. Niekiedy tego rodzaju metamorfoza wzbudza uczucie zaskoczenia i stwierdzenie, iż nie poznaje się siebie, że jest się tak innym, co najczęściej przypisywane jest jakimś tam zaletom erotycznym nowego partnera, np.; "Bo on tak działa na mnie" itp. Istnienie wspomnianych wyżej prawidłowości może prowadzić do daleko idących zmian w zachowaniach seksualnych, a nawet do całkowitej zmiany postaw seksualnych. Akceptowane bywają i traktowane jako subiektywnie przyjemne nawet takie zachowania seksualne, które dotychczas były oceniane jako nieprawidłowe czy dewiacyjne. Spotykamy również kolejną prawidłowość: "silniej reaguje". Atrakcyjność nowego związku, staranie o akceptację ze strony partnera, poczucie zaspokojenia własnych potrzeb i oczekiwań mogą prowa-43 dzić do wzrostu natężenia reakcji seksualnych i wówczas to, co dotychczas działało przeciętnie silnie, teraz okazuje się działać nader ekscytująco, l tu równie często przypisuje się te odczucia oddziaływaniu osoby partnera, np.: "Wystarczy jego dotyk, a ja już czuję prądy w całym ciele". Zapewne zdarza się, że inny partner może działać znacznie bardziej podniecająco dzięki bioprądom seksualnym, wyższej fascynacji erotycznej, ale w tym przypadku chodzi mi o działanie będące konsekwencją wspomnianego "prawa dziobania". Należy również wspomnieć o jeszcze innej prawidłowości, jaką jest zmiana roli, i tak np. dana osoba, będąca w poprzednim związku dominująca, głosząca hasła feminizmu, partnerstwa itp., w nowym przyjmuje rolę uległą, podporządkowaną." Ponieważ nasz intelekt odznacza się dużą elastycznością, to i ta metamorfoza bywa uzasadniona, np.; "Dopiero przy nim poczułam się jak prawdziwa kobieta". Okazuje się zatem dość często, jak pozornie trwałe bywają nasze role w związkach uczuciowych i nasze samooceny. Z istoty "prawa dziobania" wynika uległość i podporządkowywanie się osobie znajdującej się wyżej w hierarchii seksualnej. Nie oznacza to bynajmniej, iż zmiana roli również jest niezmienna. Znane jest chociażby zjawisko mitu Pigmaliona, czyli obrośnięcie w piórka w nowym związku. Wyczuwany wzrost własnej pozycji u partnera może prowadzić do przyjęcia roli nadrzędnej wobec niego i z kolei "on jest dziobany". Niektóre osoby, przeskakujące dzięki kolejnym związkom na coraz wyższe poziomy Olimpu, potrafią kilkakrotnie zmieniać swoje role, a co za tym idzie wspomniane prawidłowości "pozwala na więcej", "więcej się stara", "silniej reaguje" dotyczą tylko kolejnego etapu, a wygasają w poprzednich. Czy jest kres tej drogi i jaki jest obraz ostateczny? Wszystko zależy od tego, na ile dany związek jest trwały, na ile zostały zaspokojone oczekiwania i dopiero wówczas rodzi się nieskrępowany już autentyzm. "Prawo dziobania" znajduje również swój naturalny kres z upływem wieku i uzyskaną rolą. Chociaż prawo' to nie należy do uniwersalnych prawidłowości związków między partnerami, pozwala jednak na wysunięcie pewnego wniosku ogólniejszej natury. W zasadzie jedynie związek oparty na bezinteresownej miłości, przyjaźni, więzi międzyosobowej pozwala zachować autentyzm zachowań seksualnych, w którym "pozwala na więcej"... "więcej się stara"... "silniej reaguje" należy do natury miłości i więzi erotycznej bez ukrytych podtekstów. W tego rodzaju związku partner dzięki miłości jest na szczycie hierarchii seksualnej i mówiąc zwyczajnie nie ma konkurencji, chociaż może nie należeć do Olimpu. 44 AKTYWNOŚĆ SEKSUALNA Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy poziom ich potrzeb seksualnych, częstotliwość współżycia, czas trwania stosunku mieszczą się w granicach normy, czy są podobne do jakiejś przeciętnej. W związkach, w których partnerzy różnią się potrzebami seksualnymi, często dochodzi do wzajemnego przekonywania o normalności własnych potrzeb i jako dowód służą przykłady z życia znajomych. W taki sposób niejedna kobieta potrafi udowodnić, że normalne jest współżycie raz w miesiącu, a niejeden mężczyzna, że kilka razy dziennie. Granice normy są bardzo szerokie i wyrażają pewne prawidłowości statystyczne. 45 Dla ilustracji przedstawię wyniki własnych badań przeprowadzonych na populacji 200 związków partnerskich, wylosowanych na zasadzie próby. Odczuwane potrzeby współżycia; 70% mężczyzn i 65% kobiet odczuwa potrzebę współżycia kilka razy w tygodniu; 18% mężczyzn i 6% kobiet codziennie; 24% kobiet i 12% mężczyzn potrzebuje 3Ś4 kontaktów miesięcznie. Natomiast kontakty rzadsze ujawniają jedynie te bsoby, które mają zaburzenia seksualne. Można zatem wyprowadzić wniosek, iż statystyczna norma mieści się od średnio jednego współżycia na tydzień do stosunków codziennych. Częstotliwość kontaktów seksualnych: 70% kobiet i mężczyzn współżyje kilka razy na tydzień, 22% mężczyzn i 24% kobiet jeden raz na tydzień, a codziennie - 4% kobiet i mężczyzn. Jeżeli porównamy te dane z powyższymi, to okazuje się, że u około 30% ludzi istnieje rozbieżność między oczekiwanym a realizowanym współżyciem seksualnym i to zarówno w stronę zbyt rzadkich, jak i zbyt częstych stosunków. 75% populacji utrzymuje regularne, ustabilizowane kontakty. Aktywność własna i partnera: 72% mężczyzn i 35% kobiet deklaruje potrzebę wzajemnej aktywności we współżyciu, natomiast 60% kobiet woli aktywność mężczyzny, a jedynie 14% mężczyzn własną. Istnieje zatem wyraźna rozbieżność między płciami co do oczekiwań aktywności. U kobiet dominuje raczej bierność lub odwzajemnianie pieszczot, natomiast u mężczyzn wyraźna jest potrzeba współaktywności; 6% kobiet woli własną aktywność, a 12% mężczyzn aktywność kobiety. Hierarchia bodźców seksualnych; U kobiet istnieje następująca hierarchia oczekiwanych bodźców seksualnych: pieszczoty ciała, pobudzanie łechtaczki, ruchy frykcyjne w pochwie, a do rzadziej ujawnianych należą oralizm, wytrysk w pochwie. U mężczy.zn natomiast na pierwszym miejscu atrakcyjności jest sam stosunek, dalej wytrysk w pochwie, pieszczoty narządów płciowych, oralizm, natomiast na bardziej odległym miejscu jest pobudzanie łechtaczki i pieszczoty ciała. Ujawnia się zatem wyraźna rozbieżność między partnerami, co zresztą wiąże się z często spotykanymi rozczarowaniami seksualnymi u wielu kobiet, gdyż ich pierwszoplanowe potrzeby u partnerów są na dalszym miejscu w hierarchii. Można stwierdzić, iż wielu mężczyzn nadal pomija stymulację najbardziej optymalną z punktu widzenia seksualności kobiety. Natomiast w przypadku mężczyzn frustracja w tej sferze ma mniejszy zasięg. Pozycje współżycia: Zdecydowanie najbardziej popularna jest pozycja klasyczna, którą stosuje 70% badanych. U kobiet na drugim miejscu popularności jest pozycja boczna z twarzami do siebie, dalej tzw. na jeźdźca, odwrotna, natomiast do najmniej lubianych należą pozycja stojąca i od tyłu. U mężczyzn na drugim miejscu popular-46 ności jest pozycja odwrotna (kobieta na mężczyźnie), boczna, na jeźdźca. Jak więc widać, rozbieżność między płciami jest mała. Hierarchia pozycji współżycia jest zupełnie odmienna w związkach przypadkowych; w nich najmniej atrakcyjna jest klasyczna, natomiast chętnie się ją zmienia, np. na boczną, od tyłu, odwrotną; częsty jest również oralizm. Można z tego wyciągnąć wniosek, iż w małżeństwie dominuje tradycja, a w związkach pozamałźeńskich swoboda w wyborze pozycji. Ma to jednak pewne znaczenie dla trwałości i atrakcyjności więzi partnerskiej - w przypadku małżeństw z urozmaiconym życiem seksualnym i rożnymi pozycjami są one wyższe. Czas trwania stosunku: Około 10% związków ma stosunek trwający do 3 minut; 55% do 10 minut, a 35% powyżej 10 minut; w tym ostatnim przypadku sprzyja to większej atrakcyjności współżycia u kobiet. Wiele badań ankietowych i eksperymentalnych wskazuje na fakt, iż dłuższy czas pieszczot wstępnych i stosunku sprzyja wyższemu poziomowi satysfakcji seksualnej i przeżyciu orgazmu u kobiet. Nie jest to jednak obowiązującą regułą, część kobiet osiąga bowiem orgazm szybko i nawet bez gry wstępnej. W trakcie współżycia część kobiet onanizuje się (w przebiegu stosunku lub po jego zakończeniu). Dotyczy to kobiet, które mają typ orgazmu wyzwalanego przez stymulację łechtaczki i w tych przypadkach albo partner jej nie pobudza lub pobudza niewystarczająco. Innym powodem samopobudzania jest zbyt krótki czas trwania kontaktu i rozbudzona kobieta dąży do orgazmu wyręczając w tym swego partnera. Te kobiety częściej ujawniają od innych rozczarowanie więzią seksualną w związku. Ogólnie rzecz biorąc zdecydowanie więcej kobiet w porównaniu z mężczyznami skarży się na rozczarowania we współżyciu, niedostatek miłości ze strony partnera i jego starań o atrakcyjność w ars amandi. Te skargi mogą wyrażać poczucie, iż w seksie stać je na więcej, a z winy partnera nie mogą tego osiągnąć, ale mogą również wynikać z oczekiwań wzbudzonych przez lektury, koleżanki. U kobiet częstsze niż u mężczyzn są wahania potrzeby współżycia, zainteresowania nim i skali przeżyć seksualnych, co wynika z ich struktury emocjonalnej. U mężczyzn natomiast większa jest stałość częstotliwości współżycia, sprawności seksualnej, ale za to stopniowo opada ona aż do andropauzy. Wyraźnie też mniejszy jest wpływ przeżyć emocjonalnych. Inaczej mówiąc, wielu mężczyzn jest w stanie mieć udane współżycie po denerwującej rozmowie, kłótni, a dla wielu kobiet jest to niemożliwe aż do załagodzenia konfliktu i rozbudzenia w nich dobrego nastroju. Porównania między kolejnymi generacjami wskazują, iż we współczesnym pokoleniu większy jest zakres częstotliwości współżycia, form 47 stymulacji seksualnej, zdolności osiągania orgazmu przez kobieły, bardziej urozmaicone współżycie (zwłaszcza w zakresie technik, pozycji, oralizmu). Zapewne jest to m.in. efektem przemian obyczajowych. Mówiąc o aktywnos'ci seksualnej należy również wspomnieć o jej zmianie w miarę upływu wieku. Z poniższego wykresu wynika, że zmniejszenie średniej częstotliwości współżycia jest stopniowe i w okresie przekwitania ulega stabilizacji. Należy jednak pamiętać o tym że wykres ilustruje przeciętną statystyczną tendencję, natomiast w wie lu związkach częstotliwość ta może przebiegać zupełnie inaczej. l3 S o |2 o (O ar N J u 1 18-24 25-34 35-44 Wiek 45-54 55 i więcej AKTYWNOŚĆ MĘŻCZYZNY ŚŚi Aktywność seksualna mężczyzny uwarunkowana jest różnymi czynnikami: temperamentem seksualnym, atrakcyjnością partnerki, własnymi potrzebami psychicznymi, obrazem męskości, sytuacją. Przyjrzyjmy się temu bliżej na przykładzie tabeli ze str. 50. Widać jak bardzo wszystkie te grupy różnią się między sobą, z tym że grupa kontrolna i grupa alkoholików były zbliżone wiekiem, natomiast grupa narkomanów mieściła się w wieku do 25 lat. Można zatem powiedzieć, iż u mężczyzn w stosunkowo małym stopniu aktywność seksualna jest uwarunkowana modelem dominacji seksualnej mężczyzny. Wyraźnie ten model jest w zaniku, a w młodej populacji prawie nie istnieje. Mężczyźni z grupy kontrolnej odczuwają potrzebę wzajemnej aktywności seksualnej, wiążącą się ze strukturą ich potrzeb psychicznych, zwłaszcza potrzebą partnerstwa. Postawa ta jest wyrazem upowszechniającego się modelu partnerskiej współodpowiedzialności za współżycie. W przypadku mężczyzn mających problemy seksualne w wyniku uzależnień lub chorób rosną oczekiwania na pomoc ze strony partnerki. Pojawia się również nowe zjawisko - wzrost oczekiwań na aktywność ze strony partnerki w młodych populacjach mężczyzn. Dotyczy to zwłaszcza tych partnerów, którzy wobec partnerki przyjmują postawę dziecka, które mają im zatem matkować i w sytuacjach łóżkowych. Istnieje wiele nieporozumień co do granicy możliwości aktywności seksualnej płci. Zrozumiałe, iż kobiecie przypisuje się brak takiej granicy, z racji bowiem swej budowy ,,zawsze może". Nie jest to zresztą prawdą, każda bowiem kobieta ma swoją subiektywną granicę wytrzymałości i tak np. dla jednej 1 stosunek jest wystarczający i nie jest w stanie odbyć następnego, a dla drugiej nie ma proolemu i z 20 stosunkami w jednym dniu. Można jednak założyć, iż u typowej kobiety zdolność odbycia kilkakrotnych stosunków dziennie jest realna, aczkolwiek nie muszą się one wiązać z orgazmami. W przypadku mężczyzn istnieje wyraźny spadek aktywności (zwanej 4 - Seks dojrzały 49 Tabelo 1 Aktywność seksualna mężczyzny Grupa Alkoholicy Narkomani kontrolna (%) Wo) (°/o) Ulubiona forma aktywności: własna aktywność 15 7 14 aktywność kobiety 30 64 12 wzajemna aktywność 55 29 74 Uwarunkowania typu aktyw ności : temperament seksualny (poziom libido), sprawność 30 62 6 atrakcyjność partnerki 4 2 10 własne potrzeby psychiczne 5 6 70 obraz męskości 15 1 12 czynniki sytuacyjne 45 29 2 popularnie potencją) w miarę upływu wieku. O ile w młodości dany partner jest w słanie mieć kilka wytrysków, jeden po drugim, to w miarę upływu wieku możliwości zmniejszają się, a partnerka jest w słanie wyczuć granicę możliwości u swego partnera, zatem wie, "ile razy on może". Niektóre kobiety wykorzystują znajomość tego faktu do swoistego zapobiegania ewentualnym zdradom ze strony mężczyzny. Polega to na tym, że doprowadzają go do granicy, jaką jest wyczerpanie, zmęczenie. Jest to jednak dość naiwna postawa, gdyż w kontakcie z daną kobietą mężczyzna potrafi dojść do nieprzekraczalnej granicy zmęczenia, ale wkrótce jest w słanie odbyć udany stosunek z inną kobietą. Tego typu zdolność jest wyraźna w seksie grupowym, w którym średnia aktywność danego mężczyzny jest wyższa niż w kontaktach z jedną partnerką. Aktywność seksualna mężczyzny obejmuje również zainteresowanie osobą partnerki, ars amandi. Można powiedzieć, iż zachowanie mężczyzn w czasie całego współżycia, we wszystkich jego fazach, jest wyrazem nie tylko jego kultury, znajon.ości ars amandi, ale i czułym testem uczuć wobec kobiety i postaw wobec nrej. Z tego zachowania można wyciągnąć znacznie więcej trafnych wniosków niż z deklaracji słownych. Należy tu jednak wprowadzić taryfy usprawiedliwiające mężczyzn. Po pierwsze wielu z nich ujawnia w życiu seksualnym nieporadność, skrępowanie, zahamowanie, wynikające z wychowania i to niezależnie od upływu wieku. Po drugie wielu mężczyzn we współżyciu seksualnym koncentruje się jedynie na dotyku, a pomija kontakt słowny. Między partnerami nie ma wymiany informacji, zatem optymalna ars amandi jest często trudna do stworzenia. W wielu związkach partnerskich w miarę upływu wieku maleje aktywność seksualna mężczyzny, a wzrasta jego oczekiwanie na wzrost aktywności i pomoc ze strony partnerki. Proces ten wynika z biologicznego spadku libido (wpływ wieku, a zwłaszcza chorób, alkoholu, palenia, braku troski o higienę i sport). Wiąże się z tym stwierdzone w wielu krajach zjawisko rosnącej patologii zdrowia mężczyzn. Dla wielu mężczyzn świadomość spadku u siebie libido jest bolesnym doświadczeniem i zagraża poczuciu wartości męskiej. Im mniej dany mężczyzna ma poczucia seksu i osiągnięć na innych płaszczyznach życia, tym większa będzie jego frustracja seksualna. Jedynie część mężczyzn podchodzi do tych spraw z umiarem, dystansem i spokojem, akceptując siebie takimi, jakimi są. Leczenie czy porada mogą ta wprawdzie pomóc, ale w zakresie możliwym do stanu organizmu, np. nie można wrócić 50latkowi wigoru 20latka. Wiele frustracji i antyfeminizmu u mężczyzn powstaje właśnie w latach wieku dojrzałego przy odczuwanym spadku libido, istnieje bowiem poczucie zagrożenia, iż nie zaspokojona seksualnie partnerka zainteresuje się kimś innym. Zachowanie poczucia wartości męskiej zależy zatem również od postawy partnerki i przebiegu związku partnerskiego. 50 AKTYWNOŚĆ KOBIETY Wiele kobieł na początku więzi seksualnej z danym partnerem, a szczególnie w pierwszych w życiu kontaktach, nie wie, jak właściwie ma się zachowywać. Targają nimi różne potrzeby: sprawienia radości swemu partnerowi, własnej ekspresji seksualnej, wypadnięcia dobrze, chęć dobrego zaprezentowania się. Nieraz nie wiedzą, czy ujawnienie jakiejś własnej aktywności nie obróci się przeciw nim, może bowiem partner uzna, że są wyrafinowane i zbył doświadczone. Inne są zablokowane lękiem, że zostaną ocenione jako prowincjuszki i staromodne w tej dziedzinie. Jeżeli uważają, że partner jest bardzo doświadczony, obawiają się porównania z poprzednimi jego partnerkami i rośnie zagrożenie. Często pomaga kobiecie w tym wszystkim właściwa jej naturze intuicja i improwizowanie w trakcie zbliżenia, ale nie wszyscy są obdarzeni intuicją. Dla innych wyjściem z sytuacji jest szukanie porad w lekturach, modelu techniki seksualnej. Wolne od potrzeby określania takiej lub innej własnej aktywności seksualnej są jedynie te kobiety, które czują swą wysoką pozycję u mężczyzny, wiedzą, że są adorowane, zdobywane. Wystarcza wówczas sam fakt zgody na zbliżenie, aby partner był usatysfakcjonowany. Jeżeli natomiast współżycie z partnerem jest traktowane na zasadzie partnerstwa lub potrzeby zdobycia mężczyzny, to sprawa komplikuje się. Wspomniana niejasność co do własnej aktywności seksualnej wzbudza skrępowanie, stan napięcia i postawę obserwowania reakcji partnera. W zasadzie można powiedzieć, że w pierwszych kontaktach seksualnych danej pary ujawnia się wzajemna postawa, zasada partnerstwa lub hierarchiczności (podporządkowania, dominacji); widać, kto kogo zdobywa, adoruje, komu na czym zależy w ars amandi. Narzucanie sobie powinności w życiu seksualnym nie sprzyja jednak jego harmonii i udanemu przebiegowi. Zamiast autentyzmu, relaksu, 52 radości pojawia się napięcie, obserwacja, odgadywanie życzeń, oczekiwań. W rozmowach w gabinecie mogłem się nieraz przekonać, jak często obie strony potrafią rozwiązać sobie ten problem jeszcze przed nawiązaniem kontaktów seksualnych. Jedni milczą i niczego sobie nie przekazują, licząc na to, że samo wyjdzie, i tak już pozostaje. Młodsi wiekiem nieraz podsuwają sobie lektury lub wprost mówią o swych oczekiwaniach, upodobaniach lub też kierują aktywnością partnera, np. kładą jego dłoń na piersiach, narządach płciowych i mimicznie dają wyraz swym odczuciom. Stosunkowo rzadką, chociaż przyjemną formą, jest rozmowa figlarna, w której umiejętnie przekazuje się drugiej osobie swoje oczekiwania. Tego typu forma możliwa jest jednak u osób z dużą kulturą osobistą, zakresem słownictwa nie będącego ani żargonowym, ani medycznym. W przypadku gdy nie ma żadnych rozmów ani wymiany informacji, konieczne jest po prostu czekanie na przebieg kontaktów i nietraktowanie ich już od samego początku jako zadania do wykonania, wykazania się. 2ycie seksualne w końcu jest sztuką i dlatego wymaga czasu, cierpliwości, umiejętności rejestrowania i odczytywania wzajemnych sygnałów wynikających z zachowania partnerów. Nie jest natomiast dobrze, jeżeli narzuca się sobie jakąś grę, aktywność pod partnera. Należy pamiętać o tym, że druga osoba też wyczuwa naturalność lub sztuczność zachowań i może to mieć wpływ na ocenę partnerki. Wiele kobiet wstydzi się swej nieporadności seksualnej, inne natomiast zgrywają się na dziewicę, doświadczoną, ekstatycznie przeżywającą, lubiącą te rzeczy. Te gry wcześniej czy później zostaną rozszyfrowane i nie wpłyną pozytywnie na więź. Jednym z motywów gry seksualnej kobiet jest potrzeba zawarcia małżeństwa. Współżycie seksualne staje się narzędziem do realizacji tego celu. Dopiero po ślubie okazuje się, że ekscytujący seks był pozorem, maską, a rozczarowanie partnera jest oceniane negatywnie. Może również po ślubie zmniejszyć się motywacja do starań o radość ze współżycia z partnerem i zaczyna dominować własny interes, codzienność. Bądźmy zatem sobą, naturalni i autentyczni, nie stwarzajmy iluzji co do własnej osoby. l REAKCJE KOBIET WOBEC MĘSKIEJ FIZJOLOGII SEKSUALNEJ Dla mężczyzny atrakcyjność więseksualnej obejmuje rówzi nież postawy i reakcje partnerki wobec jego fizjologii seksualnej (erekcji, wytrysku). Wiele kobiet nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo to może być ważne dla harmonii psychicznej ich związku. W celu dokładniejszego omówienia tego zagadnienia pomijam oczekiwania męskie adresowane wobec partnerki, a które również prowokują ją do takich lub innych reakcji. W tradycyjnej obyczajowości seksualnej kobieta przyjmowała postawę bierną, oczekiwała pieszczot swego ciała, a źródłem satysfakcji seksualnej mężczyzny była jego sprawność we i współżyciu oraz fakt przeżycia orgazmu przez partnerkę. W partnerskim modelu więzi seksualnej obie strony są aktywne, dążą do osiągnięcia satysfakcji przez partnera, uatrakcyjnienia współżycia. Zrozumiałe zatem, że postawa partnerki wobec reakcji seksualnych partnera ma dla niego duże znaczenie i jest jednym z wyrazów uczucia do niego, oceny atrakcyjności jako mężczyzny. W początkach kontaktów seksualnych, np. w petłingu, wiele młodych kobiet poznając męskie ciało ujawnia sprzeczne postawy, np. ciekawości i niechęci, fascynacji i lęku; niektóre reagują szokiem na erekcję członka, obawiając się, że taki jest duży i dlatego może uszkodzić pochwę. Niekiedy tego typu lęk powoduje unikanie współżycia, pochwicę. Reakcja kobiety na erekcję i wytrysk mężczyzny jest wypadkową jej uczuć wobec niego, postaw wobec ciała i seksu, wyobraźni i postaw estetycznych. Nic zatem dziwnego, że wiele kobiet odczuwa nawet i w dojrzałym wieku sprzeczne uczucia, a niektóre nigdy nie wyzbędą się dystansu, a nawet i pewnego wstrętu wobec płciowości męskiej. Okazuje się, że wspomniane postawy kobiet często nie mają związku z ich przeżyciami seksualnymi, np. kobieta mająca orgazm może odczuwać niechęć do ciała partnera, a kobieta z anorgazmią fascynację itp. 54 Reakcje kobiet są zatem bardzo zróżnicowane i w zasadzie można je sprowadzić do kilku najczęściej występujących: Reakcje orgiastyczne Niektóre kobiety są tak dalece zafascynowane płciowością męską, że przyjmują one charakter zgoła fełyszu, pobudzają członek na wszelkie możliwe sposoby, jakie podsuwa wyobraźnia, wolą oralizm od innych form kontaktu, pragną kontaktu z nasieniem na całym swym ciele, podnieca je jego zapach, często również stosują spermatofagię (połykanie nasienia). Wspomniana fetyszyzacja prowadzi do tego, że nie tyle jest ważrfa osoba partnera co atrybuty jego męskości. Niekiedy zachowanie tych kobiet wzbudza paniczny lęk u partnera, obawia się on bowiem tak zapamiętałego podniecenia, połączonego z gryzieniem narządów i nie kończącej się stymulacji. Reakcje awersyjne U niektórych kobiet erekcja, a częściej wytrysk, wzbudzają uczucie wstrętu i np. współżycie kojarzy się im z zabrudzeniem - stąd potrzeba szybkiego mycia się; zapach nasienia przyprawia je o mdłości. Tego typu reakcje mogą być wyrazem odrzucania osoby partnera, ale bywają również wyrazem postawy wobec seksu (manicheizm, ukryły homoseksualizm), objawem nerwicy natręctw. Reakcje obojętne Reakcje tego typu były bardzo częste w starszych pokoleniach, wynikały z wychowania niechętnego wobec ciała i seksu, z narcyzmu kobiecego. Często towarzyszą oziębłości seksualnej kobiet, u innych są wynikiem braku wrażliwości pochwy na ruchy frykcyjne lub odczucie wytrysku. Przy okazji warto wspomnieć, iż około 60% nie czuje wytrysku w pochwie i to niezależnie od zdolności przeżywania orgazmu w trakcie stosunku. U wielu innych kobiet płciowość męska jest aseksualna, a we współżyciu koncentrują się na sobie; ta postawa ujawnia się również w reakcjach na porno - interesuje je to, co dotyczy kobiety. Reakcje ambiwalentne Odczucia sprzeczne, np. przyjemności i obrzydzenia, ciekawości i lęku, nie należą do rzadkości. Częstsze są u kobiet zaczynających życie seksualne, nawiązujących romans, ale występują również często u kobiet rygorystycznie wychowanych, a obdarzonych dużą zmysłowością. Reakcje pozytywne Reakcje tego typu obejmują szeroki zakres - od przyjemności do fascynacji, koniecznej do osiągania orgazmu. Są np. kobiety, które mogą przeżyć orgazm dopiero po odczuciu wytrysku u partnera. 55 W obecnej obyczajowości seksualnej coraz więcej kobiet odczuwa przyjemność w pieszczeniu narządów partnera, wyczuwaniu jego podniecenia, widzeniu erekcji, wytrysku. To wszystko jest dla nich ważnym bodźcem seksualnym i to niezależnie od poziomu zaangażowania uczuciowego. Reakcje pozytywne, jako prawidłowe, są wyraźnie efektem przemian obyczajowości seksualnej, która dowartościowała seks i ciało, są również konieczne dla partnerstwa w ars amandi i stanowią jeden z fundamentów kultury seksualnej. Szczególny swój wyraz i pełnię osiągają w miłości partnerskiej, kiedy cały partner jest akceptowany i kochany. W wielu dojrzałych stażem związkach reakcje pozytywne są u partnerów te same, powiązane z pewną figlarnością i poczuciem humoru. Dialogi erotyczne w tych związkach są finezyjnie zmysłowe i pogodne. Gdyby ujawnić prawdziwe przyczyny rozpadu wielu związków i nawiązania nowych przez mężczyzn, to okazałoby się, że często wynikały one z reakcji kobiet na ciało, płciowość mężczyzny. Reakcje pozytywne są zatem wyrazem nie tylko postawy wobec seksu i partnera, ale również mają znaczenie dla przyszłości związku, poczucia swej wartości przez mężczyznę i atrakcyjności partnerki w jej roli seksualnej. PIESZCZOTY CZŁONKA Zakres pieszczot partnerek wobec swoich partnerów jest bardziej ograniczony niż partnerów wobec nich. Z jednej strony można to tłumaczyć faktem inności psychofizjologii seksualnej płci, gdyż sfery erogenne kobiet są liczniejsze niż u mężczyzn; również potrzeby bodźców dotykowych są u nich większe. Nie oznacza to jednak, iż mężczyźni są pozbawieni podobnych potrzeb. Z drugiej strony natomiast istnieje jeszcze ciążenie tradycji kultury seksualnej, w której stroną aktywną był mężczyzna, a bierną kobieta. Jakkolwiek zmiany obyczajowe zaszły daleko, jednak w modelu współżycia seksualnego wielu związków nadal istnieje opór wobec pieszczot narządów płciowych mężczyzny, jakby były one jakimś tabu. Dla przykładu posłużę się wynikami badań 150 kobiet w wieku 17Ś45 lat, z różnym wykształceniem i pochodzących z różnych środowisk. Tego typu populacja nie jest bynajmniej obrazem całości, ale daje pewien pogląd na problem. Otóż na 150 współżyjących seksualnie kobiet - 55 nigdy nie pieści ani nie dotyka członka partnera. Wynika to z oporów, niechęci, braku takiej potrzeby; 42 kobiety ograniczają się do nieśmiałych pieszczot, tzn. poprzestają na samym dotknięciu członka, krótkim trzymaniu go w ręce lub jedynie wprowadzają go do pochwy przed stosunkiem. Wspomniane pieszczoty nie są dla nich źródłem przyjemnych odczuć. Podobnie jak w poprzedniej grupie członek partnera ma określoną rolę - jest źródłem doznań w stosunku i nic więcej. Obie grupy kobiet reagują też obojętnie na bodźce wzrokowe, dotyczące płciowości mężczyzny; jego nagość jest aseksualna. Niektóre kobiety (31) w ars amandi dotykają członka partnera i odwzajemniają pieszczoty oralnogenitalne, ale wspomniane formy pieszczot są dla nich potrzebą sprawienia przyjemności partne-57 rowi; im samym natomiast nie są potrzebne do wzrostu podniecenia: "Robią to, aby jemu zrobić przyjemność" - to typowy motyw aktywności w tej grupie. Natomiast 24 kobiety stosują zróżnicowane formy pieszczot narządów partnera: pobudzają ręcznie, zręcznie imitując stosunek; pieszczoty oralnogeniłalne sprawiają im przyjemność, potrafią w nich bardzo umiejętnie pobudzać żołądź członka. W przypadku zaburzeń erekcji lub w celu większego podniecenia partnera zręcznie pobudzają członek. Wspomniane pieszczoty są dla nich źródłem pozytywnych doznań i są potrzebne do uzyskania wzrostu podniecenia seksualnego. Analizując głębiej postawy kobiet wobec płciowości męskiej, potrzeby pieszczenia narządów płciowych partnera, można wyróżnić kilka częściej spotykanych: Członek partnera Jest aseksualny, jest źródłem niechęci, wstrętu lub też jest tabu dotykowym; istnieje wewnętrzna bariera uniemożliwiająca dotykanie i pieszczenie partnera, chociaż on sam jest akceptowany. W ars amandi uczucie zażenowania, wstydu i skrępowania utrudniają przyjęcie aktywnej postawy i istnieje zahamowanie wobec pieszczenia członka partnera. Ta postawa wynika z wychowania, pruderii. Poczucie powinności, obowiązku wobec partnera mobilizuje partnerkę do obdarzania go pieszczotami, jest odpowiedzią na jego oczekiwania i potrzeby oraz działaniem profilaktycznym, aby nie poszedł do innej. Potrzeba zrobienia przyjemności swemu partnerowi, poświęcenia się dla niego staje się źródłem własnej przyjemności nie tyle seksualnej, co uczuciowej. Naturalna współaktywność w ars amandi, pieszczenie partnera, jest wyrazem własnych potrzeb, fascynacji płciowością partnera, jest jednym z bodźców seksualnych potęgujących stan podniecenia. Tego typu postawa występuje w związkach dobrze przystosowanych, wzajemnie się akceptujących. Pieszczoty członka partnera mogą być objawem erotomanii i wówczas są źródłem podniecenia seksualnego. Nie tyle osoba partnera, co jego budowa jest bodźcem seksualnym. Druga możliwość to kult falliczny, czyli prościej mówiąc, niektóre kobiety są jakby niewolnicami członka, pieszczoty stają się wyrazem hołdu płciowości męskiej i własnego poddaństwa. Z innych badań wynika, że większość kobiet stopniowo dojrzewa do współaktywności seksualnej i darzenia partnera pieszczotami. W przystosowanym związku, w którym istnieje dobra więź uczuciowa i erotyczna, narasta akceptacja płciowości partnera i wówczas darze",. go »sp,n,n,.ny., P^^^r^.^pS ^r'p'0^: ^^^"^"r^ r.i.ć b,.k ł.ki.j poł'"b». ^""'.•^"^"Sgip^iły^ims.k^In^^^^^^^ ne partnerki. 58 ZACHOWANIA MASTURBACYJNE Badania dotyczące zachowań masturbacyjnych (przyczyny, częstość i forma, towarzysząca fantazja, uczucie) są co pewien czas przeprowadzane w różnych krajach w celu uzyskania danych co do ich ewolucji. Z różnych raportów socjoseksuologicznych jednoznacznie wynika, że masturbacja jest zjawiskiem powszechnym, staje się coraz częstsza u dziewcząt; wewnętrzne konflikty na tym tle są coraz rzadsze. Istnieje jednak pewien margines zachowań masturbacyjnych, który ujawnia związek z rozwojem dewiacji, tzn. wyobrażenia różnych patologicznych lub dewiacyjnych zachowań seksualnych w trakcie masturbacji mogą się utrwalić i przerodzić w trwałą tendencję. W Polsce były również przeprowadzane tego typu badania, najbardziej dokładne (na dużej populacji) przeprowadził A. Jaczewski. 60 Obecnie przedstawiam własne badania, przeprowadzone w latach 1981Ś1984 na terenie Warszawy na populacji 800 osób. Tabelo 2 Zachowania masturbocyjneMężczyźni (odsełki)Kobiety (odsetki) Przyczyna rozpoczęcia masturbacji:4,01,0 podpatrzenie35,04,0 rówieśnicy12,09,0 publikatory49,086,0 samoistnie Fantazje towarzyszce masturbacji: brak, czynność mechaniczna7,0 72,05,0 17,0 dotyczqce drugiej ptci dotyczące obu ptci dotyczące własnej ptci16,0 5,041,0 37,0 Uczucia towarzyszące masturbacji: poczucie winy, czegoś złego zadowolenie i akceptacja11,0 73,0 16,031,0 69,0 0,0 obojętność Same wyniki niewiele jeszcze mówią, dopiero ich powiązanie z wieloma innymi danymi, które były uzyskane w tych badaniach, pozwalają je zinterpretować. Okazuje się, iż u dziewcząt źródłem rozpoczęcia masturbacji były potrzeby seksualne, najczęściej związane z wyobrażaniem sobie scen intymnych z kimś bliskim lub wyimaginowanym. Inaczej mówiąc, masturbacja jest czynnością zastępczą wobec braku współżycia seksualnego, wyobrażaniem sobie jego przebiegu. Natomiast w przypadku młodych mężczyzn poza powyższym motywem istnieje inny, równie częsty - zachęta ze strony rówieśników, l w tym drugim przypadku mamy do czynienia z wieloma wariantami motywacji. Jedni robią to z naśladownictwa, chcą czuć się wtajemniczeni, dorośli, inni ujawniają ukryte tendencje homoseksualne lub też są prowokowani przez osoby mające takie tendencje; dla wielu osób ta forma masturbacji jest początkiem rozwoju orientacji homoseksualnej. Uderza nowe zjawisko - podobna częstość masturbacji u obu płci, wynikająca z erotycznego działania publikatorów (najczęściej fotografie aktów, rysunki, teksty opisujące fizjologię współżycia). Niekiedy kryje się w tym reakcja na wydawnictwa pornograficzne. W krajach, w których tego typu wydawnictwa są dostępne, tego rodzaju start do masturbacji jest znacznie częstszy. Istnieje jednak jakościowa różnica między wpływem publikatorów a pornografią. W przypadku publikatorów dostarczają one materiału dla wyobraźni dotyczącej 61 współżycia seksualnego, nałomiasł pornografia dostarcza modelu kontaktów seksualnych z silnym ukierunkowaniem na sam seks, technikę stymulacji seksualnej, instrumentalne traktowanie ciała drugiej osoby. Fantazje dotyczące drugiej płci w wyobraźni towarzyszącej masturbacji są zdecydowanie częstsze u mężczyzn. Fantazje te obejmują c;ało kobiety, jej narządy płciowe, zachowanie, nagość - są zatem wyrazem potrzeb wzrokowej stymulacji, dość zresztą typowej u mężczyzn. W przypadku kobiet najbardziej typowe są fantazje dotyczące kontaktu seksualnego obu płci oraz własnej płci. W pierwszym przypadku najczęściej wyobrażana jest scena intymna, sceneria kontaktu seksualnego, z towarzyszącym temu nastrojem podniecenia, mniej natomiast jest lub wcale nie ma - ukierunkowania na fizjologię, narządy. Natomiast w fantazjach dotyczących własnej płci kryją się tendencje narcystyczne lub homoseksualne. Poczucie winy wynikające z masturbowania się, przekonanie, że te coś nienormalnego jest obecnie coraz rzadsze, ale występuje częściej u kobiet - blisko '/3 z nich ma takie odczucia. Wynika to z wychowania, poczucia wstydu, zażenowania oraz lęku, iż masturDacja może stwarzać utrudnienie dla przyszłego współżycia. U obu płc. przeważa akceptacja tej formy realizacji potrzeb seksualnych oraz poczucie zadowolenia, przyjemności. W przypadku mężczyzn 16% odczuwa obojętność w trakcie masturbacji, a ona sama jest zwykłą czynnością mechaniczną dla zdrowia. Tego typu zachowanie wiąże się później z podobnym traktowaniem współżycia, które ma służyć zdrowiu, wyładowaniu się, niezależnie od osoby partnerki. Powyższe badania potwierdzają zatem stwierdzenie, iż różne są źródła, formy i następstwa masturbacji, której nie można traktować jedynie jako formy zastępczej. Ponadto widoczna jest inność psychoseksualna płci, która najpełniej ujawnia się w późniejszym życiu seksualnym. Przeprowadzone badania nie ujawniły natomiast związku między samym faktem masturbacji a późniejszym udanym lub nieudanym życiem seksualnym. Zdarza się natomiast, zwłaszcza u mężczyzn, że wiążą oni aktualne problemy w życiu seksualnym z masturbacją w wieku młodzieńczym (tzw. kompleks onanisłyczny), dzięki temu znajdują oni pozornie prawdziwą przyczynę swych niepowodzeń. Piszę pozornie, gdyż w zdecydowanej większości przypadków nie ma takich związków. Negatywne następstwa masturbacji ujawniają się wówczas, gdy towarzyszyły jej: nadmiernie rozbudowana wyobraźnia (np. drobiazgowe wizje kontaktu, dokładny scenariusz zachowania drugiej osoby), wyobraźnia typu dewiacyjnego lub orgiastycznego (zaczerpnięta z pornografii) lub też zachowania masturbacyjne o charakterze jawnie lub skrycie homoseksualnym. Zachowania masturbacyjne są częste i w wieku dojrzałym. Mogą one stanowić formę zastępczą zaspokajania potrzeb seksualnych, np. w przypadkach dłuższej nieobecności partnera, ciąży partnerki, koniecznej abstynencji w wyniku choroby partnera, trwałego uszkodzenia jego zdolności współżycia (np. mężczyzna po urazie kręgosłupa), w braku partnera. Innym źródłem zachowań masturbacyjnych jest rozczarowanie więzią seksualną lub osiąganie wyższej satysfakcji w masturbacji w porównaniu ze wspóżyciem. Zdarza się również, że masturbacja traktowana jest leczniczo, np. mężczyzna zaniepokojony zaburzeniami wzwodu członka sprawdza jego reaktywność w ręcznej stymulacji itp. Zachowania masturbacyjne u partnerów mających kontakty seksualne dość często spełniają rolę uzupełniającą. W przypadku mężczyzn potrzeba masturbacji może wynikać z faktu, iż partnerzy mają zbyt rzadkie (jak na jego oczekiwania) stosunki, masturbacja wyrównuje zatem potrzeby ilościowe. Innym przykładem uzupełniającej masturbacji jest niezdolność osiągnięcia wytrysku w trakcie stosunku w przypadku uczucia nadmiernego luzu (zmiany poporodowe, nadmierne lubricałio, szeroka pochwa i wąski członek). W tych wypadkach po stosunku, w którym nie doszło do wytrysku, masturbacja służy uzupełnieniu stosunku przez silniejsze bodźce dotykowe; w wielu związkach partnerka pomaga partnerowi w osiągnięciu wytrysku przez ręczną stymulację, ale nie wszystkie kobiety mają tego typu gotowość. W przypadku kobiet uzupełniająca masturbacja najczęściej wynika z faktu, iż partner zbyt krótko lub nieumiejętnie pobudzał łechtaczkę i dlatego po zakończeniu stosunku utrzymujący się wysoki poziom podniecenia skłania je do uzupełnienia współżycia przez samopobudzanie. Jest to bardzo częste zjawisko i ruchy feministyczne wysuwają hasło samowystarczalności seksualnej kobiety, głosząc pogląd o wyższości orgazmu osiąganego w ten sposób w porównaniu ze stosunkiem. W niektórych związkach istnieje zjawisko wzajemnej masturbacji, kiedy partnerzy wyżej sobie cenią ręczną stymulację od stosunku. Niekiedy masturbacja jest wyrazem negacji i walki z partnerem, np. partner nie zgadza się na współżycie i dosłownie na oczach drugiego doprowadza się do orgazmu przez samopobudzanie; oznacza to ujawnienie postawy: Nie jesteś niezbędna, wolę być samowystarczalny. Zachowania masturbacyjne w wieku dojrzałym mają zatem różne znaczenia, nie należą do rzadkich i bywają wyrazem nieprzystosowania seksualnego partnerów lub walki między nimi. ORGAZM W wieku dojrzałym ogólne prawidłowości orgazmu są podobne do opisanych w innej mojej książce ("Seks partnerski"). Istnieją jednak i pewne charakterystyczne ewolucje oraz zmiany, którym będzie poświęcony ten .rozdział książki. U kobiet w wieku dojrzałym dochodzi do rozkwitu zdolności orgazmicznych i skrócenia czasu koniecznego do wywołania orgazmu. Kobieta zaczyna dochodzić do poznania swoich możliwości w tym zakresie. Okazuje się np., iż dysponuje zdolnością przeżywania orgazmu bardziej intensywnego w doznaniach, częstszego, niekiedy powstają i nowe drogi jego wyzwalania, np. przez wiele lat osiągała orgazm jedynie w wyniku stymulacji zewnętrznej, a teraz potrafi osiągnąć go również w wyniku stosunku. U wielu kobiet orgazm 64 może również powstać w wyniku ręcznego pobudzania sklepienia pochwy i okazuje się, że sposób ten bardziej satysfakcjonuje w porównaniu do innych form stymulacji. Wiele kobiet doświadcza atrakcyjności własnego seksu i jego dużych możliwości, niektóre potrafią przeżywać wielokrotny orgazm, inne o bardzo wysokim Dpziomie doznań. Potwierdza się znana zresztą prawidłowość, iż orgazm u kobiet jest zjawiskiem wyuczonym, a zakres tego wyuczenia potrafi być bardzo różny, zależnie od temperamentu seksualnego kobiety, bogactwa form ars amandi, atrakcyjności osoby partnera, poziomu więzi uczuciowej w tym związku, wzajemnych starań o bogactwo form więzi seksualnej. Ewolucja orgazmu u kobiet nie zawsze przebiega w kierunku jego rozkwitu. Zdarza się, iż różnorodne problemy partnerskie, zmiany poporodowe (którym jest poświęcony odrębny rozdział), zmęczenie, przeciążenie różnorodnymi obowiązkami, choroby ginekologiczne oraz inne zakłócają przebieg orgazmu lub prowadzą do zaniku zdolności jego przeżywania. Zdarza się również, iż powstają komplikacje wynikające z bardziej atrakcyjnych doświadczeń pozamałżeńskich. Od czasu, w którym pisałem "Seks partnerski", pojawiły się nowe prace poświęcone fenomenowi orgazmu u kobiet. Okazało się np., że pojęcie orgazmu jest pewnym uproszczeniem. Obecnie wielu seksuologów skłania się ku teorii, iż orgazm może być sromowy (w wyniku pobudzania zewnętrznych narządów płciowych), maciczny lub mieszany. W tzw. orgazmie macicznym jego wyrazem może być stan krótkotrwałego bezdechu, uniesienia macicy, brak jest natomiast skurczów czy pulsowania pochwy. Istnieje również stworzone przez Rosenberga pojęcie orgazmu częściowego, tzn. ograniczonego do okolicy narządów płciowych, oraz totalnego, w którym następuje reakcja całego organizmu oraz utrata świadomości, kontaktu z rzeczywistością. Orgazm totalny wymaga lepszego przystosowania seksualnego partnerów, więzi uczuciowej, rozbudzenia zmysłowego kobiety oraz powstania u niej postawy seksualnej, polegającej na zaangażowaniu się w seks, przyjemność seksualną. Istnieją specjalne ćwiczenia służące rozwojowi zdolności orgazmu totalnego, który może być wywoływany przez zróżnicowanie pobudzenia różnych okolic ciała. Znany badacz orgazmu kobiet - Markoff - podkreśla, iż rozwojowi zdolności orgazmicznych u kobiet sprzyjają: wyćwiczenie mięśnia łonowoguzicznego, wiek dojrzały, wyższe wykształcenie, osobowość aktywna i optymistyczna, ekstrawertywna. Badania nad fenomenem orgazmu nadal trwają i pojawiają się monografie naukowe na ten temat, oparte na różnorodnych badaniach eksperymentalnych. Można przypuszczać, iż wiele w tej dziedzinie zostanie jeszcze powiedziane. W niektórych związkach pojawia się paradoksalne zdawałoby się zjawisko nieprzystosowania seksualnego po istniejącym uprzednio 65 5 - Seks dojrzały okresie dobrego przystosowania. Posłużę się typowym przykładem: niejedna kobieta w wieku 35Ś40 lat odczuwa wzrost poziomu libido oraz potrzeb seksualnych, zdolność szybkiego i częstego przezywania orgazmu. Oczekuje zatem częstszych kontaktów, krótszej gry wstępnej, bardziej intensywnych ruchów frykcyjnych, zdolności powtórzenia stosunku przez partnera. Tymczasem u jej partnera zachodzi proces odwrotny: wydłuża się czas rozwoju erekcji, stosunku, zmniejsza się zdolność powtarzania współżycia, częstotliwości kontaktów. Powstałe w ten sposób nieprzystosowanie seksualne stwarza napięcie w związku, poczucie zagrożenia u mężczyzny i rozczarowanie kobiety. Tego typu prawidłowość skłania niektóre kobiety do romansowania z młodymi mężczyznami; a inne do mobilizowania partnera w aktywności seksualnej. Istnieje w związku z tym znany stereotyp gorącej kobiety w wieku balzakowskim, co, jak widać, ma uzasadnienie. Zdolność przeżycia orgazmu na podobnym poziomie częstotliwości i intensywności u wielu kobiet utrzymuje się aż do okresu przekwitania, później jest z tym różnie: spada, utrzymuje się status quo, a czasem, choć rzadko, nawet i wzrasta. Zjawisko to należy tłumaczyć zarówno zmianami hormonalnymi (wzrost poziomu testosteronu), typowymi dla wieku dojrzałego kobiety, czynnikami psychicznymi (stabilizacja uczuciowa, harmonia psychiczna, psychoseksualnymi (pełne rozbudzenie seksualne, poznanie swych możliwości, rozkwit atrakcyjności kobiecej), kulturowymi (doping kultury masowej w stronę długotrwałej młodości, wiłalności, radości używania uroków życia), środowiskowymi (doping ze strony innych kobiet, szczere zwierzenia dostarczające stymulacji seksualnej, ale też i praktycznych informacji) itp. Można zatem powiedzieć, iż wiek dojrzały służy rozkwitowi seksu. Ewolucja orgazmu w seksualności mężczyzny jest nieco odmienna. W większości przypadków maleje zdolność co do częstotliwości jego przeżywania, aczkolwiek w wolnym stopniu. Zależy to od stanu zdrowia mężczyzny, a szczególnie alkoholu, palenia, leków, chorób. Inne zjawisko to wolniejszy rozwój podniecenia seksualnego, erekcji, a także skrócenie czasu między odczuciem zbliżającego się wytrysku i samym wytryskiem. Sam wytrysk ma stopniowo coraz mniejsze ciśnienie, zmniejsza się objętość nasienia. U zdrowego mężczyzny proces ten rozwija się bardzo wolno, ale zawiera w sobie potencjalnie pozytywne możliwości - w wieku dojrzałym mężczyzna jest w stanie stosować formy technik przedłużonego współżycia. Wydłużona ars amandi, np. w technice Carezza, buddyjskiej, TAO czy też po prostu w umiejętnym rytmie przerywanego podniecenia może wprowadzić partnerów w świat zupełnie nowej więzi seksualnej o bardzo wysokim poziomie atrakcyjności, graniczącym z mistyką. Partnerzy poznają nowy świat wrażeń, przeżyć o wyjątkowym uroku i dzięki temu ich więź ulega pogłębieniu, a atrakcyjność ich związku niepomiernie wzrasta. Wiek dojrzały daje zatem mężczyźnie potencjalną możliwość ewolucji w głębszy wymiar przeżyć seksu, uczuć, przejścia postawy ilościowej we współżyciu w jakościową. Jak już wspomniałem - jest to potencjalna możliwość, a jej realizacja ma związek z taką potrzebą u partnerów, wiedzą o przedłużonych formach stymulacji seksualnej, ze współdziałaniem ze strony partnerki, z dobrym stanem zdrowia oraz czasem na rozwijanie ars amandi. U części mężczyzn w wieku dojrzałym pojawia się zdolność do przeżywania wielokrotnych orgazmów, w których wytrysk występuje jedynie raz lub kilka razy. Okazuje się, że orgazm mężczyzny niekoniecznie musi mieć związek z wytryskiem nasienia, łzw. orgazm psychiczny oraz mięśTliowy jest równie silny jak orgazm połączony z wytryskiem. W kulturze TAO ten typ orgazmu jest wysoko ceniony. W wyniku wydłużania się czasu trwania pobudzenia seksualnego u części mężczyzn pojawia się opisany w 1977 roku przez Petersena tzw. miniorgazm, czyli stan przyjemności poprzedzający wytrysk, dzięki temu istnieje jakby orgazm ,,mniejszy", a później "większy". Wielokrotny orgazm może polegać na serii takich miniorgazmów. Stwierdzona ewolucja seksualności mężczyzn w wieku dojrzałym jest przez nich różnie traktowana. U jednych dokonuje się wybór na korzyść potencjalnej możliwości, jaką jest wzbogacanie ars amandi, inni zawiązują typowe dla tego wieku romanse, mające potwierdzać męskość, które są próbą sprawdzenia swej sprawności, atrakcyjności. Czasem pojawia się u niektórych mężczyzn histeryczna reakcja paniki i rezygnacji z seksu, lęk przed współżyciem i poczucie kończenia się. Wielu mężczyzn zaczyna szukać możliwości dopingu seksualnego, np. przez zmianę diety, trybu życia, zażywanie leków pobudzających, mnożenie form podniecania (oralizm, analizm, zmiany partnerek, rozbudowywanie wyobraźni seksualnej). Zdarzają się również ewolucje w stronę zachowań dewiacyjnych jako mniej zagrażających i zastępczych (pedofilia, opóźniony homoseksualizm, ekshibicjonizm itp.). Wybór takiej lub innej drogi rozwoju seksualności przez mężczyznę wynika z wielu czynników, a szczególnie z wiedzy na ten temat, postaw wobec JA męskiego, seksu, wpływu środowiska (zwierzenia między kolegami), adoracyjnego zachowania ze strony młodych kobiet (które również wyraża ich potrzeby). Istnieje jeszcze inny, bardzo ważny czynnik determinujący wybór rozwoju seksualności - jest nim postawa partnerki. Jeżeli zna ona omawiane prawidłowości i związek jest udany, prawdziwie partnerski, to wybór przebiega w kierunku wzbogacenia więzi seksualnej. Jeżeli natomiast partnerka jest zimna seksualnie, obojętna wobec spraw seksu lub krytyczna wobec sprawności seksualnej partnera, to może wywołać u partnera powstanie stresu, który wyzwoli różne mechanizmy obronne, formy zastępcze, potrzebę sprawdzenia się iłp. O tym, że w fenomenie orgazmu, i to niezależnie od płci, istotne znaczenie ma wiedza, świadoma postawa, ars amandi, a nie tylko T czynniki biologiczne związane z wiekiem, ilustruje poniższy schemat Dayidsona: Poziom podniecenia Siła percepcji Stan świadomości Organ orgazmu (struktura psychoseksualna) Emisja nasienia Skurcz macicy Odczucia genitalne Skurcz mięśni Narząd genitalnomiedniczny Orgazm, jak wynika ze schematu, jest w zasadzie bipolarny: biologicznopsychiczny. Badacze zagadnienia orgazmu u kobiet podkreślają zgodnie, iż wiele jest jeszcze kontrowersji dotyczących lokalizacji "centrum orgazmicznego" w narządach płciowych. W najnowszych publikacjach coraz więcej uwagi przywiązuje się do tzw. przestrzeni Grafenberga (okolica pochwy pod pęcherzem moczowym), której drażnienie u niektórych kobiet wyzwala orgazm. Biologiczne czynniki orgazmu u kobiet nadal zatem kryją w sobie zagadki. WIELOKROTNY ORGAZM ". , " ... Wielokrotny orgazm jest rzadkim fenomenem psychologii seksualnej. Chociaż występuje u małej populacji kobiet, jest również spotykany u mężczyzn, nie jest zatem fenomenem seksualizmu kobiecego. Wiele osób chciałoby osiągnąć tego typu umiejętności. Zetknięcie się z informacją o możliwości głębszych przeżyć seksualnych wywołuje potrzebę ich przeżycia. Zdolność osiągnięcia wielokrotnego orgazmu nie jest jednak takim prostym i łatwym zadaniem. Najpierw należałoby określić, co należy rozumieć przez pojęcie wielokrotny orgazm. W wielu przypadkach współżycia seksualnego po stosunku zakończonym orgazmem partnerzy podejmują grę miłosną i rzeczywiście są w słanie przeżyć jeszcze jeden lub więcej orgazmów. Tego typu zjawisko jest często spotykane u młodych mężczyzn i niektórych kobiet (niezależnie od wieku). Natomiast seria orgazmów występujących jeden po drugim w wyniku stymulacji seksualnej jest o wiele rzadszym zjawiskiem. Jak stwierdziłem, dotyczy to wyjątkowo małej liczby partnerów. Zdolność przeżycia wielokrotnego orgazmu zależy przede wszystkim od właściwości seksualizmu danej osoby, czyli od jej temperamentu, fizjologii seksualnej. Możemy tu zatem mówić o predyspozycjach wrodzonych. Zdarza się również, że zdolność wielokrotnego orgazmu może być wykształcona w wyniku specjalnych ćwiczeń, ale jest to bardzo trudna droga i również muszą istnieć pewne predyspozycje u danej osoby. Wielokrotny orgazm u kobiet najczęściej polega na powtarzaniu się orgazmów jeden po drugim, a u niektórych na tzw. status orgasmicus, czyli długotrwałym orgazmie, W przypadku mężczyzn wielokrotny orgazm polega na występowaniu kolejnych orgazmów psychicznych (bez wytrysku) i jednym lub dwu orgazmach z wytryskiem. Wspomniałem, że wielokrotny orgazm można osiągnąć w wyniku pewnych ćwiczeń. Jednym z nich jest wykształcenie umiejętności przedłużonego stosunku, np. przez praktyki Carezza. Techniki przedłużonego stosunku są znane w niektórych kulturach, np. w buddyzmie, taoizmie, w tantryzmie. Są one poprzedzone żmudnymi ćwiczeniami T typu jogi, medytacji, koncentracji, wymagającymi wielomiesięcznych seansów. Dopiero wówczas partnerzy przenoszą zdobyte doświadczenia na własne życie seksualne. Warto przy okazji wspomnieć, że wielokrotny orgazm i technika przedłużonego współżycia mają pewne podobieństwa ze stanami mistycznymi. W tantryzmie i taoizmie są one nawet stosowane jako metoda doprowadzania siebie do stanu mistycznego, który prowadzi do wydłużenia czasu ars amandi. Osoby, mające doświadczenia z technikami medytacyjnymi, z jogą, potrafią przenosić te doświadczenia na własne życie seksualne, które nabiera nowych cech w wyniku przedłużenia czasu trwania i wzrostu zakresu przeżyć seksualnych. Jak widać, określone fenomeny seksualizmu wynikają z predyspozycji wrodzonych (temperamentu, reaktywności układu nerwowego, siły działania doznań zmysłowych), jak również ze zdolności poszerzenia zakresu przeżywania, koncentracji psychicznej, formowania zdolności medytacyjnych. Dopiero na tego rodzaju bazie odpowiednia kultura seksualna i dobra więź partnerska umożliwiają wzbogacenie zakresu doświadczeń seksualnych. W całym tym procesie ważna jest rola partnera, a zwłaszcza stopień więzi psychicznej i fascynacji nim. Im wyższy jest poziom fascynacji i głębsza więź uczuciowa, tym lepsze warunki do zwiększania bogactwa przeżyć seksualnych. Warto o tym pamiętać, gdyż wiele osób sądzi, iż istnieją jakieś sztuczki seksualne, których poznanie odkryje nowe horyzonty doświadczeń i przeżyć seksualnych. Tymczasem wyższy poziom ars amandi jest uzależniony od predyspozycji danej osoby, stopnia więzi między partnerami, długotrwałych ćwiczeń. Rozważania o wielokrotnym orgazmie dotyczą nie tylko małej populacji osób, ale i wyjątkowej elitarności tego typu kultury seksualnej. Trudno wyrazić słowami, co jest przeżywane na tak wysokim pułapie ars amandi, dotykamy tu bowiem słownictwa bardziej przypominającego stan ekstatyczny aniżeli język obiegowy. Warto jednaK pamiętać o tym, że fenomen wielokrotnego orgazmu jest tak dalece złożony, trudny do osiągnięcia i rzadki, że należy ,,mierzyć siły na zamiary". Podobnie, jak jesteśmy zróżnicowani co do zakresu uzdolnień, witalności i typów osobowości, tak również różnimy się co do zakresu ars amandi i doznań seksualnych. Podkreślam to dlatego, że popularyzacja zagadnień seksualnych sprzyja podwyższaniu oczekiwań od siebie, partnera, przymierzaniu się do określonego modelu na zasadzie "chcę tego". Może powstać wówczas niepokojące zjawisko, jak rozbieżność między realnymi możliwościami a oczekiwaniami. Prowadzi to jedynie do pomniejszania wartości tego, co się już osiągnęło i co się przeżywa. Osoby zainteresowane wzbogacaniem swej ars amandi nie mogą uzyskać gwarancji, że ćwiczenia medytacyjne doprowadzą je do fenomenu wielokrotnego orgazmu, ale z pewnością wzbogacą nie tylko współżycie seksualne, lecz i osobowość. Warto również pamiętać o tym, 70 że bogata ars amandi jest nierozerwalnie powiązana z bogactwem i kulturą osobowości, więzi między partnerami, a zagadnienia technik seksualnych są tu zupełnie wtórnym, dodatkowym elementem. PRZESTRZEŃ W ORGAZMIE Jeżeli zbadamy dokładniej przeżycia, wrażenia towarzyszące współżyciu seksualnemu, to okaże się, że istnieją określone typy przestrzeni psychicznej w orgazmie. Autoerołyzm Osoba przeżywająca podniecenie, pożądanie narastające aż do orgazmu, jest skoncentrowana na sobie, zamyka się w granicach swego JA. Rejestruje wszystkie bodźce, reakcje swego ciała, przeżywa radość dla siebie i swoją własną. Partner jest w zasadzie narzędziem wyzwalającym rozkosz, instrumentem grającym na ciele. Jeżeli towarzyszy współżyciu wyobraźnia erotyczna, to również ogranicza się do własnej osoby, którą widzi się w konkretnej akcji, przeżywaniu, w fizjologii, a osoba partnera jest jakaś nieostra, nieokreślona, zamazana. Taki typ przestrzeni, ograniczonej do JA, najczęściej występuje u osób narcystycznych, egocentrycznych, z przewagą postaw biorę. Przeżycia i poczucie satysfakcji u partnera są ważne o tyle, o ile potwierdzają wartość działania swego JA, jego atrakcyjności. Jeżeli i partner ujawnia podobny typ przestrzeni psychicznej, to możemy w zasadzie mówić o wzajemnym samozaspokajaniu się. Ekspansja JA U wielu osób w trakcie współżycia seksualnego pojawiają się fantazje, przeżycia związane z poczuciem zdobywania, posiadania osoby partnera. Moje JA staje się posiadaczem drugiej osoby, dominuje nad nią, zagarnia ją dla siebie. Taki zdobywczy seks częściej wystę-71 puje u mężczyzn i w słownictwie seksuologicznym znajduje potwierdzenie w zwrotach typu "posiadłem ja", "zdobyłem", "miałem ją". Ekspansja JA występuje również u kobiet i wyraża się w poczuciu "on jest mój", "zdobyłam go". Częściej występuje u osób z potrzebami dominacji, podporządkowania sobie drugiej osoby. Naturyzm Niektóre osoby w trakcie współżycia seksualnego ujawniają fantazje i przeżycia świadczące o poczuciu jedności ze światem przyrody, natury. Wchodzą jakby w cykl przemian przyrody. Interakcja partnerów sprowadza się do więzi: samiecsamica. Niekiedy pojawia się wyobrażenie kontaktów seksualnych zwierząt. Wtopienie w świat przyrody potwierdza poczucie przynależności do niej - "służymy naturze". Pojawiają się również fantazje i skojarzenia typu "zapładniam glebę", "urodzajna ziemia". Wyższemu poziomowi naturyzmu towarzyszą przeżycia typowe dla medytacji wschodnich, kiedy ma się poczucie jedności z kosmosem, jednością świata, zatracenia własnej indywidualności na rzecz natury. Można również być przekonanym, iż miłość i więź seksualna są w zasadzie podporządkowane prawom natury, przekazywania życia, służenia gatunkowi, a idea miłości, erotyzmu jest jedynie złudzeniem człowieka, stworzonej przez niego kultury. Świat partnerski MY Silna fascynacja wzajemną męskościąkobiecością, poczucie odrębności własnego JA, płciowości, bycia częścią MY, może wyzwalać przeżywanie więzi seksualnej jako wyrazu pełni, całości. Motyw ten przypomina Eros u Platona. Zjednoczenie w przestrzeni MY daje przekonanie o jej wyższości nad przestrzenią JA. Interakcja między partnerami wynika z fascynacji swą odmiennością płciową i erotyczną. W wyobraźni i fantazji seksualnej pojawiają się obrazy innych zjednoczonych par, przynależności do świata męskiegokobiecego. Wyobraźnia podsuwa również obrazy idealnej męskości i kobiecości, stylu kontaktów między nimi i np. część kobiet wyobraża sobie, że jest zdobywana, gwałcona, ponieważ taki mają stereotyp męskości. W innych fantazjach czy zachowaniach mogą pojawiać się obrazy partnerstwa, czyli równości partnerów. O tym typie przestrzeni wiele mówi ulubiony styl ars amandi, pozycji seksualnej - w związku partnerskim jest z reguły więcej wzajemnej aktywności, wymiany pieszczot, zróżnicowania pozycji. Celem współżycia jest m.in. wzajemne dostarczanie sobie satysfakcji seksualnej, nastawienie na przeżycia i doznania, radość drugiej osoby. Przestrzeń mistyczna Zależnie od typu medytacji, systemu wartości, światopoglądu - więzi seksualnej partnerów towarzyszy poczucie przekraczania prze-72 strzeni swego JA i MY w inne typy przestrzeń. (transcendentdn^ kosmicznej, religijnej itp.). Partnerzy przezywała ^d"0"6"^ 'ak0 przekraczające wymiar teraźniejszości, m.osca, swych osób. O tym typie przestrzeni i sposobie jej rozwijania pisałem w książce "Seksuolog radzi", wydanej przez MAW (1981). mistyczny egocentryczny autoerotyczny partnerski natury styczny Warunkiem bogatej, pełnej miłości, ars amandi Jest - o czym zgodnie donoszą wszystkie wielkie kultury - przekraczanie przestrzeń. A w stronę partnerskiej przestrzeni MY, która ma różne poziomy intensywności. ZACHOWANIE PO ORGAZMIE Zachowanie kobiet Zróżnicowanie zachowań kobiet po orgazmie, wynika z ich uczuć wobec partnera, typu pobudliwości seksualnej (u jednych kobiet szybko znika podniecenie, u innych wolniej), z odczuć w narządach płciowych (np. odczuwanie bolesności - przeczulicy, znieczulenia), ze stopnia zmęczenia psychicznego (jedne oczekują kontynuowania kontaktu, inne czują się senne, zmęczone) oraz różnych sytuacyjnych czynników (np. brak warunków intymnych, pośpiech itp.). Gdybyśmy mieli dokonać typologii zachowań kobiet po orgazmie uwzględniając 73 wymienione przyczyny, to najczęściej mamy do czynienia z następującymi zachowaniami: Reakcja typu modliszki. Z chwilą przeżycia orgazmu cel współżycia został osiągnięty i osoba partnera przestaje interesować, jego doznania są obojętne. Inaczej mówiąc ,,Murzyn zrobił swoje i może odejść". Tego typu zachowanie ujawniają kobiety egocentryczne, negujące partnerstwo, a również i takie, w których osobowości ukryte są cechy homoseksualne. Reakcja księżniczki. Ujawnia się w niej cecha narcystyczna. Zabiegi partnera doprowadziły do celu, jakim był orgazm, a później brak jest zainteresowania osobą partnera, brak motywacji do kontynuowania z nim współżycia. Partner powinien być zadowolony z samego faktu, iż został dopuszczony do łaski bycia razem! Dominuje zatem postawa biorcy. Reakcja typu kastracyjnego. Po orgazmie prowokuje się partnera do dalszych stymulacji seksualnych, przekraczających jego możliwości, np. wymaga się od niego wielokrotnych wytrysków, długotrwałego dalszego stosunku, zmiany wariantów pobudzania seksualnego. Jego niemożność wyzwala krytyczne uwagi, sądy i podsumowania jego męskości. Tego typu reakcje ujawniają kobiety z dużymi potrzebami dominacji, z odwróceniem ról męskokobiecych, czujące potrzebę poniżenia mężczyzny, ośmieszenia go. Wzrost pobudzenia seksualnego. U części kobiet przeżycie orgazmu wyzwala energię, dynamizm, wzrost podniecenia seksualnego, oczekują zatem kontynuowania kontaktu. Dopiero wtedy osiągają pełnię podniecenia seksualnego. Tego typu reakcje występują u kobiet z dużym temperamentem, zdolnych do wielokrotnych orgazmów, ze specyficznym typem pobudliwości seksualnej, w którym przeżycie orgazmu jest jedynie etapem do dalszego wzrostu podniecenia. Dla wielu partnerów są to idealne partnerki, ale dla innych mogą być źródłem poczucia zagrożenia, mężczyzna bowiem może nie dysponować możliwościami przedłużania kontaktu seksualnego. Wspomniany typ partnerski pasuje do przedłużonych technik współżycia i wówczas ars amandi daje dobre wzajemne przystosowanie seksualne. Nagły spadek podniecenia seksualnego. U części kobiet bezpośrednio po przeżyciu orgazmu występuje szybki spadek podniecenia seksualnego, niekiedy połączony z nieprzyjemnymi doznaniami (np. przeczulica pochwy, sfer erogennych, bolesność pochwy), W tym przypadku nawet krótkotrwałe kontynuowanie stosunku wiąże się z przykrymi doznaniami. Tego typu reakcje wymagają kontaktu, w którym partnerzy jednocześnie przeżywają orgazm. Wówczas zakończenie kontaktu nie daje negatywnych przeżyć i związek jest dobrze przystosowany. 74 Reakcja partnerska. Po przeżyciu orgazmu kobieta oczekuje osiągnięcia go i przez partnera. Jego orgazm dostarcza wiele przyjemności, wyzwala poczucie radości, wzajemności przeżyć, wspólnoty doznań i więzi. "Jego radość jest i moją radością". W tego typu postawie partnerzy mają jakby podwójnie pozytywne przeżycia - własne i wynikające z doznań partnera. Można mówić o pełni więzi partnerskiej. Na zakończenie warto wspomnieć, iż istnieją kultury seksualne, w których mężczyzna świadomie unika wytrysków i w większości kontaktów jedynie kobieta przeżywa orgazm (np. w taoizmie). Są również typy więzi partnerskich, w których jakkolwiek przeżycie orgazmu daje wiele przyjemności kobiecie, ale pełniejszą satysfakcję daje jej fakt przeżycia orgazmu przez mężczyznę. Czuje się wówczas w pełni wartościowa jako kobieta, atrakcyjniejsza dla partnera, zatem jej orgazm jest dopiero częścią pełnej satysfakcji seksualnej. Zachowania mężczyzn Specyfika seksualizmu męskiego obejmuje m.in. naturalną zdolność przeżywania orgazmu, który w przypadku kobiet musi się dopiero rozwinąć. U mężczyzn częściej faza orgazmu jest intensywna, ale krótkotrwała, szybciej ustępuje podniecenie, istnieje również częstsze rozdzielenie przeżyć seksualnych i uczuciowych. Ta ostatnia prawidłowość wiąże się z tendencją do autonomizacji sfery seksu i koncentracji na doznaniach zmysłowych, wykazania się w roli partnera seksualnego, gdy więź uczuciowa z partnerką może być bardzo różna: od obojętności do miłości. Tak więc pewna inność psychofizjologii seksualnej płci wiąże się z inną typologią zachowań seksualnych mężczyzn po orgazmie. Do najczęściej spotykanych należą: Reakcja samca. Po orgazmie następuje szybki gwałtowny spadek podniecenia seksualnego, zobojętnienie seksualne, uczucie zmęczenia i poczucie dystansu wobec patnerki. Mężczyzna obojętnieje uczuciowo wobec niej, jeśli już przedtem nie czuł obojętności, odwraca się i zasypia, nie jest zainteresowany tym, co przeżywa partnerka, a jej oczekiwania na dalsze pieszczoty i czułe wyznania są traktowane jako w tej sytuacji zbędne. Tego typu mężczyzna ujawnia pewną twardość, ma mały zakres ekspresji emocjonalnej. Dla niego celem i sensem współżycia seksualnego było posiadanie partnerki, przeżycie orgazmu, a nie więź uczuciowa. Jeżeli natomiast odczuwa biologiczną możność powtórzenia stosunku, wówczas dąży do niego, co utożsamia z dobrą tężyzną i potencją. W jego życiu seksualnym dominuje potrzeba wyżycia się, aż do uczucia zmęczenia. Interesujące jest to, co poprzedza i co jest w trakcie współżycia, a nie po nim. Reakcja don Juana. Po orgazmie gwałtownie zanika zainteresowanie osobą partnerki, która przecież została zdobyta. Cel został osiągnięty, nie ma potrzeby pieszczot, okazywania czułości. Zainteresowanie wzbu-75 dza natomiast ocena siebie jako partnera: czy wykazał się odpowiednią potencją, czy dogodził partnerce, jaka była jego sprawność, jakimi dysponuje jeszcze możliwościami? Na te pytania odpowiada sobie sam, oceniając własną osobę oraz zaobserwowane reakcje partnerki. Źródłem przyjemności ze współżycia jest poza orgazmem ocena siebie w roli kochanka. Fakt zdobycia kobiety zmniejsza zainteresowanie jej osobą i rzadko kontakt seksualny z tą właśnie partnerką bywa powtarzany w przyszłości. Reakcja lękowa. U mężczyzn niepewnych swej sprawności seksualnej, mających epizody lub długotrwałe okresy niepowodzeń we współżyciu, zakompleksionych, mających partnerki z dużym doświadczeniem seksualnym lub nie osiągające orgazmu, po wytrysku faza przyjemności szybko mija i pojawia się lęk, jak partnerka oceni współżycie. Analizuje się cały przebieg współżycia, jego poszczególne fazy. Niepewność co do własnej oceny w roli partnera (nawet jeżeli kontakt był udany) sprawia, że czas po orgazmie nie daje poczucia radości, relaksu. Wobec partnerki ujawniane są oczekiwania oceny. Okazywanie jej pieszczot i czułości często ma na celu zmniejszenie niepokoju. Natomiast u innych mężczyzn mogą następować reakcje agresywne, depresyjne itp. Reakcja smutku. U części mężczyzn bezpośrednio po orgazmie i krótkim czasie odczuwalnej radości pojawia się uczucie smutku i przygnębienia, chociaż przebieg współżycia był najzupełniej udany. Tego typu reakcje występują w przypadkach, gdy współżycie wiąże się z poczuciem winy, partnerka jest darzona sprzecznymi uczuciami, a wobec sfery seksu przyjmuje się nazbyt racjonalną postawę. W tym ostatnim przypadku smutek może mieć charakter egzystencjalny (to wszystko marność). Reakcja badacza. U mężczyznerudytów, oczytanych w seksuologii, wyczulonych na poziom zadowolenia partnerki, ceniących zasadę urozmaicania współżycia może ujawniać się po przeżytym orgazmie potrzeba chłodnego analizowania przebiegu współżycia, reakcji partnerki, a niektórzy wręcz zbierają od niej "wywiad seksuologiczny" w celu uzyskania informacji; jak było, czy lepiej niż z innymi, co było najlepsze, a czego brakowało? Należy tu stwierdzić, że lektury różnych publikacji z tego zakresu coraz częściej prowokują do przyjmowania takiej postawy w celu porównania własnego życia seksualnego z modelowym z owych publikacji. Jeżeli w ogóle podejmuje się pieszczoty wobec partnerki i istnieje jakaś kontynuacja czułości - to dlatego, że jest to zalecane, wskazane. Reakcja uczuciowa. Zakres przeżyć we współżyciu seksualnym i radość orgazmu wyzwala poczucie wdzięczności wobec partnerki. Okazywane pieszczoty są wyrazem tej wdzięczności, poczucia zjednoczenia. Czułe słowa, wyznania miłości stanowią naturalną kontynuację więzi psychicznej, wzajemne przeżycie radości jakby ją podwajało. 76 Partnerzy są przytuleni, przyjemnie zrelaksowani, jedni tak zasypiają w objęciach, inni darzą siebie czułościami, jeszcze inni rozmawiają w sposób dla siebie przyjemny. W tym przypadku współżycie seksualne obejmuje kilka faz, a faza po orgazmie jest jedną z nich, równie ważną. Okazuje się, że jakość fazy po orgazmie i ten styl zachowania mężczyzny potrafi bardziej pogłębiać wzajemną więź psychiczną niż sam orgazm partnerów. Można nawet stwierdzić, iż faza po orgazmie partnerów jest czułym testem ich prawdziwej więzi psychicznej, atrakcyjności, miłości. Poza wymiehionymi istnieją również i inne typy zachowań po orgazmie. Dramatyczne bywają np. przeżycia mężczyzn świadomych, że kolejne współżycie było tylko dla nich przyjemne. Duże poczucie zagrożenia i stresu powstaje wówczas, gdy orgazm mężczyzny był zbyt wczesny i uniemożliwił partnerce dojście do orgazmu. Własna radość szybko staje się przykrością, reakcje mężczyzny w takiej sytuacji mogą zmierzać do różnych form wynagrodzenia jej doznanego zawodu. Inni cierpią zawstydzeni, milczą. Tego typu milczenie leżących obok siebie partnerów jest bardzo wymownym wyrazem frustracji seksualnej, a często i poczucia kompromitacji, utraty twarzy. Zróżnicowanie reakcji mężczyzn po orgazmie wynika w dużym stopniu z uczuć wobec partnerki. Jest to dobry test postaw wobec niej. Niektóre kobiety oceniają te zachowania jako test osobowości partnera, jego kultury, co jest tylko częściową prawdą, gdyż osoba kobiety mobilizuje do bardzo różnych reakcji: od agresywnych do bardzo czułych, od poczucia posiadania do poczucia partnerstwa, od zaspokojenia potrzeby wyżycia się do potrzeby wyrażenia miłości. Zatem ten sam mężczyzna ujawnia różne reakcje wobec różnych kobiet, a także różne reakcje wobec tej samej partnerki, w zależności od sytuacji i więzi między nimi. WZBOGACANIE ARS AMANDI W książkach seksuologicznych szczególnie łego typu rozdziały wzbudzają wiele kontrowersji i niektórzy przypisują seksuologom różne negatywne motywacje. Samo hasło "urozmaicanie współżycia", lub "uatrakcyjnianie współżycia" u jednych kojarzy się z mnożeniem technik seksualnych w celu poddania człowieka zmysłowości, a u innych wyzwala apokaliptyczną wizję społeczeństwa "rozseksualizowanego". Zapewne w tego typu postawach ujawniają się osobiste problemy, np. zahamowania seksualne, manicheizm, lęk przed seksem, brak rozbudzenia seksualnego, oziębłość płciowa, ale mogą to być również potrzeby przeciwdziałania autonomizacji seksu i sprowadzania więzi seksualnej jedynie do poziomu przyjemności, techniki, a partnera do poziomu rzeczy, fantomu do ćwiczeń seksualnych. Idea wzbogaca-78 nią więzi seksualnej rodzi zatem różne odczucia, nastawienia, ale ważne jest też i poznanie jej celu i znaczenia. Pośrednio była już o tym mowa w poprzednich rozdziałach, które wskazały, iż bogata ars amandi sprzyja pogłębieniu więzi uczuciowej, trwałości związku. Wzbogacanie ars amandi jest naturalną potrzebą w związku partnerskim, który przez współżycie realizuje różne potrzeby seksualne: więzi, przyjemności, radości bycia razem, wzajemnej atrakcyjności. Zrozumiałe, iż w niektórych związkach wzbogacanie ars amandi służy jedynie przyjemności, ilościowemu traktowaniu współżycia, traktowania partnera jako mzeczy i przedmiotu, instrumentu do podniecania, osiągania coraz większej i bardziej wyrafinowanej rozkoszy. Jednak te same potrzeby mogą być realizowane i w związku ubogim w pomysły, mającym tylko jedną pozycję współżycia, rutynową, i ubogą formę pieszczot. Zanim zatem oceni się taką lub inną ars amandi, należy przyjrzeć się prowadzącej do niej motywacji. W postawach wobec seksu kultury Zachodu dominuje potrzeba panowania nad przyrodą, ascezy, czyli panowania nad sobą. Zrozumiałe zatem, iż idea wzbogacania ars amandi jest traktowana nieufnie jako anłyascetyczna, poddanie się przyrodzie (czyli zmysłowej naturze). Może dlatego właśnie przez wiele wieków różnorodne techniki i pozycje seksualne były ukrywane, przekazywane w tajemnicy, otoczone atmosferą sensacji i zakazanego owocu, a praktycznie realizowane w związkach pozamałżeńskich lub w domach publicznych. W kontemplacyjnych i bardziej nastawionych na mistykę kulturach Wschodu seks jest drogą prowadzącą do ekstazy, mistyki, stąd przywiązywanie tak dużego znaczenia do bogatej ars amandi. Wymagała ona żmudnych ćwiczeń koncentracji, poszerzania percepcji wszystkich zmysłów, współpracy partnerów dążących do przeżywania intensywnej rozkoszy zbliżającej ich do mistyki. Chciałem o tym przypomnieć .na początku tego rozdziału, gdyż urozmaicenie ars amandi służy różnym celom i różne daje następstwa. Być może w przyszłości będzie mogła ukazać się praca poświęcona mistyce seksualnej, ćwiczeniom służącym jej rozwijaniu. Obecnie omówię tylko niektóre zasady ars amandi. przykłady wzbogacania Wrażliwość zmysłowa. Wiele na ten temat pisała w "Sztuce kochania" doktor M. Wisłocka. Tu chciałbym wskazać na pewną podstawową prawidłowość: człowiek ma wprawdzie określony zakres percepcji zmysłowej, odmienny niż w świecie przyrody, ale zawsze dąży do przekroczenia tych granic. Dzięki mikroskopowi, teleskopom, potężnej aparaturze elektronicznej, dźwiękowej itp. niepomiernie przekroczył zakres percepcji zmysłowej. Ćwiczenia medytacyjne, kontemplacja również umożliwiają człowiekowi poszerzenie granic odczu-79 wania rzeczywistości zmysłowej. Ma to również odniesienie do życia seksualnego. Wydłużenie czasu trwania pieszczot dzięki zwiększeniu kontaktu dotykowego pozwala nie tylko lepiej poznać mapę ciała partnera, jego strefy erogenne, poziom ich wrażliwości, ale zwiększa również zakres tych bodźców. Pocałunek ust może być przelotny, ograniczyć się do muśnięcia, ale może również stać się bogatą formą pobudzenia, dzięki któremu poszerza się zakres doznań z tej okolicy i zwiększa się poziom podniecenia. Dotyczy to zresztą dotyku każdej strefy erpgennej. Znana jest wartość słowa jako bodźca seksualnego i uczuciowego. Można ograniczyć się do milczenia, zdawkowych słów, ale można również stworzyć finezyjny, pełen humoru i ciepła język erotyczny znany tylko partnerom i wyrażający całą gamę ich przeżyć i uczuć do siebie. Słowo spełnia wówczas rolę poznawczą (więcej wiem o partnerze, jego seksualności), pobudzającą i wreszcie więziotwórczą. Kontakt wizualny jest równie znanym bodźcem seksualnym, obecnie w coraz większym stopniu akceptowanym przez kobiety. Nie chodzi w nim jedynie o widok ciała, ale też i o wzbudzenie podziwu dla jego harmonii, piękna. Zbliżenie narządów płciowych podczas stosunku seksualnego w niektórych pozycjach jest niewidoczne (np. w klasycznej), a w innych odkryte, co również ma duże znaczenie stymulujące. Dla wielu osób fakt użycia w sypialni luster pachnie dewiacją, fetyszyzacją współżycia, i rzeczywiście może to właśnie oznaczać lub być wyrazem wyrafinowania, ale przecież w wielu związkach zastosowanie lustra we współżyciu poszerza zakres kontaktu z partnerem, podobnie jak słowo czy dotyk. Odkrycie seksualnego znaczenia feromonów wzmogło zmysłową percepcję. Znane jest przecież podniecające znaczenie różnych zapachów perfum, dezodorantów. W życiu seksualnym ważne jest również znaczenie zapachów naturalnych ciała, a zwłaszcza okolic genitalnych. Okazuje się, że reakcja na nie wyraża uczucia wobec partnera (fascynację, wstręt lub obojętność). Dobro związku partnerskiego wymaga wyczucia rodzaju doznań partnera, odkrycia poziomu jego wrażliwości, przeżyć estetycznych. Zatem poszerzenie zakresu różnych bodźców zmysłowych powinno być prowadzone z umiarem, delikatnością, wrażliwością. W jednym związku rozbudowa poszczególnych wrażeń zmysłowych sprzyja więzi seksualnej, w innym jedynie wówczas, gdy dotyczy jednego ze zmysłów itd. Wzbogacanie ars amandi dotyczy również stwarzania tła dla współżycia. Stosowane formy są zróżnicowane, zależnie od upodobań partnerów. Na podstawie zbieranych wywiadów można się przekonać, jak duże to może mieć znaczenie dla atrakcyjności współżycia. Na przykład wystarczy nieraz stworzenie dyskretnego oświetlenia, 80 przyjemnej muzyki, aby wzmogła się fala podniecenia, uatrakcyjniając przeżycie bycia razem. Niekiedy odpowiednie umeblowanie, rozłożenie sprzętów daje podobny efekt. W jednych związkach miejscem miłosnego spotkania jest przysłowiowe łóżko, w innych materac na podłodze, dywan iłp. Nie są to sprawy bez znaczenia. Wystarczy niekiedy sama zmiana miejsca zjednoczenia, aby nagle zakres wrażeń i przeżyć znacznie się wzbogacił. Są to sprawy zdawałoby się oczywiste, ale tak naprawdę, to wielu ludziom brakuje wyobraźni czy pomysłu, aby tę oczywistość wykorzystać. Moim zadaniem nie jest pisanie dzieła o technice seksualnej, ale chciałbyłn tu podkreślić jej znaczenie i zachęcić do poznania wzajemnych oczekiwań i upodobań. W "Seksie partnerskim" przedstawiłem typowe pozycje współżycia; w obecnej pracy demonstruję dalsze, które również mają znaczenie dla poszerzenia zakresu bodźców seksualnych. Nie mamy dotąd atlasu seksualnego i chociaż jest to sprawa dość prozaiczna, jednak wzbudza wiele emocji. Chciałbym podkreślić, że w wielu związkach wprowadzenie innych pozycji umożliwiło przeżycie kobiecie orgazmu po wielu latach trwania w nieświadomości, iż jest do niego zdolna. Dla innych związków zmiana pozycji jest naturalnym przeciwdziałaniem rutynie. 6 - Seks dojrzany GIMNASTYKA SEKSUALNA W miarę rozwoju wiedzy o ars amandi zaczęło przywiązywać coraz więcej uwagi do różnych form ćwiczeń mających na celu wzrósł zdolności przeżywania satysfakcji seksualnej, poszerzenia seksualnej świadomości. W leczeniu zaburzeń seksualnych zaczęło stosować jogę, relaksację, autohipnozę oraz medytację, polegające na stopniowym ćwiczeniu zdolności odprężania i koncentracji na doznaniach 82 seksualnych. Okazało się, że wspomniane wyżej ćwiczenia nie tylko leczą, ale pomagają również ludziom zdrowym, a partnerzy wspólnie je stosujący uzyskują lepszy poziom przystosowania seksualnego. Ćwiczenia tego typu nie są bynajmniej niczym nowym, znane są starym kulturom i w różnych księgach miłosnych, np. w Kamasutrze, w poradniku japońskim z XVII wieku, zalecano skomplikowane treningi ciała, oddechu, pieszczot, współpracy partnerów we wzajemnym pobudzaniu. Wschodnie tradycje seksualne przeżywają zresztą w XX wieku prawdziwy renesans i słały się modne na Zachodzie, ale poza modą przyniosły również wzbogacenie więzi seksualnej, ars amandi. Kiedy dokładniej zaczęło badać wartość naukową tego typu miłosnych poradników, to okazało się, że zawierają rady opierające się na słusznych obserwacjach. Analizowano np. znaczenie różnych mięśni w życiu seksualnym i poświęcano im specjalne monografie (np. mięśniowi łonowoguzicznemu u kobiet). Opracowano systemy ćwiczeń tych mięśni, opierając się na badaniach psychofizjologicznych. Ćwiczenia różnych grup mięśniowych można zatem traktować jako przygotowanie do optymalnego życia seksualnego. Nie wyklucza to zresztą podstawowych czynników ars amandi, jak miłości, więzi psychicznej partnerów. Ćwiczenia mięśni należy traktować jako jeden z wielu elementów ars amandi. Ćwiczenia, które opiszę, wykorzystałem w leczeniu moich pacjentek i potwierdziła się ich przydatność. Do ogólnych zasad tych ćwiczeń należą: Systematyczność - łzn. konieczność codziennego ćwiczenia minimum około 10 minut. Stopniowanie trudności - dopiero po opanowaniu kolejnych form ćwiczeń należy przechodzić do następnych. Ciągłość - do kolejnych ćwiczeń przechodzi się po powtórzeniu poprzednich. Relaksacja - każde ćwiczenie należy wykonać w warunkach odprężenia, spokoju. Właściwe warunki - lekki kostium, wygodne miejsce, brak hałasu i pośpiechu, świeże powietrze, możliwość wypoczynku. Przedstawione niżej ćwiczenia są adresowane szczególnie do kobiet, gdyż odpowiednie ćwiczenie mięśni brzucha i miednicy ma u nich istotny wpływ na możliwość i zakres przeżywania orgazmu. Wspólne ćwiczenia dotyczą partnerów, którzy uaktywniała miejsca erogenne na bodźce dotykowe oraz grupy mięśni do reakcji seksualnych. Ćwiczenia te nie wyczerpują wszystkich możliwości, są jedynie przykładem prostego i możliwego dla każdego zestawu. Być może będzie kiedyś okazja opracowania specjalistycznego poradnika gimnastyki seksualnej. 83 POZYCJE WSPÓŁŻYCIA / / Podstawowe pozycje współżycia ^^^ / seksualnego zostały omówione ^^ / w "Seksie partnerskim". W tej ^^f V P^y Podstawiam jeszcze inne; y^/^.^^ wlele 2 "'ch wymaga omówionej C^^^^^ uprzednio gimnastyki seksualnej. Nie wyczerpują bynajmniej wszystamandi. Atlasy w za<^,» A ? moźliwości urozmaicania ars przedstawionych'w obu^ch'^:^"^ )edynie warianty P02ycji 92 Pozycja von Urbana Partnerka unosi nogi podkurczone w kolanach, a partner przesuwa się pod jej nogi, które spoczywają swobodnie na jego biodrach. W rezultacie partnerka leży na plecach, a partner na boku i prostopadle do niej. Ta pozycja ułatwia relaksację, łagodne wykonywanie ruchów przy przewadze płytkiej immisji. Pozycja wskazana dla osób męczących się przy współżyciu, pragnących wydłużenia czasu trwania ars amandi oraz w przypadku kobiet oczekujących jednoczesnego ręcznego drażnienia łechtaczki i stosunku kobiety z tzw. orgazmem mieszanym). Pozycja głębokiej immisji Kobieta leży na plecach, a partner na niej, partnerka następnie unosi nogi i opiera stopy na ramionach partnera. Pozycja umożliwia bardzo głęboką immisję, co jest korzystne u kobiet z dużym tyłozgięciem macicy, oczekujących drażnienia dolnego sklepienia pochwy. Ze względu na silne napięcie mięśni u kobiety wymaga dobrej kondycji fizycznej; ten typ pozycji skraca czas stosunku. Pozycja wzajemnie siedząca Partnerzy przyjmują pozycję siedzącą, a uda partnerki obejmują partnera. Pozycja ta sprzyja ręcznej stymufacji i jednoczesnemu drażnieniu łechtaczki w trakcie stosunku. Ruchy są raczej wolne. Pozycja ta często jest traktowana jako poprzedzająca inne, doprowadzające do orgazmu. 93 Pozycja "górnej stymulacji" Partner leży na plecach, a partnerka siada na nim przesuwając stopy w kierunku jego ramion i odchyla się do tyłu. W tej pozycji partner ma zwiększony zakres doznań wzrokowych, a u partnerki najsilniejsze jest drażnienie przedniej ściany pochwy. Przydatna dla kobiet z pobudliwą przednią ścianą pochwy. Pozycja "na jeźdźca" odwrotna Partner leży na plecach, a partnerka siada na nim tyłem. Pozycja ta umożliwia głęboką immisję i drażnienie przedniej ściany pochwy; dla partnera wiąże się z silną stymulacją wzrokową, sylwetka kobiety jest bowiem w tej pozycji bardzo harmonijna. Pozycja "na jeźdźca" wariant II Ułożenie partnerów jw. Partnerka klęczy tyłem do partnera )e) rŚ •••• r .....Ś" ".y, .,."... źw ^ain.źia i (Oj głowa znajduje się przy nogach partnera. Pozycja ta umożliwia głęboką immisję i przewagę drażnienia przedniej ściany pochwy; partnerowi dostarcza silnych bodźców wzrokowych. Stosunkowo mało przez kobiety lubiana. 94 Pozycja od tyłu Partner klęczy przechylony nieco do tyłu, a partnerka klęczy tyłem do niego i pochyla się w ten sposób, że może obserwować ruchy frykcyjne. Pozycja umożliwia głęboką immisję oraz stymulację wzrokową u obojga partnerów. Pozycja od tyłu, wariant II Partner leży na stoliku ze zgiętymi nogami w kolanach, a partnerka stoi pochylona, tyłem do partnera. Pozycja wygodna dla partnerów, dostarcza silnych bodźców wzrokowych partnerowi. Pozycja zwana hinduską Partnerzy stoją na jednej nodze, a druga zgięła jest pod kałem prostym w kolanie i opiera się na udzie partnera. Pozycja ta umożliwia większe drażnienie bocznej powierzchni pochwy pod pewnym kałem. Wymaga wysiłku, wprawy. Przydatna dla kobiet z duża wrażliwością bocznych ścian pochwy. Pozycja medytacji w łantryzmie Partner siedzi, partnerka siada na jego udach i odchyla się nieco do tyłu. Pozycja ta służy przedłużaniu zjednoczenia partnerów, ruchy są wolne, przerywane. Pozycja TAO Mężczyzna jest w pozycji półleżącej, a kobieta siada na nim bokiem. Pozycja ta ma znaczenie mistyczne, tzn. służy rozwojowi kontemplacji przy przedłużonym czasie zjednoczenia. Według koncepcji TAO sam fakt częstego i długotrwałego zjednoczenia partnerów służy przekazywaniu energii i długowieczności. Mężczyzna wykonuje "2000 miłosnych pchnięć" o zróżnicowanym charakterze (różny kierunek, różna intensywność i rytm). Pozycja jogistyczna Pozycja ta wymaga długotrwałych ćwiczeń jogi, jest bardzo trudna. Służy maksymalnej koncentracji na zjednoczeniu i można w niej osiągnąć orgazm nawet bez wykonywania ruchów frykcyjnych. 96 97 Seks dojrzały Pozycja stojąca partnera Partner słoi i unosi partnerkę, której nogi obejmują jego biodra. Pozycja często stosowana przez partnerów ze znaczną różnicą wzrostu, umożliwia bowiem pełnię kontaktu twarzy i piersi w trakcie stosunku. Immisja głęboka jest utrudniona, co może być przydatne dla kobiet odczuwających potrzebę płytszej immisji. Wymaga dobrej kondycji fizycznej partnera. Pozycja ruchów obrotowych U niektórych kobiet istnieje największa wrażliwość na stymulację pochwy w kierunku poprzecznym w ruchu obrotowym. Natomiast ruchy w kierunku pionowym do osi pochwy są dla nich mało pobudzające. Tego typu ruchy są możliwe w wielu pozycjach: klasycznej, odwrotnej, siedzącej, "na jeźdźca" itp. Partnerzy muszą po prostu odnaleźć najbardziej optymalną technikę drażnienia w ruchu obrotowym. Głęboka ręczna stymulacja U niektórych kobiet orgazm powstaje w wyniku drażnienia palcem tylnego sklepienia pochwy dotykającego zarazem szyjki macicy. Drażnienie takie jest najbardziej ułatwione w wypadku, gdy kobieta leży na plecach szeroko odwodząc uda, a partner leży na boku obok niej. Należy jednak pamiętać o tym, iż częste drażnienie ręczne tej okolicy pochwy może podrażnić szyjkę macicy i dlatego ta forma pobudzania wymaga nie tylko wyczulenia na higienę ze strony partnerów, ale także stałych konsultacji kobiety u ginekologa. SEKS A STEROWANIE PŁODNOŚCIĄ W ocenie metod sterowania płodnością ważne są 4 kryteria: łatwość w stosowaniu, skuteczność, bezpieczeństwo oraz wpływ na więź seksualną. Przedstawię poniżej własny pogląd na tę sprawę, ale dokładnie omówię jedynie kryterium seksualne, inne bowiem są już dość dobrze znane i upowszechniane w wielu pracach. Na początku chciałbym zaznaczyć, że przedstawiam prawidłowości statystyczne, nie można jednak tego typu kryterium w tak ważnej sprawie traktować jednoznacznie. Zdarza się bowiem, iż są bardzo udane związki, mające dobrą więź seksualną, mimo stosowania 99 stosunku przerywanego. Uważam jednak, że należy podkreślić istnienie pewnych prawidłowości, chociaż są wyjątki od reguły, a także bardzo zróżnicowane typy postaw partnerów i odczuć. Problem ten rodzi bardzo duże kontrowersje, postawy bowiem wobec takiej lub innej metody bywają wręcz fanatyczne i pozbawione obiektywizmu. Niekiedy pomniejsza się negatywne skutki danej metody, co jest zwykłą nieuczciwością. Nie można również kryterium seksualnego traktować jako najważniejszego, nie ono bowiem jest pierwszoplanowe, lecz skuteczność i bezpieczeństwo. Znajomość kryterium seksualnego jest jednak ważna, ponieważ w niektórych związkach stawia się pod znakiem zapytania inne zalety danej metody. Miałem do czynienia z niejednym związkiem, który uległ rozbiciu, ponieważ partnerzy w sposób rygorystyczny i sztywny traktowali wartość danej metody i nie uzyskali pomocy w wyrównaniu seksualnego braku tej metody. Dla osób wierzących, które pragną i chcą stosować metody biologiczne typu termicznej czy Billingsów, ewentualny problem seksualny wynikający z tych metod może być mało istotny, ale w przypadku, gdy stanie się istotny dla trwałości związku, a jednocześnie podtrzymywana jest potrzeba dochowania wierności wyznawanym zasadom, terapeuta powinien znaleźć skuteczną pomoc i praktyczne rady. Posłużę się przykładem: w danym związku dobrze oceniającym metodę termiczną kobieta może przeżywać orgazm w okresie płodnym, w innych odczuwa obojętność, a nawet niechęć. Zgłaszała się do różnych poradni i albo uzyskiwała odpowiedź, że seks nie jest najważniejszy, albo że po pewnym czasie sprawa się poprawi, ponieważ organizm dostosuje się do rytmu współżycia. Nic się jednak nie zmieniało, a współżycie było coraz bardziej stresujące. Pacjentka nie wyrażała chęci na zmianę metody, wykluczała taką możliwość, mąż szanował jej postawę, ale był zrezygnowany. Problem pogłębiał fakt, iż osiągała ona orgazmy jedynie w okresie owulacji w trakcie stosunku. Można zatem zadać pytanie - czy w takim przypadku rozwiązaniem nie byłoby zastosowanie metod mechanicznych typu prezerwatywa lub kapturek w okresie płodnym albo też praktyki Carezza, w której mężczyzna nie ma wytrysku? Zapewne, tego typu problem nie jest masowy, ale przecież te związki oczekują pomocy, której nie można im odmówić. Z tabeli 3 wynika, iż metody biologiczne (termiczne, Billingsów, kalendarzyk) mają dla więzi seksualnej wartość przeciętną, ale wymaga to szerszego omówienia. W przypadku związków z przeciętnym poziomem temperamentu i kobiet mających wysoki poziom libido w różnych okresach cyklu lub w okresach niepłodnych, te metody wywierają bardzo dobry wpływ na więź seksualną. Natomiast w przypadku związków partnerów z dużym temperamentem, ceniących częste kontakty i kobiet mających wysoki poziom libido w okresie owulacji, nie są przydatne i nie umożliwiają regularnego ułożenia współżycia. 100 Tabela 3 Metody zapobiegania ciqźy Metoda Skuteczność Bezpieczeństwo Łatwość Seks Metoda termiczna poowulacyjna +++ +++ + ++ Metoda termiczno rozszerzono ++ +++ + ++ Metoda Billingsów ++ +++ + ++ Kalendarzyk + +++ + + Prezerwatywa ź + ++ + +Kapturek dopochwo wy ++ ++ ++ ++ Spirala domaciczna +++ + +++ +++ Tabletki hormonalne + ++ + Stosunek przerywany ± + ± Płukanie pochwy po stosunku Zabiegi chirurgiczne ++++ + ++ ? ++++ bardzo wysoki poziom 4++ wysoki poziom ++ przeciętny poziom + niski poziom Ś negatywny poziom Prezerwatywa w wielu związkach nie stwarza problemów, ale w wielu innych wiąże się z uczuciem dyskomfortu, utrudnia przeżywanie zjednoczenia i optymalnego pobudzenia. Tabletki hormonalne u wielu kobiet obniżają poziom libido. Stosowanie spirali domacicznej, niekiedy powodującej przekrwienie miednicy, daje wzrost pobudliwości seksualnej. Jak zatem z tych rozważań wynika, nie ma optymalnej metody sterowania płodnością ze względu na więź seksualną. Istnieje duże zróżnicowanie odczuć, doznań, wpływów danej metody na organizm, a także i psychikę. Należy jednak stwierdzić podstawową prawidłowość - dla większości kobiet sama świadomość pewności uniknięcia nie planowanej ciąży i zaufanie do danej metody sprzyja wzrostowi zainteresowania życiem seksualnym. WSPÓŁŻYCIE PO PORODZIE Trudności seksualne po porodzie nie są zjawiskiem rzadkim. Różnego rodzaju zahamowania i niewłaściwie pojmowany wstyd sprawiają, że nie ujawnia się tych problemów lekarzowi sprawującemu stałą opiekę ginekologiczną, który może sam pomóc lub skierować do seksuologa. Równie często przyjmuje się postawę wyczekiwania ,,aż samo minie". Tymczasem narasta konflikt, rozdrażnienie nieudanym współżyciem lub zmęczenie udawanym orgazmem. 102 W świetle różnych danych trudności te dotyczą około 12Ś30% kobiet, z tym że u ponad połowy z nich po roku same mijają. U wielu jednak pozostają, a nawet mogą ulec nasileniu lub komplikacjom w związku z konfliktami powstającymi w związku małżeńskim. Trudności seksualne najczęściej dotyczą: anorgazmii (braku orgazmu), dyspareunii (bolesne współżycie), wstrętu i niechęci do współżycia seksualnego, a czasem zmian w pobudliwości sfer erogennych. Ta ostatnia możliwość nie stanowi większego problemu, ponieważ zmiana stylu współżycia wystarczy już do uzyskania wzajemnej satysfakcji seksualnej. Przyczyny wymienionych trudności są następujące: Zmiany anafomicznorizJologiczne Niekiedy po porodzie następuje np. rozszerzenie pochwy, powstaje miejscowa nadwrażliwość dotykowa itp. Współżycie może wówczas nie budzić dostatecznego podniecenia lub być źródłem przykrych doznań bólowych. Zaburzenia hormonalne Wystarczy np. przesunięcie w proporcji hormonów, aby doprowadzić do zmniejszenia temperamentu seksualnego i podwyższenia progu wrażliwości zmysłowej, co w praktyce oznacza słabsze działanie bodźców seksualnych. Stany zmęczenia, wyczerpania, senności Wiele kobiet obciążonych nowymi obowiązkami macierzyńskimi, przeżywających stresy, które są nieuniknione w okresie opieki nad dzieckiem, i zapracowanych w gospodarstwie domowym, wieczorami dosłownie pada ze zmęczenia i jeżeli dojdzie do współżycia, to jest ono mało podniecające i oczywiście nie kończy się orgazmem. Lęk przed ciążą Wiele kobiet wie, że po porodzie można łatwo zajść w ciążę. Powstaje zatem lęk przed ciążą i niewiara w skuteczność dotychczas stosowanych metod jej zapobiegania (często przecież ciąża jest spowodowana brakiem skuteczności stosowanej metody). Lęk zaczyna utrudniać przeżycia seksualne, wzbudza stan napięcia, zniechęca do współżycia. Zmiany w układzie partnerskim W jednych związkach powstaje rozczarowanie osobą partnera, który nie pomaga w sprawowaniu opieki nad dzieckiem i w pełnieniu obowiązków domowych. 2al wobec osoby partnera rodzi niechęć do niego i stąd trudności seksualne stają się wyrazem oporu. U innych kobiet natomiast powstaje zmiana postawy wobec partnera, wy-103 nikająca z taktowania go jako "trutnia"; inaczej mówiąc małżeństwo było dla nich bardziej potrzebą posiadania dziecka aniżeli więzią uczuciową z mężczyzną. Innym przykładem zmiany we wzajemnych układach między partnerami jest zazdrość męża o to, że żona bardziej troszcząc się o dziecko, odsuwa go na dalszy plan. Te doznania męża budzą niechęć i opór żony. Zmiany w widzeniu swego JA u kobiet Niektóre kobiety uważają się za mniej atrakcyjne, rodzą się u nich kompleksy. Poczucie zaś mniejszej atrakcyjności zaczyna odbijać się na współżyciu seksualnym. Neurotyzm Zmiany w stylu życia, wynikające z powstania nowych obowiązków, konflikty z partnerem, trudności w sprawowaniu opieki nad dzieckiem itp. mogą prowadzić do rozwoju objawów nerwicowych, a te z kolei odbijają się niekorzystnie na harmonii seksualnej. Jak widać eliminacja trudności seksualnych po porodzie może wymagać porady dotyczącej: stylu współżycia seksualnego, konieczności leczenia farmakologicznego albo psychoterapii samej kobiety lub związku małżeńskiego. Samo stwierdzenie faktu trudności seksualnych niczego nie rozwiązuje, nie ma też obowiązującej i jedynej recepty na wyjście z impasu. Na podstawie doświadczeń z pacjentami mogę stwierdzić, że w zdecydowanej większości przypadków trudności te dadzą się usunąć. Problemy zaś powstają wówczas, gdy zwleka się z wizytą u lekarza, gdyż w miarę upływu lat trudności pogłębiają się, a często są niejako ,,obudowywane" ich konsekwencjami. SEKS W POWTÓRNYM MAŁŻEŃSTWIE Z danych demograficznych wynika, że w Polsce rocznie jest zawieranych około 40000 powtórnych małżeństw, czyli mniej więcej co 9 związek małżeński w USC. Ciekawe, że dotąd ukazały się nieliczne prace poświęcone tym małżeństwom. Jedną z ciekawszych jest tekst J. Witczaka w nr 4 "Problemów Rodziny" z 1983 r. Niewiele wiemy o tych związkach, a jeszcze mniej jest znana ich więź seksualna. Moje własne badania związków partnerskich, prowadzone w latach 1980Ś1983 (obejmujące 62 pary), pozwoliły mi na stwierdzenie pewnych zróżnicowań i prawidłowości w więzi seksualnej powtórnych związków. 105 Wyższy poziom przystosowania seksualnego (14 związków) u obojga partnerów w porównaniu do poprzedniego związku W tego typu związku istnieje większa zgodność temperamentów, potrzeb i upodobań seksualnych, partnerzy odnoszą wrażenie, że "wreszcie trafili na właściwego partnera". Źródłem powstania tych związków najczęściej był nawiązany romans, w którym przystosowanie seksualne nastąpiło dość szybko i na optymalnym poziomie. Zadecydowało to o potrzebie bycia razem. W poprzednim związku partner ujawniał zaburzenia seksualne, zbyt małą aktywność seksualną, współżycie było monotonne, rozmijało się z potrzebami. W drugim związku nowy partner potrafił odkryć zupełnie nowy świat przeżyć, "trafił w czułe punkty". Atrakcyjność seksualna partnera i związku znacznie przeważyła szalę na rzecz zawarcia ponownego związku. Atrakcyjniejsza okazała się ars amandi, technika pobudzania, postawa partnera wobec seksu i współżycia, wyzwolone zostały nowe odczucia. Wartość powtórnego związku nie ogranicza się jedynie do seksu, ale można powiedzieć, iż miał on dość decydujące znaczenie dla jego oceny. Niższy poziom przystosowania seksualnego (9 związków) w porównaniu do poprzedniego związku W układzie tego typu okazać się mogło, że partnerzy ulegli złudzeniu lub rozczarowaniu, przypisywali drugiej osobie zalety, których w rzeczywistości nie miała. W innych przypadkach źródłem powstania związku było trudne znoszenie poczucia samotności i na partnera został wybrany ten, który po prostu zaproponował małżeństwo. Chociaż więź seksualna w tych związkach jest oceniana jako mało atrakcyjna, jednak samo małżeństwo oceniane jest pozytywnie, gdyż partner zaspokaja te potrzeby, których brakowało w poprzednim związku, np. gospodarność, pracowitość, trzeźwość, zrównoważenie psychiczne, a zwłaszcza dobre wywiązywanie się w roli przyjaciela, mężaŚżony. Wspomniane zalety nowego związku wyrównują jakby jego braki atrakcyjności seksualnej i partnerzy godzą się z tym, że "seks nie jest najważniejszy". Związki z problemami seksualnymi W takim związku problemy seksualne mają najczęściej charakter wtórny, po okresie dość udanej więzi seksualnej. Po prostu zaczynają się po pewnym czasie ujawniać różne postawy wyzwalające napięcia i utrudniające harmonię seksualną. Posłużę się typowymi przykładami. W jednych związkach ujawnia się zazdrość o poprzedniego partnera małżonka; dotyczy to zwłaszcza mężczyzn, którzy nie mogą pogodzić się z myślą, że ich żona przez wiele lat była z innym mężczyzną. Prowokowana jest ona do zwierzeń, porównań. Niepewność, czy jest się lepszym od poprzednika, burzy spokój w wielu związkach. Inni partnerzy (częściej kobiety) starają się "być lepszym" od poprzednie-106 go, nastawiają się na odgadywanie i zaspokajanie życzeń, potrzeb swych współmałżonków, a to po pewnym czasie utrudnia spontaniczność w życiu seksualnym. W niektórych związkach ujawniają się różnice nawyków i upodobań seksualnych, np. co do technik pobudzania, pozycji, stylu współżycia. Partnerzy są sprawni, nie mają zaburzeń, ale ich stare nawyki rzutują na trudności w dostosowaniu się do nowych zwyczajów. Innym przeszkadzają wspomnienia prowadzące do porównań. Są to niby drobne rzeczy (np. dotyczące budowy partnera, zapachu skóry, rodzaju dotyku itp.), ale utrudniające pełną akceptację nowego partnera. W przypadku partnerów, którzy doświadczyli w poprzednim związku zdrady prowadzącej do rozwodu, w nowym związku wykazują pewną rezerwę i nieufność, podejrzliwość, stąd łatwo rodzi się zazdrość, pretensje. Współmałżonkowi przypisuje się cechy poprzedniego partnera i to w formie wyostrzonej, zwielokrotnionej. Można zatem powiedzieć, iż ciągnie się za sobą pewien garb psychiczny, obciążający klimat nowego związku utrudniający harmonię życia seksualnego. Istnieje jeszcze jeden, ale bardzo częsty i ważny problem - duża różnica wieku między partnerami. Mam z tym bardzo często do czynienia. Najczęściej starszy jest mężczyzna - i nowa partnerka, oceniana jako atrakcyjniejsza od poprzedniej, mobilizuje do wzrostu aktywności seksualnej, która oceniana jest jako doskonała. Okazuje się jednak, iż po pewnym czasie następuje wyczerpanie i zaczyna ujawniać się temperament typowy dla danego wieku. Następstwem rozbieżności możliwości seksualnych jest niezaspokojenie seksualne żony. W miarę upływu czasu problem ten nasila się i np. 55letni mężczyzna wchodzący w okres andropauzy przeżywa boleśnie ograniczoną sprawność seksualną wobec młodszej o 15Ś20 lat żony, będącej u szczytu rozkwitu kobiecości i temperamentu. Potrzeba dostosowania swych możliwości do wymagań partnerki narzuca mężczyźnie starania o odmłodzenie się, odpowiedni dobór diety, stylu bycia, ale nie zawsze daje to oczekiwane efekty. Muszę powiedzieć, że dla lekarza ten łyp problemów jest szczególnie trudny a pacjenci potrafią ujawniać dramatyzm swej sytuacji nawet płaczem, rozpaczą, depresją, myślami samobójczymi. O tym, czy tego typu związek będzie udany, decyduje nie tylko wynik leczenia, ale głównie postawa partnerki. Jeżeli żona daje wyraźnie odczuć, iż zaspokojenie jej potrzeb seksualnych jest sprawą ważną, jej presja i postawa załamuje niejednego męża szukającego dalszych dopingów, lub też godzącego się z faktem, iż wymarzona kobieta nie znajdzie z nim szczęścia. W innych natomiast związkach partnerki świadome tego stanu rzeczy potrafią dostosować się do sytuacji partnera i znajdują satysfakcje zastępcze, ograniczają swoje potrzeby. Tego typu sytuacji jest bardzo wiele i wymagają szczególnego taktu i wrażliwości. Otoczenie potrafi niekiedy pogłębić problem przez drwiny typu: "dobrze mu tak, zachciało się mu młodej"; 107 "nie pasują do siebie, mógłby być jej ojcem" itp. Są również związki z dużą przewagą wieku kobieły; w nich problemy seksualne wynikają częściej z zazdrości i lęku przed odebraniem partnera przez inną, młodszą kobietę. Innym źródłem mącącym harmonię więzi seksualnej w związkach partnerów z dużą różnicą wieku jest zagrożenie poczucia własnej atrakcyjności, lęk przed starzeniem się. Powstaje wyczulenie wobec partnera, jego oceny tej atrakcyjności i ocenianiem jej przez innych. Renesans atrakcyjności seksualnej poprzedniego partnera Jeżeli w poprzednim związku konflikt między partnerami był długotrwały i doprowadził do rozwodu, zrozumiałe, iż w takiej sytuacji codzienne napięcia i kłótnie obniżały atrakcyjność partnera i przeważał jego negatywny obraz. Po rozwodzie, pewnym stażu w nowym związku, może nastąpić złagodzenie emocji i na poprzedniego partnera patrzy się innym okiem. Dopiero teraz dostrzega się jego cechy męskiekobiece, niedawno pomijane. Okazuje się, iż renesans zainteresowania poprzednim partnerem prowadzi do różnych następstw: pogodzenia się z losem i utratą tego partnera: ,,zrobiło się błąd"; nawiązuje się romans z nim i powstaje przyjaźń seksualna, ale żyje się w nowym związku - powstaje zatem paradoksalny trójkąt. Zdarza się również, iż wspomnienia pozytywne zaczynają dominować i burzą więź seksualną w powtórnym małżeństwie, a nawet prowadzą do ponownego zawarcia małżeństwa z eksmałżonkiem. Jak zatem z powyższych rozważań wynika, więź seksualna w powtórnych małżeństwach jest zróżnicowana, często ciąży nad nią przeszłość partnerów i możliwość wyłonienia się nieprzewidzianych komplikacji. Jest to problem spotykany w poradnictwie rodzinnym i w psychoterapii, wymagający szczególnego doświadczenia ze strony terapeuty oraz taktu i cierpliwości ze strony partnerów. Zrozumiałe jest bowiem, iż przeszłości nie można wymazać orzeczeniem rozwodu i stworzeniem nowego związku. Ponowny start do życia we dwoje zaczyna się z innej podstawy i niekiedy wymaga większego wysiłku, aby nowa wspólna przyszłość była udana. W poradnictwie małżeńskim partnerzy z powtórnych małżeństw mają większe opory z przyjściem, z szukaniem porady. Wynika to najczęściej z uczucia wstydu, iż poniosło się jedną klęskę i nie odniosło się sukcesu w nowej próbie życia. Uderza to w samoocenę JA. Jeżeli jednak na zjawisko powtórnych małżeństw spojrzy się z perspektywy mechanizmów psychicznych, zrozumiała jest inność ich sytuacji, nie pozbawiająca bynajmniej szansy sukcesu. CELIBAT A SEKS Wiele osób, szczególnie młodych, uważa, iż wyrzeczenie się życia seksualnego oraz rzeczywisty jego brak jest albo czymś patologicznym, albo objawem chorobowym lub też posunięciem faryzejskim, co innego bowiem się deklaruje, a co innego robi po cichu. Tak czy inaczej zdaje się przeważać niewiara w tego typu postawę życiową, w jej realność. Zanim wyrażę swój pogląd, chciałbym zacząć od przewrotnego stwierdzenia: w bardzo wielu przypadkach trudniej zachować wierność seksualną wobec kochanej nawet osoby niż dochować wierność celibatowi. Potwierdzeniem tego jest wiele obserwacji. Osoby rozbudzone seksualnie, z dużym temperamentem, przyzwyczajone do stałego współżycia seksualnego w związku nawet bardzo dobrym, potrafią żywo emocjonalnie i seksualnie reagować na atrakcyjność erotyczną i chęć dochowania wierności wymaga nieraz prawdziwego wysiłku. Istnieją również typowe sytuacje życiowe za-109 grażające wierności seksualnej; kryzys lał 40 życia (zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet), tzw. druga młodość na jesieni życia, różne sytuacje konfliktowe i rozczarowania prowokujące do ,,ukarania" swego partnera, naciski otoczenia, umiejętne prowokacje erotyczne atrakcyjnej osoby, wpływ alkoholu itp. Ciekawe, że nie tak rzadkie przecież sytuacje tego typu nie prowokują do stwierdzenia, że wierność jest niemożliwa i młodzi małżonkowie nie usuwają tego ze swego ślubowania. Okazuje się, że jednak wierność jest możliwa, chociaż niekiedy opłacana wielkim wysiłkiem. W podobnej sytuacji znajdują się osoby wybierające celibat. Jedne z nich nie mają większych z nim problemów, inne zmagają się ze swymi nie zaspokojonymi seksualnymi potrzebami, inne wreszcie nie wytrzymują. Stan równowagi psychofizycznej nie tyle zależy od tego, czy ktoś wybiera celibat, czy też życie seksualne, ile od tego, jak formuje swoją osobowość, system wartości oraz jaka jest motywacja dokonanego wyboru. Równowaga psychofizyczna, czyli harmonia i integracja osobowości, opiera się na dojrzałej osobowości, w której istnieje zgodność między myślami a czynami, nastawienie na realizację określonych wartości w życiu, postawa traktująca zarówno życie osobiste, jak i zawodowe i społeczne jako powołanie do pełnego samorozwoju, bycia użytecznym, a to wszystko jest oparte na miłości do siebie i innych. Jednak w sytuacji niedojrzałej osobowości, pozornej motywacji, egocentrycznego prymatu JA, problemy będą istniały niezależnie od tego, czy żyje się w celibacie, czy też w związku partnerskim. Natężenie potrzeb seksualnych, jak wiadomo, zależy od wielu czynników, m.in. od temperamentu seksualnego. Można zatem założyć, że im wyższy poziom tego temperamentu, tym większe mogą być z n,im problemy. Czy natura ,,domaga się swych praw"? Okazuje się, że osoby z silną motywacją do celibatu i stosujące zasady psychohigieny potrafią opanować swoje potrzeby seksualne, a organizm z upływem czasu niejako adaptuje się do tej sytuacji, zgodnie z prawem "zaniku z nieczynności". Nie jest to jednak takie proste. Częste są również sytuacje kryzysowe, będące wyzwaniem wobec dokonanego wyboru; jedną z nich jest zmiana warunków życia. Chodzi mi w tym przypadku o osoby, które po kilku latach wychowawczego nadzoru stają się samodzielne. Najczęściej przypada to na rozkwit wieku męskiegokobiecego. Kontakty z tzw. normalnymi ludźmi mogą wzbudzać nowe potrzeby, przeżycia. Również różne sytuacje, np. prowokacje erotyczne (a owoc zakazany pobudza niektórych do działań prowokujących), okresy frustracji, niepowodzeń, wspomnień z ogniska rodzinnego itp., mogą uatrakcyjniać unikany dotychczas styl życia. U innych osób potrzeby seksualne są wtórne wobec rozbudzających się potrzeb rodzicielstwa, bliskości, ciepła, poczucia osamotnienia itp. 110 Frustracja potrzeb seksualnych może uruchamiać różnorodne mechanizmy obronne; jedne z nich kierują się w stronę pogłębiania motywacji wybranej drogi życia i wówczas mówimy o pozytywnym rozwiązaniu wewnętrznego konfliktu. Mogą być również uruchamiane mechanizmy negatywne, które za cenę przezwyciężania potrzeb seksualnych prowadzą do pewnych niewłaściwych anomalii charakterologicznych, czy też niewłaściwych postaw. Należą do nich np.: rygoryzm moralizatorski, antyfeminizm, wrogość wobec ciała, seksu, płci, potrzeba władzy, zaszczytów, oschłość uczuciowa wobec ludzi, ukryte pragnienie narzucania ograniczeń w sferze seksu na zasadzie ,,skoro ja nie mogę, to innym utrudnię", przesadne wyczulenie na sprawy seksu, podnoszenie w górę poprzeczki wymagań, obowiązków, powinności oraz subiektywizm w ocenie problemów życia seksualnego i małżeńskiego, prowadzący do krzywdzących ocen. Jeżeli wspomniane negatywne mechanizmy obronne docierają jednak do świadomości, to mogą być łagodzone przez samokontrolę. Gorzej, jeżeli dominują głównie w podświadomości, gdyż własne postawy utożsamiają się z ideą działania na rzecz dobra. 'W niektórych przypadkach frustracja potrzeb seksualnych prowadzi do ich wypierania, tłumienia, co w następstwie wyzwala neurotyzm. Może również wyzwolić się tendencja do idealizowania spraw seksu, małżeństwa, odbiegająca od rzeczywistości, i wówczas narzuca się innym nierealną wizję modelu życia we dwoje. Należy również stwierdzić, iż podobne mechanizmy obronne, negatywne czy pozytywne, uruchamiane bywają w przypadku przekraczania zasady wierności. Chciałbym przy okazji wspomnieć, że psychoterapia nie jest ani za, ani przeciw celibatowi, interesuje ją natomiast motywacja oraz sposób realizacji wybranej drogi życia, związane z nią problemy i trudności. Spośród osób mających trudności z celibatem jedni znajdują dość sił na przełamanie kryzysu i pozostanie w nim, inni natomiast decydują się na wybór innej drogi życia. .W Polsce dyskusje na temat celibatu ograniczają się do spotkań towarzyskich, tymczasem na Zachodzie przewijają się na łamach wielu publikacji, w tym również wyznaniowych. Okazuje się, że jest to zagadnienie bardzo kontrowersyjnie oceniane również w kręgach duchowieństwa i zapewne będzie tak dalej, celibat bowiem to nie tylko forma życia, podporządkowanie się dyscyplinie, ale i problem motywacji do niego, prawa wyboru, oceny użyteczności. Zdawałoby się również, że zagadnienie celibatu powinno być problemem w ruchu ekumenicznym, w wielu bowiem wyznaniach chrześcijańskich nie ma wymogu celibatu, a w kościele prawosławnym obowiązuje on mnichów i biskupów, a nie księży. Okazało się jednak, że ruch ekumeniczny dostrzega możliwość zachowania różnych tradycji w poszczególnych wyznaniach. Zwolennicy zachowania celibatu argumentują (poza teologicznymi stwierdzeniami), iż sprzyja on pełniejszemu 111 poświęceniu się idei służenia ludziom, natomiast jego przeciwnicy stwierdzają, że duchowni mający rodziny lepiej potrafią wczuć się w codzienne problemy swoich wiernych i mają wobec nich mniejszy dystans. Szkoda, że problem celibatu ma tak mało reprezentatywnych opracowań co do motywacji wyboru takiej drogi życia, form radzenia sobie z nim, ewentualnych pozytywnych czy negatywnych wpływów na osobowość. BARIERY PARTNERSTWA W SEKSIE DOJRZAŁYM Ś Seks dojrzały Więź partnerska w seksie dojrzałym uwarunkowana jesł całą przeszłością partnerów (uwarunkowania rodzinne, wychowawcze, przebieg życia, poprzednie związki itd.), przebiegiem ich związku, postawami wobec ciała, seksu, płci, własnej osoby, systemem norm i zasad, wiekiem, wykształceniem. Nic zatem dziwnego, że wiele przeżyć i zjawisk, mechanizmów psychicznych, a także i kulturowych, stwarza bariery międły płciami, partnerami, utrudniające osiąganie optymalnej więzi. W jednych związkach wspomniane bariery prowadzą jedynie do przewrażliwienia wobec danego zachowania partnera, w innych sprzyjają powstawaniu konfliktów, nieporozumień, w jeszcze innych mogą być źródłem dramatów. W tej części pracy zostaną omówione różne typy barier między partnerami; wiele z nich ma charakter kulturowy. Bariery kulturowe są dziedzictwem z przeszłości naszej cywilizacji, tradycji oraz wpływu środowisk, stereotypów i mitów. Wiele z nich ma charakter podświadomy, zostały bowiem zakodowane w świecie psychicznym w procesie wychowania, w rodzinie i w środowisku. Sam fakt istnienia tych barier nie przesądza o losie danego związku. Słowo bariera oznacza, iż w komunikacji między partnerami istnieje pewna inność, trudność w osiągnięciu jedności i harmonii. Uświadomienie sobie źródeł powstania barier może ułatwić poprawę więzi między partnerami, żalem istnienie bariery nie prowadzi ,,do" ani ,,od" w danym związku, jest określonym zjawiskiem trudności w komunikacji partnerskiej, a jej wpływ zależy od stopnia przystosowania do siebie partnerów oraz od zdolności odczytania istnienia bariery oraz przeciwdziałania jej. W tej części pracy zostaną omówione niektóre typy barier więzi partnerskiej. Inne zostały opisane w "Seksie partnerskim", w wielu innych publikacjach. W publikacjach seksuologicznych, poświęconych małżeństwu, coraz częściej spotyka się pojęcie zaburzeń komunikacji interpersonalnej, jako jednej z częściej spotykanych barier więzi. Psychologia komunikacji jest obecnie dynamicznie rozwijającym się kierunkiem i np. w Polsce interesującą pracą na ten temat jest "Jak ludzie porozumiewają się?" autorstwa L. Grzesiuk i E. Trzebińskiej (NK, 1983). Lektura tej pracy byłaby dobrym uzupełnieniem tej części pracy. DZIECIĘCE SZOKI SEKSUALNE Pogląd, że obserwacja współżycia seksualnego rodziców przez ich dziecko jesł źródłem łzw. szoku seksualnego był upowszechniony przez psychoanalizę. Analizując wczesnodziecięce wspomnienia i łreści snów erotycznych psychoanaliłycy odkrywali ich powiązania z problemami seksualnymi, nerwicowymi w wieku dojrzałym. Popularyzacja poglądów tej szkoły przyczyniła się do powstania pewnych stereotypów. Jednym z nich jest np. stwierdzenie, iż córka zaszokowana widokiem kontaktu seksualnego rodziców staje się w następstwie tego oziębła seksualnie i odczuwa wstręt do seksu, mężczyzn. Wspomniany pogląd słał się inspiracją wielu dzieł literackich oraz na wiele lał zaważył na postawach wobec tzw. dziecięcych szoków seksualnych. Wystarczyło, iż pacjent podawał terapeucie tego typu wspomnienie, aby było to traktowane jako podstawowy mechanizm rozwoju jego problemów seksualnych. W miarę upływu czasu doświadczenia badaczy wykazały, że sprawa jest bardziej złożona i nie tak jednoznacznie szkodliwa. Krytycy psy-116 choanalizy np. podkreślali, iż w poprzednim okresie historycznym całe rodziny mieszkały w jednym pokoju i dzieci - z konieczności - były świadkami intymności erotycznej rodziców, a przecież nie prowadziło to do patologii seksualnej. Również świadectwa z wielu innych kultur wskazywały, iż obserwacja kontaktów seksualnych w rodzinie nie należy bynajmniej do rzadkości, z czego wynika wniosek, że albo psychoanaliza popełniła błąd interpretacyjny, lub też szoki seksualne należy wiązać z mentalnością puryłańską, mieszczańską. Chociaż od pojawienia się pierwszych doniesień psychoanalityków na ten temat minęło wiele lał, nadal jednak dziecięce obserwacje scen intymnych w rodzinie należą do wstydliwych, przemilczanych i są traktowane jako obciążające psychicznie dla dzieci. Jaka zatem jest prawda? Czy istnieje nadal pojęcie dziecięcych szoków i urazów seksualnych? Obserwacja kontaktu seksualnego rodziców obecnie nie jest nazywana szokiem seksualnym, lecz wczesnodziecięcym doświadczeniem (łzw. primal scenę). Jaka jest częstość tego zjawiska i jakie są jego następstwa? Ograniczę się do wniosków z własnych badań różnych populacji, w tym i w kontrolnej. Okazało się, iż obserwacja współżycia seksualnego rodziców przez dzieci nie jest bynajmniej rzadkim zjawiskiem - około 12Ś17% osób ma tego typu doświadczenia z dzieciństwa. Najczęściej była to obserwacja przypadkowa, przez zaskoczenie (np. dziecko przebudziło się w środku nocy lub przyszło nagle z innego pokoju). Jedynie wyjątkowo spotykane są sytuacje braku zachowywania przez rodziców jawności życia seksualnego, niekrępowania się obecnością dzieci w pokoju. Ta ostatnia sytuacja występowała w rodzinach patologicznych, np. z marginesu społecznego, w zaawansowanym stadium alkoholizowania się rodziców lub w wypadku ujawniania przez nich cech dewiacyjnych. Scena erotyczna najczęściej dotyczyła częściowej obserwacji, czyli widoku pary w trakcie aktu seksualnego, ale zakrytej kołdrą, lub wrażeń słuchowych z trwającego aktu seksualnego, rzadziej natomiast dotyczyła widoku całej sceny współżycia. W około '/a przypadków dziecko domyślało się, że rodzice mają kontakt seksualny na podstawie ,, dziwnego" ich zachowania i pełnego zażenowania ukrywania się przed dzieckiem. Należy tu również stwierdzić, iż w około '/ 5 przypadków nie było żadnych realnych obserwacji; dziecko po prostu fantazjowało. Tego typu fantazje najczęściej występowały u dzieci w początkowym okresie dojrzewania, kiedy powstaje zainteresowanie sprawami płci, domyślanie się, "co robią rodzice" i dobudowywania swej wyobraźni do zachowania rodziców. W efekcie własne fantazje traktowane były jako rzeczywistość. Interesujące są bezpośrednie reakcje dzieci w takiej sytuacji. Około 22% przeżywa przykrość, szok, niesmak i wiąże z tym zmianę uczuć wobec rodziców (dystans, obcość, wrogość, niechęć). Około 35% dzieci przeżywa zaskoczenie tą sytuacją i udaje, że nic się nie stało 117 i niczego się nie domyślają, następnie przetrawiają to w sobie i w końcu dochodzą do wniosku, iż jest to przecież coś naturalnego. W następstwie tego procesu nie zauważa się żadnych zmian w uczuciach i postawach wobec rodziców. U pozostałych dzieci brak jest, poza zaskoczeniem, innych reakcji, domyślały się bowiem przedtem, iż rodzice mają kontakty seksualne. Sytuacja była wprawdzie zaskakująca dla wszystkich zainteresowanych, ale nic z niej później nie wynikało. Ciekawe, że większość osób mających tego typu przeżycia z dzieciństwa jest przekonana, iż ich rodzice nie domyślili się, że ich dzieci były nieświadomie świadkiem sceny intymnej. Tego typu przekonanie ułatwiało rozwiązanie problemu. Późne rzutowanie tego typu wspomnień z okresu dzieciństwa na życie seksualne w wieku dojrzałym okazuje się bardzo zróżnicowane. U jednych osób zainteresowanie seksem wzrosło i przyczyniło się do rozbudzenia ciekawości seksualnej, a w następstwie do wcześniejszej inicjacji seksualnej. U innych przeżycie zażenowania i wstydu opóźniło zainteresowanie tą dziedziną i inicjację seksualną. W około 15% przypadków tego typu wspomnienia z dzieciństwa można uznać za szok, uraz seksualny, wpływający negatywnie na własne życie seksualne (oziębłość, wstręt seksualny, sprzeczne uczucia wobec seksu i partnera). Ciekawe, iż u około 25% badanych osób wspomnienie z dzieciństwa wpłynęło na trwałe rozbudzenie wyobraźni erotycznej, która obejmowała zarówno sny erotyczne, marzenia na jawie, jak i fantazje seksualne w trakcie współżycia seksualnego. Od czego zależą takie lub inne następstwa zaobserwowanych scen intymnych między rodzicami? Okazuje się, że podstawową sprawą była więź uczuciowa z rodzicami. Jeżeli np. córka bała się ojca, który tyranizował otoczenie, to scena erotyczna między rodzicami upewniła ją w przekonaniu, iż ,,ojciec krzywdzi matkę", a jej zachowania (płacz, ruchy ciałem, wzdychanie) było utożsamiane z cierpieniem. W następstwie tego typu rozumowania nie tylko pogłębiała się negatywna postawa wobec ojca, ale i seks został utożsamiony z agresją, cierpieniem. Drugim czynnikiem był poziom uświadomienia seksualnego i wiek. Jeżeli dziecko było zorientowane nieco w sprawach płci, to tego typu doświadczenie daje łagodniejsze następstwa, podobnie gdy było ono w tzw. okresie latencji seksualnej, czyli przed dojrzewaniem, przy braku zainteresowania seksem. Kolejnym wreszcie czynnikiem były cechy osobowości dziecka, i np. u dziecka nadwrażliwego, zamykającego się w sobie, lękliwego można spodziewać się raczej negatywnych następstw. Jak zatem wynika z powyższych obserwacji - wspomnienia seksualne z okresu dzieciństwa nie należą do rzadkich, są zróżnicowane, podobnie jak i ich następstwa. Wbrew pozorom nie tak częste są szoki i urazy seksualne. Rodzice powinni jednak uświadomić sobie fakt, iż ich życie seksualne wymaga nie tylko intymności, ale i wychowania seksualnego dzieci. 118 DLACZEGO SAMOTNI? Osoby mające trudności ze znalezieniem partnera, towarzysza życia budzą nieraz w swym otoczeniu współczucie pomieszane z nieufnością co do ich męskościŚkobiecości. Dziwi np. fakt korzystania z pomocy biur matrymonialnych, pośrednictwa znajomych, członków rodziny w kojarzeniu. Staje się on jakby potwierdzeniem niemrawości. "Normalni" ludzie nie mają takich problemów, chociaż mogą mieć kłopoty z dokonaniem wyboru towarzysza życia z grona poznawanych osób. Przyczyny trudności ze znalezieniem partnera są bardzo zróżnicowane. Jedną z nich jest brak okazji do poznania odpowiedniej osoby. Jeżeli np. kobieta pracuje w sfeminizowanym środowisku, to jej kontakty z mężczyznami stają się bardzo ograniczone, a nie zawsze najbliższy krąg rodzinny prowadzi życie towarzyskie. Niektórzy ludzie dzielą swoje życie na określone etapy i np. w okresie studiów chcą skoncentrować się jedynie na nauce, a sprawy osobiste odkładają na 119 później. Bywa jednak i łąk, że po studiach znajdują pracę w innym, nowym środowisku, nie stwarzającym okazji towarzyskich. Dotyczy to zwłaszcza osób pracujących w małych ośrodkach, które czują się obco, są bowiem ludźmi z zewnątrz. Powstaje żal, że życie studenckie przeszło na samej nauce. Zwłaszcza kobiety, np. w listach, poruszają ten problem. Ma wprawdzie studia i interesującą pracę z możliwościami awansu, ale liczba potencjalnych kandydatów do USC jest bardzo mała. Powstaje dylemat - czy nadal czekać na kogoś odpowiedniego, czy też korzystać z pierwszej okazji matrymonialnej, chociaż partner nie jest w pełni akceptowany? A bywa i tak, że istniejące cechy psychiczne, jak np. nieśmiałość, duża wrażliwość, delikatność, połączone z pewną biernością, brakiem przysłowiowej już siły przebicia sprawiają, że oczekuje się inicjatywy z drugiej strony, a tymczasem wiele okazji zawarcia interesującej znajomości mija bezpowrotnie. Tego typu zahamowania występują nie tylko u mężczyzn, chociaż są dla nich bardziej charakterystyczne. Wiele trudności w znalezieniu partnera wynika z rozbieżności jaźni uzewnętrznionej z jaźnią wewnętrzną. Mówiąc po prostu, inne jest własne poczucie JA, a zupełnie odmienne otoczenia. Ktoś może być spostrzegany jako atrakcyjny, seksowny, z inicjatywą, śmiały. Oczekuje się więc jego inicjatywy, aktywności, pierwszego kroku. Tymczasem jest to osoba nieśmiała, bierna, a jej pozornie śmiałe zachowanie jest stylem bycia tylko w pewnych granicach. Może też kryć za sobą kompleksy, poczucie małej wartości. Powstaje nieporozumienie, wcale zresztą nierzadkie. Każdy chyba zna je ze swego życia. Przecież często widzimy, że otoczeniu wydajemy się inni aniżeli naprawdę jesteśmy. Często w gabinecie słyszę wypowiedzi typu: "Kobiety sądzą, że jestem doświadczonym mężczyzną, oczekują mojej inicjatywy, tymczasem ja nie mam żadnych doświadczeń seksualnych i czuję się onieśmielony". Styl zachowania takiego mężczyzny jest jednak rozbieżny z jego wewnętrznym samopoczuciem. Sprzeczność sygnałów w komunikacji międzyludzkiej jest więc oczywista. Trudności w znalezieniu sobie partnera wiążą się nieraz z rozwojem psychoseksualnym, neurotyzmem czy też konkretnymi cechami osobowości. Wymienię te najczęściej spotykane. Brak socjalizacji Jeżeli ktoś nie miał kontaktów z rówieśnikami, w okresie dojrzewania był izolowany od złych wpływów niepożądanego towarzystwa, to długotrwały brak socjalizacji sprawia, że trudno mu nawiązać jakąkolwiek znajomość. Na otoczeniu może sprawiać wrażenie dziwaka, z którym ciężko się porozumieć. Brakuje mu bowiem umiejętności prowadzenia lekkiej rozmowy, odpowiedniego znalezienia się w klimacie zabawy. Przeważa kontakt "na serio", z dystansem wobec innych. 120 Kompleksy Kompleksy są typowe dla okresu dojrzewania, ale w wyniku reakcji otoczenia, porównywania siebie z innymi lub przeżycia czegoś przykrego, np. krytycznej uwagi, pogłębiają się. Wówczas narasta i utrwala się poczucie niższości, małowarłościowości. W kontaktach z innymi może to prowadzić do izolowania się, nieufności, niewiary w komplementy, w prawdziwość ocen i sądów. Własne JA widzi się w zwierciadle kompleksu, jest ono zatem skrzywione i pożądana wartość własnej osoby sprowadza się do tej cechy, której akurat brakuje. * Wyczulenie na brak akceptacji i odrzucenie U niektórych osób obawa przed odrzuceniem, brakiem akceptacji stwarza tak silne poczucie zagrożenia, że sami oni uprzedzają taką możliwość, zrywając znajomość. Dla drugiej osoby jest to decyzja nieuzasadniona, niezrozumiała, czy nawet osobiście krzywdząca. Jednak potrzeba wyjścia z zachowaniem twarzy jest tak przemożna, iż potencjalnie dobrze rokujący związek ulega zerwaniu. Tego typu postawę ujawniają nie tylko osoby, które doznały w przeszłości goryczy odrzucenia, ale i osoby ambitne, z wysokim poczuciem własnej wartości. Skrzywione postawy zarówno wobec płci odmiennej, jak i własnej Wspomniałem już wyżej o znaczeniu stereotypów męskościŚkobiecości. Stąd np. mężczyzna nieśmiały sądzi, że to właśnie koniecznie od niego jako mężczyzny oczekuje się aktywności, a inicjatywę i aktywność ze strony kobiety traktuje jako uwłaczającą jego poczuciu męskości; zarazem jednak nie czuje się na siłach samemu wystąpić z inicjatywą. Wiele osób, w wyniku swoich doświadczeń rodzinnych, osobistych, ma nieprawidłowy stosunek wobec płci odmiennej i stąd klimat nieufności, uprzedzeń, nastawień w poważnym stopniu utrudniający kontakty z ludźmi. Zachowania odrzucające U części osób dominujący styl ich zachowań jest negatywnie oceniany przez otoczenie. Są to np. osoby podkreślające swój nonkonformizm i zrażające otoczenie swym zachowaniem. Inne ujawniają agresywny styl bycia, jeszcze inne natarczywość erotyczną, narzucanie swego zdania i woli, braku taktu iłp., lub też zachowania, w których wypowiada się negatywne opinie o płci odmiennej, wyraża się wobec niej pozorny cynizm itd. Nic więc dziwnego, że pierwsze wrażenie jest negatywne z dalszymi tego konsekwencjami. Słyszę nieraz skargi, że np.: "Oceniają mnie jako agresywnego i cynicznego, a ja naprawdę nie jestem taki, nie chcę być taki". 121 Brak przyciągania, atrakcyjności, wrażenie chłodu i oziębłości Są łypy osobowości, które stwarzają wokół siebie atmosferę chłodu, dystansu, nie ma w nich cech, które by przyciągały, nie ma ciepła czy kokieterii. Dopiero po bliższym poznaniu, kiedy czują się bezpieczne, zaczynają rozkwitać i ujawniać inne cechy. Zbyt jednak rzadko dochodzi do tego etapu i pierwsze wrażenie decyduje o ich odrzuceniu, nieatrakcyjności. Oziębłość, oschłość, wrażenie zimna uczuciowego danej osoby może być jednak prawdziwa. Kryje się w tym dramat zahamowania uczuciowego lub brak rozwoju uczuciowości. Obiektywnie rzecz biorąc, taka osoba może się nawet w pierwszym momencie podobać, ale na tym. się kończy. Wymienione przeze mnie przyczyny trudności w znalezieniu partnera wiążą się z mechanizmami zachowań, które również są zróżnicowane. Mogą one pogłębiać te trudności lub je ograniczać, a nawet przezwyciężać. Wiele zależy od samoświadomości. Jeżeli ktoś zna przyczynę swych niepowodzeń, może wówczas - przez świadome sterowanie swymi zachowaniami - eliminować te przyczyny. Na przykład seria niepowodzeń związanych z zachowaniami negatywnie ocenianymi przez otoczenie może prowadzić do ich zmiany i do podjęcia usiłowań wprowadzenia nowych form kontaktu z ludźmi. Znam wiele osób, które dzięki lekturze, poradzie, psychoterapii, umiejętności wyciągania wniosków zmieniają siebie i tworzą nowy styl kontaktów, uwieńczonych powodzeniem, albo brak jakiejś cechy wyrównują przez podkreślanie czy uzewnętrznianie innej. Niepowodzenia w jednym środowisku mogą prowadzić do jego zmiany i szukania nowych kontaktów. Zmienia się więc miejsce pracy, zamieszkania, krąg znajomych itp. Inaczej mówiąc - wobec swych trudności przyjmuje się postawę refleksyjną i czynną. Często udzielam porad tego typu i wskazuję - na podstawie badań, wywiadu, rozmowy - co jest przyczyną trudności i co należałoby zmienić, l zaczyna działać mechanizm pozytywny. Czyjeś życie zmienia się na lepsze. Niestety, dość często, bywają uruchamiane mechanizmy negatywne, które pogłębiają trudności życiowe. Wymienię kilka typowych. Stereotypy i skrzywione przekonania W tego typu stereotypach generalizuje się pewne oceny i sądy, np.: "Nie ma prawdziwych mężczyzn", "mężczyzna myśli tylko o łóżku", "kobieta myśli tylko o tym, jak złapać męża", "nie ma szczęśliwych małżeństw", "mężczyzna nigdy nie zrozumie kobiety" itp. Tego typu stereotypy poprawiają nieco własne samopoczucie przez przerzucenie winy na drugą płeć. Ucieczka w chorobę Wiele zaburzeń chorobowych powstaje w wyniku mechanizmu psychicznego, jakim jest ucieczka od swoich trudności życiowych. Mogą to być zarówno nerwice, jak i zaburzenia typu choroby wrzodowej, migren, zaburzeń dróg żółciowych, hormonalnych itp. Dolegliwości pozwalają skupić na nich uwagę i stają się pierwszoplanowe w życiu psychicznym. Podstawowe trudności w związku z tym ulegają odroczeniu, oddaleniu. Zachowania agresywne Zachowania takie mogą być autoagresywne (np. próby samobójstw), mogą wyrażać się agresją wobec otoczenia w ogóle lub tylko wobec płci odmiennej. Potrzeba dowartościowania W wyniku niepowodzeń w znalezieniu partnera usiłuje się sprawdzić swoją atrakcyjność, wartość, poprzez przelotne kontakty seksualne, odbijanie innym partnerów, zyskanie uznania w swej działalności zawodowej lub też akceptacji otoczenia, np. przez podkreślanie swego altruizmu, wartości moralnych itp. Derealizacja Niepowodzenia życiowe mogą prowadzić do rozbudowy świata marzeń, fantazji, idealizacji swego dzieciństwa, domu rodzinnego, rozczytania w sentymentalnych lekturach itp. Można też przesadnie wartościować dziedziny, których się jest pozbawionych i stąd np. nadmierne idealizowanie małżeństwa, seksu, rodziny. Trudności w znalezieniu partnera mogą być przejściowe Wiele osób po pewnym czasie trafia szczęśliwie na znajomość odmieniającą ich sytuację. Powodzenie tego związku zależy nie tylko od spotkania właściwego człowieka. Ważne jest również oddalenie się od dawnych trudności. Inne osoby, dzięki pomocy biur matrymonialnych, pośrednictwu znajomych, zawierają związek, może niekoniecznie wymarzony, ale zaspokajający podstawowe potrzeby psychiczne, do jakich należą: potrzeba oparcia, więzi, bezpieczeństwa, akceptacji własnego gniazda. A jeszcze inne doświadczają samotności, którą w różny sposób rozwiązują (zwiększona aktywność zawodowa, działalność społeczna, poświęcenie się dla kogoś, np. starych rodziców, sierot społecznych, zamknięcie w sobie, zgorzknienie itp.). Powszechność problemu, jakim jest trudność w znalezieniu partnera, znajduje oddźwięk w rozbudowie biur matrymonialnych, poradnictwa prasowego, klubów samotnych, poradnictwa przedmałżeńskiego i rodzinnego. Są to ważne i konieczne inicjatywy, wymagające dalszej rozbudowy. Warto jednak zwrócić uwagę na potrzebę uprzedzania 123 tych trudności, chociaż z pewnością nie wyeliminuje się ich całkowicie. Wielu jednak dramatycznych przeżyć, bezsennych nocy, ciężko przeżywanego odrzucenia, samotności można by uniknąć, gdyby się wcześniej dostrzegło niepokojące sygnały zwiastujące wystąpienie takich trudności. W domach rodzinnych często milczy się na ten temat lub nie zauważa faktu, że dziecko jest izolowane od rówieśników, nie ma przyjaciół, nie zyskuje akceptacji, że przeżywa trudności w swych próbach nawiązania znajomości. W systemie oświatowym zbyt ceni się wyniki w nauce, karność, zdyscyplinowanie, lekceważy natomiast fakt izolacji ucznia w swym środowisku. Nastawienie na sukcesy w nauce i odkładanie spraw uczuciowych na potem jest również typowym błędem. Osobowość powinna rozwijać się harmonijnie i wszechstronnie, a nie od zadania do zadania. Ubogie życie towarzyskie i zamykanie się we własnym kręgu również utrudnia wyrobienie i rozwijanie umiejętności nawiązywania stosunków przyjacielskich i erotycznych. Trudność zatem w znalezieniu partnera nie jest wynikiem fatum, złego losu, pecha, ale zakłóconych kontaktów z ludźmi. KULT WAGINALNY Większość pojęć psychoanalitycznych, nazw zespołów psychopatologii seksualnej powstała w okresie dominacji tradycyjnego podziału ról męskokobiecych w kulturze europejskiej. Nic więc dziwnego, że tradycje i wzorce kulturowe, jak również zdominowanie seksuologii przez mężczyzn, doprowadziły do przeakcenłowania męskiego punktu widzenia. Zapewne w okresie przełomu wieków męż-125 czyźni mieli powody do dumy z samego fakłu bycia mężczyzną, a kobiety z faktu bycia kobietą. Satysfakcja kobiet wiązała się z macierzyństwem, opinią dobrej żony, urodą, kobiecością rozumianą jako uczuciowość, delikatność. Dopiero procesy emancypacyjne i rewolucja obyczajowa doprowadziły do zwiększenia zakresu satysfakcji z JA w kobiecie o erotyzm i seks. Zdolność przeżywania orgazmu stała się nobilitacją kobiecości. Stopniowo zaczęły się upowszechniać inne jeszcze wartości erotyzmu kobiecego, współuczestnictwo w ars amandi, równouprawnienie, naturalność. Jak zawsze w tyglu przemian obyczajowych powstają formy skrajne. Jedną z nich słał się np. kult orgazmu, technik seksualnych, ujawnił się również kult waginalny. Jest on pojęciowo odpowiednikiem kultu fallicznego. Kult waginalny polega na odczuwaniu dumy z faktu posiadania pochwy, z jej ważności w życiu seksualnym, z bogatszego zakresu doznań i funkcji tego narządu nad analogicznymi u mężczyzny. Przeżycia we współżyciu m.in. polegają na odczuwaniu posiadania mężczyzny, generalizuje się fizjologia stosunku na wzajemny kontakt partnerów, a ten na wszelkie relacje męskokobiece. Przeważa zatem prymat widzenia pierwiastka kobiecego w świecie oraz naturalnej przewagi kobiecości nad męskością. Powiązania kultu waginalnego z narcyzmem są zróżnicowane - mogą być współzależności, ale bywa narcyzm bez kultu waginalnego. Kult waginalny powstaje również i wtedy, gdy w środowisku rodzinnym dominuje matka (również i w zakresie temperamentu seksualnego, erotyzmu, atrakcyjności erotycznej). Rozwija się często u atrakcyjnych kobiet, które zaczynają doświadczać mocy swego działania, powstaje też przez porównanie własnych doznań seksualnych z doznaniami mężczyzny (jeżeli te ostatnie są słabsze). U części kobiet kult waginalny wyrasta z bogatych zdolności seksualnych, które są podkreślane przez ich partnerów jako wyjątkowe. Rozwijający się w świadomości i w przeżywaniu kobiety kult waginalny oprócz poczucia dumy z bycia kobietą, poczucia swej atrakcyjności erotycznej i wysokiej samooceny w roli seksualnej, prowadzi do wielu innych zachowań: Postawa królewny Postawa oczekująca hołdów i służebności ze strony mężczyzny, łaskawie dopuszczająca go do swych łask. Postawa wymagająca Partner ma stanąć na wysokości zadania, czyli musi odpowiednio zaprezentować swą atrakcyjność męską. Postawa ta jest zrozumiała, świadomość bowiem zakresu tkwiących w sobie możliwości seksualnych musi prowadzić do oceniania partnera, czy potrafi on wyzwolić te możliwości, czy też zaledwie je rozbudził, a nawet czy jest zdolny do ich rozbudzenia lub rozpoznania. Stopniowo jednak postawa wy-126 czekująca zmienia się w swoisty egzamin męskości dla mężczyzny i eliminuje istotny sens współżycia seksualnego. Postawa dominacji we współżyciu Kobieta decyduje o częstotliwości współżycia, formie aktywności, narzuca partnerowi scenariusz zachowań. Zaczyna w niej przeważać postawa biorcy. Postawy manipulacyjne Poczucie swej atrakcyjności w roli partnerki seksualnej i rzadko spotykanych u innych kobiet zdolności reakcji seksualnych stwarzają wysokie szansę oddziaływania na mężczyzn i manipulowania nimi w imię realizacji własnych potrzeb. Znam wiele związków, w których jedynym elementem łączącym jest wyjątkowo bogate współżycie seksualne, zapewnione właśnie dzięki naturalnym uzdolnieniom kobiety. Niejedna kobieta przegrywa wtedy swoje życie osobiste, jeżeli trafi na tego typu konkurencję. Manipulacyjne zachowania mogą być różne; przywiązanie i uzależnienie partnera, wywarcie na niego presji, szantaż w formie odmowy współżycia, "olśnienie" partnera itp. W kulcie waginalny